Amatorzy nie upilnują rolniczych upraw

Wiadomości Interwencja
Data publikacji 15.06.2017r.

Gospodarka łowiecka wymaga systemowych i ustawowych zmian. Według rolników Polski Związek Łowiecki nie ma środków, kompetencji ani możliwości, aby skutecznie strzec plantacji.

Tegoroczna wiosna nie była łaskawa dla zasiewów kukurydzy. Dziki na Kujawach pustoszyły plantacje. Zwierzęta, jeśli znalazły rządek, potrafiły zjeść siewki niemal w 100%.


– Przez ostatnie trzy lata nie było większych problemów z dzikami. Kłopot sprawiały raczej sarny, które wczesną wiosną konsumowały łodygi rzepaku. W tym roku wystąpiła jednak masowa inwazja dzików. Wiele się mówi, że w związku z ASF ich pogłowie jest redukowane. Na polach jednak tego nie widzimy – mówi Adam Waligórski ze wsi Łąki Wielkie na Kujawach.

Rolnik w drugiej połowie maja zasiał 3,5 ha kukurydzy na ziarno. Kilka dni później w wielu miejscach po siewkach nie pozostał ślad. Jedyne, co wskazywało, że kukurydza tam była, to redliny wyryte przez dziki. Rolnik oszacował, że jego pole zostało w 100% zniszczone na areale 1,1 ha.



Rolnicy całą wiosnę zmagali się ze szkodami łowieckimi. Od lewej stoi Michał Wnuczko, Sylwester Chrobak, Marek Duszkiewicz, Waldemar Bartosiewicz

Nocna warta

Szkodę zgłosiłem, ale z przyjazdem myśliwych jest kłopot. Pojawiają się na miejscu dopiero, kiedy umówią kilku rolników. W zeszłym roku z 7,5 ha plantacji kukurydzy sianej po pszenicy straciłem 2,5 ha. Przesiałem jęczmieniem jarym, który potem też został zjedzony przez dzikie zwierzęta. Za kukurydzę dostałem 450 zł odszkodowania, pszenicy już nawet im nie zgłaszałem – zastanawiał się Waligórski.

Jego obawy były uzasadnione. Kilka dni później wizyta myśliwych zakończyła się wypłatą odszkodowania w wysokości 400 zł.


Według rolnika próżno było szukać myśliwych, którzy w maju strzegliby plantacji. Choć przy jego polu została ustawiona ambona, to w nocy tuż po zasiewie, w najbardziej krytycznym dla kukurydzy momencie była ona pusta. Zdaniem naszego Czytelnika Koła Łowieckie nie mają kompetencji, aby realizować politykę państwa związaną z gospodarką dziką zwierzyną.

– Koło Łowieckie ma siedzibę we Włocławku. Nasza gmina Boniewo jest od niego oddalona o 30 km. Myśliwi mają swój obwód, który liczy kilka tysięcy ha. Grupa kilkudziesięciu „miłośników” przyrody ma upilnować przed dzikami tak znaczny obszar. Przecież to nierealne – rozważa Waligórski.



Myśliwi nie byli wstanie upilnować upraw Jana Babiaka i Adama Waligórskiego. Konieczne było pełnienie nocnych wart

Rolnicy sami muszą sobie więc radzić. Jedyny skuteczny sposób, aby plantację ochronić, to jej pilnowanie osobiste, przez całą noc.

– Kiedy zasiałem 3 ha buraków cukrowych, pełniłem na polu dyżury i sam ich strzegłem. Początkowo warta była pełniona od 22 do 5 rano. Później, kiedy buraki już wzeszły, przychodziłem godzinę później – mówi Jan Babiak z miejscowości Anielin.

Dziki nie są amatorami konsumowania niewielkich nasion buraków. Kłopot polegał na tym, że wiosną tego roku były one siane na stanowisku, na którym wcześniej rosła kukurydza. Zwierzęta w poszukiwaniu jej pożniwnych resztek niszczyły buraki.

Za zniszczony hektar buraków nigdy nie otrzymam odszkodowania rekompensującego rzeczywiste straty. To dlatego w maju siedziałem nocą w ciągniku i płoszyłem dziki – dodaje Babiak.

Znicz zamiast myśliwego

Rolnik uważa, że populacja dzików z roku na rok jest coraz liczniejsza. Jeszcze 5–7 lat temu szkody występowały sporadycznie.

– Szkody do Koła zgłaszam tylko w przypadku wystąpienia znaczących strat. W zeszłym roku dziki zjadły kolby kukurydzy niemal w 100% na 2 ha liczącej 2,7 ha plantacji. Na szczęście mam bydło opasowe i kukurydza zamiast na ziarno została przeznaczona na kiszonkę. Myśliwi nie mają żadnych możliwości, aby skutecznie chronić plantacje, więc chwytamy się wszelkich sposobów, aby jakoś odstraszyć zwierzęta. Ja na polach zapalałem znicze, wieszałem latarki i lampy solarne – mówi Jan Babiak.


Dla rolników nie tylko dzikie zwierzęta stanowią znaczący problem. Kolejna kwestia, która ich nie tylko irytuje, lecz wręcz upokarza, to lekceważący stosunek myśliwych do ich pracy oraz brak elementarnej wiedzy o rolnictwie.

– Myśliwi pilnowanie upraw ograniczali do przejazdu drogą samochodem terenowym i to jeszcze w ciągu dnia – mówi Marek Duszkiewicz z Kiełpin (pow. toruński).

Rolnik w tym roku stracił około 3 ha użytków zielonych. Kiedy w połowie maja odwiedzaliśmy jego gospodarstwo, czekał na myśliwych, którzy mieli oszacować szkody. Jego doświadczenia nie napawały optymizmem. Koło łowieckie robi bowiem wszystko, aby ograniczyć wysokość wypłat.

– Co z tego, że straty poniosłem na areale 3 ha? Faktyczne zniszczenia są większe. Nie zostawię przecież małych wysepek trawy otoczonych przez buchtowisko. Myśliwi nie rozumieją, że materiał siewny dobrej trawy jest drogi. Chcą płacić za najtańsze nasiona. Łowczy uważa, że wystarczy posypać nasionami w miejscu zniszczeń a łąka odrośnie – mówi Duszkiewicz.

Jakość materiału

Rolnicy opowiadają, że myśliwi mają kłopot nawet z terminowym szacowaniem szkód.

– Ten rok był szczególnie trudny. Dopiero w maju siałem kukurydzę. Dziki uszkodziły mi około 3 ha. Według mnie plantacja do przesiania w całości. Mimo zgłoszenia szkody listem poleconym długo czekałem na przyjazd myśliwych. A dla mnie jedynym ratunkiem w drugiej połowie maja był zakup drogiego materiału siewnego kukurydzy na ziarno o niskim FAO – twierdzi Sylwester Chrobak ze wsi Wawrzonkowo.

Jak mówią nasi Czytelnicy, dopiero wezwanie podczas jednego z szacowań przedstawiciela powiatowej Izby Rolniczej spowodowało, że wyliczenie strat przebiegało rzetelniej. Obyło się także bez oznak lekceważenia rolników.

– W ubiegłym roku z 9 ha ziemniaków zwierzęta zniszczyły mi 2–3 ha. Zdarzają się sytuacje, że rezygnuję z męczącej procedury szacowania szkód. Tak zrobiłem w zeszłym roku. W tym sezonie jednak zniszczone zostały 3 ha plantacji owsa i tym razem nie odpuszczę – zapowiadał Michał Wnuczko z miejscowości Sumin.

System utrzymania zwierzyny łownej w Polsce od wielu lat zawodzi. Myśliwi odpowiadają za uprawy, których wartość sięga miliardów złotych. Samej tylko kukurydzy w Polsce sieje się na ponad 1 mln ha. Przyjmując średnią wartość materiału siewnego na 350 zł/ha, nakłady na nasiona samej tylko kukurydzy to niemal 400 mln zł. Przed dzikami jest ona strzeżona przez grupę miłośników przyrody, amatorów, którzy zawodowo zajmują się czym innym. To tak jakby prowadzenie Poczty Polskiej powierzyć Polskiemu Związkowi Filatelistów.

PZŁ może być organizacją wspomagającą. Jako instytucja wyłącznie odpowiedzialna za gatunki łowne od wielu lat się nie sprawdza. Koszty żywienia ponoszą zaś przede wszystkim rolnicy.

 Tomasz Ślęzak

Partner serwisu