Nasza strona zapisuje niewielkie pliki tekstowe, nazywane ciasteczkami (ang. cookies) na Twoim urządzeniu w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Możesz wyłączyć możliwość ich zapisu, zmieniając ustawienia Twojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu. Więcej informacji o plikach cookies.

Zgadzam się

r e k l a m a

Partner serwisu

Niech moc Jurgiela będzie z rolnikami

Wiadomości Felietony
Data publikacji 29.01.2018r.

Nie byłoby tej wolnej niepodległej, suwerennej Polski, gdyby nie wszystko to, co zrobił dla niej Wincenty Witos, kształtując postawę polskiej wsi, kształtując postawę polskiego rolnika – mówił prezydent Andrzej Duda podczas uroczystości z okazji 144. rocznicy urodzin legendarnego ludowego przywódcy. Bez Witosa, który pociągnął za sobą w obronie wolnej Polski w 1920 r. ludowe masy, tworząc w ten sposób milionową armię, nie obronilibyśmy przed sowiecką nawałą ani ojczyzny, ani Europy. Tylko ofierze krwi, jaką złożyli polscy chłopi, zawdzięczamy, że krajobrazu europejskiej wsi od Uralu po Ardeny między Francją a Niemcami nie wypełniają kołchozy. Szkoda, że dziś nikt o tym zdaje się nie pamiętać w Brukseli czy Paryżu.

Niestety, jak mówił prezydent Duda, Polska, o którą Wincenty Witos walczył, skrzywdziła swego obrońcę, bo został niesprawiedliwie uwięziony i skazany. Nigdy nie doczekał się sprawiedliwości, także w III RP. PSL dwukrotnie składało wnioski o kasację wyroku. W 2005 r. Ministerstwo Sprawiedliwości odmówiło, powołując się na carski kodeks karny z 1903 r. Ponowny wniosek z 2008 r. także został odrzucony, bo nie ma dokumentacji procesu z 1930 r. Zróżnicowana argumentacja pokazuje, że w tej sprawie decydowali politycy. A przecież wystarczy wyrok procesu brzeskiego potraktować jako zbrodnię sądową, tak jak to traktowano wyroki sądów PRL, w wyniku których skazywano bohaterów i patriotów walczących z Niemcami i Sowietami, tylko dlatego, że byli w AK lub w innych organizacjach niepodległościowych.

r e k l a m a



Takiej sytuacji jak teraz w polityce i wokół rolnictwa w odrodzonej po 1990 r. Polsce jeszcze nie mieliśmy. Prawie wszystkie wcześniejsze rządy były koalicyjne (lub mniejszościowe), a rolnictwo powierzano tym partiom, które w parlamencie miały mniejszość. Dzięki temu Polskie Stronnictwo Ludowe cztery razy (dwa razy z SLD i dwa razy z PO) mogło obsadzać m.in. stanowisko ministra rolnictwa. Za każdym razem miało wymówkę, że chciało dobrze, ale Oleksy, Miller albo Tusk nie pozwalali. Lepiej sobie radził tylko minister Artur Balazs w rządzie AWS, który rozwiązał olbrzymi kryzys na świńskim rynku, w wyniku którego ceny żywca spadły do 1 zł i 80 groszy za kilogram.

Teraz Krzysztof Jurgiel nie może się posłużyć wymówką stosowaną przez polityków PSL. Wszak z każdej rekonstrukcji, fikcyjnej czy rzeczywistej, wychodził zwycięsko, bo prezes Jarosław Kaczyński darzy go olbrzymim zaufaniem. Podobnie jak premier Mateusz Morawiecki. Może więc minister Jurgiel osiągnąć znacznie więcej niż jego poprzednicy na tym stanowisku. Lista spraw do załatwienia jest długa, począwszy od realnego wzmocnienia pozycji rolników i przetwórców wobec sieci handlowych, poprzez uporządkowanie spraw związanych z prawem łowieckim, melioracjami, aż po skuteczną walkę z ASF. Ale nade wszystko wymagamy od ministra, aby przekonał cały rząd do wzrostu dopłat bezpośrednich dla polskich rolników – tak aby były zbliżone albo równe dopłatom dla niemieckich rolników. I żeby były to dopłaty do produkcji, a nie do ziemi kupionej w celach spekulacyjnych przez rolników z Marszałkowskiej. Wszak to dopłaty – im wyższe, tym lepsze – pomagają przetrwać kryzysy rynkowe systematycznie dręczące każdy dział produkcji rolnej. A przecież obecnie kryzys zaczyna trapić polskie mleczarstwo. Dobrze by było, gdyby minister Jurgiel powołał specjalną komisję, która przyjrzałaby się dokładniej kontrowersyjnym przypadkom prywatyzacji ziemi będącej w gestii państwa. Taka komisja mogłaby działać na wzór komisji, którą dowodzi wiceminister sprawiedliwości – Patryk Jaki.

Nie sposób nie odnotować telewizyjnej wypowiedzi wojewódzkiego lekarza weterynarii z Lublina, który odpowiedzialność za część przypadków ASF w gospodarstwach przypisał rolnikom-kłusownikom.

Panie doktorze, wszyscy wiedzą, że to nie dzik przynosi wirusa do chlewni, tylko człowiek, bo dziki po chlewniach nie chodzą, a są rezerwuarem choroby. Współczesny „kłusownik” to człowiek majętny, który po lesie jeździ wypasioną terenówką za sto tysięcy złotych i więcej, albo urządza sobie rajdy quadami po leśnych duktach. I stać go na zapłacenie wysokiego mandatu. Jeżeli według pana doktora rolnicy z obrzynkami – czyli kłusownicy, których jest coraz mniej – roznoszą ASF, to samo można powiedzieć o członkach PZŁ, legalnie posiadających broń myśliwską, których jest coraz więcej. Rozumując tak jak wojewódzki lekarz weterynarii – można stwierdzić, że i rasowi myśliwi – a wśród nich są m.in. politycy, prawnicy, lekarze, weterynarze, przedsiębiorcy – mogą rozwlec ASF po kraju.

Krzysztof Wróblewski
Paweł Kuroczycki

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a