Kto zarabia na niedoli?

Wiadomości Felietony
Data publikacji 08.11.2017r.

Śledztwo w sprawie wzrostu cen żywności w mediach trwa. Ostatnio przyłączył się do niego dziennik „Rzeczpospolita”. Gazeta odkryła, że drogie masło na rynku światowym to efekt zmian upodobań amerykańskich i chińskich konsumentów, a wysokie ceny jajek w Unii Europejskiej, to następstwo afery z fipronilem, która wyeliminowała część producentów z rynku. Odkryliśmy też przyczynę racjonowania masła we francuskich marketach,  o czym pisaliśmy przed tygodniem. We Francji masła brakuje, bo przyjechało do Polski. W jednej z sieci znaleźliśmy francuskie masło, które było najtańsze (6,49 zł/200 g).

Mieszkańcy miast pytają, dlaczego jest tak drogo? A odpowiedź nasuwa się sama – rolnicy podnoszą ceny swoich produktów. I chłop znów zarabia na niedoli mieszczucha. Takie to się sieje półprawdy i tworzy sztuczne afery. Owszem, masło na półkach sklepowych jest drogie, tak drogie, że trzeba stosować zabezpieczenia antykradzieżowe – jak przy najdroższych produktach. Ale z mleczarni to masło wyszło o ponad 30 procent tańsze niż jego cena półkowa. Na dodatek, ceny zbytu masła spadły ostatnio o 5 do nawet 10 zł za kilogram. Ale na półkach jego ceny nie drgnęły, mimo że na producentach tego szlachetnego wyrobu wymuszono obniżki dosłownie z tygodnia na tydzień. Co oznaczało nie mniej nie więcej, ale złamanie podpisanych umów.


Wielkie sieci handlowe kpią sobie z ustawy o przewadze kontraktowej. Czy minister Krzysztof Jurgiel zdaje sobie sprawę z takich praktyk? Wątpimy w to! Jemu też się wydaje, że w rolnictwie wszystko jest w najlepszym porządku. Zapewne utwierdzają go w tym przekonaniu „dyżurni chłopi”, ci sami, którzy potakiwali ministrowi Sawickiemu. Poprawia to samopoczucie szefa resortu rolnictwa, ale na niewiele się zda. Jaka jest prawda, sam wiesz drogi Czytelniku. Na horyzoncie widać duże obniżki cen skupu mleka – naszym zdaniem – już od lutego następnego roku. Od września zaś tanieje żywiec wieprzowy. Jeśli tak dalej pójdzie, to okaże się, że na marne pójdzie cały wysiłek rolników, którzy z mozołem odbudowywali pogłowie trzody. Celowo wspominamy tylko o rolnikach, bo to, że przybyło w naszym kraju tuczników, zawdzięczamy tylko i wyłącznie ich producentom, a nie zespołom roboczym w ministerstwie. Obawiamy się, że wraz ze spadkiem liczebności trzody przybywać będzie „świń”, ale to temat na inny komentarz.

Choć kukurydza z tegorocznych zbiorów trzyma cenę, to zapewne firmy skupujące będą „kroić” rolników na mikotoksynach (jeśli w ogóle uda się ją zebrać). Każdy kto w środę 1 listopada przemierzał Polskę w drodze na cmentarze widział, ile plantacji kukurydzy zostało jeszcze do sprzątnięcia. Z każdym deszczowym dniem sytuacja się pogarsza, a rolnicy są bezradni.  Przepadła kukurydza kiszonkowa, której rolnik nie mógł zebrać w terminie. Może będzie z niej ziarno, ale paszy dla krów może brakować. Na pewno plusem jest fakt, że Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa zaczęła wypłacać zaliczki dopłat bezpośrednich. Zwłaszcza że inne formy wsparcia choćby dla rolników poszkodowanych przez tegoroczne klęski żywiołowe raczej zawodzą. Obiecanego 1000 zł/ha dla ofiar sierpniowych nawałnic nikt jeszcze nie zobaczył. Co gorsza, program pomocy tak skonstruowano, że jeśli ktoś poniósł straty wcześniej (np. w lipcu), to na nadzwyczajne wsparcie nie ma co liczyć. A takich sygnałów dociera do naszej redakcji wiele.

ARiMR chwali się, że zaliczki trafiły już na konta 782 tys. rolników. To ponad połowa z 1,342 mln, którzy złożyli wnioski o dopłaty. Z pozoru jest super. Jednak miny nam rzedną, kiedy czytamy dalej, że Agencja przelała do tej pory 3,55 mld zł z ponad 10 mld zł, które wypłacone mają być wcześniej. Pewnie ktoś powie, że się czepiamy. Ale naszym zdaniem, takie zestawienie liczb pokazuje jak jest i pozwala oddzielić propagandę od rzeczywistości. Mamy też wrażenie, że ten wiekopomny sukces ARiMR i ministra Jurgiela nie jest żadną łaską, a normalną praktyką.

Zmieńmy jednak temat i wybiegnijmy na chwilę w przyszłość. Komisja Europejska przedstawiła 21-stronicowy projekt dokumentu, który pokazuje, w jakim kierunku zmierzać ma Wspólna Polityka Rolna Unii Europejskiej po 2020 r. Ku nie tylko naszemu zaskoczeniu, osobny rozdział poświęcono tam problemowi imigrantów i roli rolników w ich osiedlaniu na terenach wiejskich. UE w ostatnich latach próbuje rolnictwa „używać” do walki z globalnym ociepleniem, co niespecjalnie Brukseli wychodzi. Teraz sugeruje się, że rolnicy mogą odegrać doniosłą rolę w łagodzeniu problemu imigrantów w Europie. Chyba nie chodzi tutaj o produkcję wieprzowiny! Pamiętamy wszak poprzedniego ministra, który chwalił się, że przed polską wieprzowiną otworzył się rynek Egiptu i innych państw z tego regionu. Jednak UE przede wszystkim powinna zaprzestać prób likwidacji własnego rolnictwa. Bo jak inaczej nazwać sygnały dotyczące zakazu używania niektórych środków ochrony roślin, wcześniejsze sygnały mówiące o tym, jak produkcja zwierzęca przyczynia się do efektu cieplarnianego, czy ostatnie posunięcia związane z zazielenianiem WPR. Czy Europa chce najpierw osłabić własne rolnictwo, następnie uzależnić się od importu żywności, która stanie się piekielnie droga, aby ostatecznie wrócić do odbudowy polityki rolnej, czego zapewne zaczną domagać się ci, którzy dziś żądają jej likwidacji.

Krzysztof Wróblewski
Paweł Kuroczycki

Partner serwisu