Nasza strona zapisuje niewielkie pliki tekstowe, nazywane ciasteczkami (ang. cookies) na Twoim urządzeniu w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Możesz wyłączyć możliwość ich zapisu, zmieniając ustawienia Twojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu. Więcej informacji o plikach cookies.

Zgadzam się

r e k l a m a

Partner serwisu

Rolniku podziel się wdowim groszem

Wiadomości Felietony
Data publikacji 01.11.2018r.

Głównym źródłem podwyżki cen płodów rolnych jest plaga suszy, która dotknęła nie tylko polskie rolnictwo. Bynajmniej te podwyżki nie zrekompensują, podobnie jak pomoc rządowa, strat poniesionych przez dziesiątki tysięcy firm pracujących pod chmurką, potocznie określanych jako gospodarstwa rolne. Ale gdy ceny tego co wyprodukuje rolnik w swojej firmie idą w górę, przybywa chętnych do wyciągnięcia ręki po ten dodatkowy wdowi grosz, który trafił do rolniczej kieszeni.

Mniej pieniędzy w rolniczej kieszeni

Tak było w latach 2007–2008, kiedy drożały zboża. Wówczas, jak nieoficjalnie słyszeliśmy, u dystrybutorów środków produkcji dla rolnictwa obowiązywała zasada – tak długo podnosimy ceny, jak długo rolnicy będą płacić. Najbardziej dokuczliwy w tym czasie stał się wzrost cen nawozów mineralnych. Za tonę nawozu kosztującego w 2007 r. ok. 1000 zł, w 2008 r. trzeba było zapłacić 2000 zł. To wówczas na fali drożejących zbóż te ceny rosły nawet do 3000 zł.

r e k l a m a



Teraz jest podobnie. Wystarczył wzrost cen zbóż średnio o 200 zł na tonie, aby ceny wielu nawozów również wzrosły co najmniej o 200 zł/t. Dramatycznie rosną też ceny pasz, dodatków paszowych i inne ceny produktów niezbędnych do produkcji mleka. Oczywiście 1 zł i 40 groszy za litr mleka jest nadal dobrą ceną skupu, ale ze względu na wspomnianą drożyznę, znacznie mniej pieniędzy zostaje w rolniczej kieszeni. I ta stabilność, jaką szczycił się ten dział produkcji, w którym praca jest określana mianem białego niewolnictwa, została bardzo nadszarpnięta.

Od myszy do cesarza wszyscy żyją z gospodarza

Stare to porzekadło i przez nas nadużywane. Ale ciągle aktualne, bo musisz się podzielić rolniku swoim zarobkiem, który my określamy mianem wdowiego grosza. Jednak ów wdowi grosz – czyli zarobek – za ubiegły rok, to 3399 zł z hektara. Takie są bowiem wyliczenia GUS-u. Trudno nam jednak znaleźć rolnika, który zarobiłby tyle na jednym hektarze nie uprawiając marihuany. Podobne odczucia ma wielu naszych Czytelników, którzy głośno i w niecenzuralnych słowach wyrażali swój sprzeciw wobec takich wyliczeń w licznych rozmowach telefonicznych. My zaś obawiamy się, że w przyszłym roku ten dochód jeszcze wzrośnie, bo przecież w tym roku ceny płodów rolnych poszły w górę. A to, że była susza – dla bezdusznych wyliczeń GUS-u – nie będzie miało żadnego znaczenia. Dlatego uważamy, że trzeba urealnić GUS-owskie metody liczenia, aby nie krzywdzić tych co orzą i sieją oraz ich rodzin. Kiedyś podobne problemy stwarzał podatek rolny obliczany na podstawie cen z poprzedniego roku. Udało się to zmienić wprowadzając średnią z 11 kwartałów. Apelujemy do Jana Krzysztofa Ardanowskiego, ministra rolnictwa, aby rozważył podobną zmianę w przypadku dochodu z produkcji rolnej.

Drożejące paliwo i zakaz importu wieprzowiny do USA ciosem dla polskich rolników

Jakby kłopotów z suszą, niskimi plonami, trudnymi wschodami ozimin i drożejącymi nawozami było mało, to jeszcze musimy borykać się z drogim paliwem. To efekt rosnących cen na rynku światowym. Przyczyniają się do tego m.in. sojusznicze Stany Zjednoczone. Wszak to prezydent Donald Trump nie tylko wzywa, ale też podejmuje skuteczne działania w celu znacznego ograniczenia importu ropy z Iranu. Amerykańskiej gospodarce to nie zaszkodzi, bo tam mają własne paliwa. A że tama dla irańskiej ropy zaowocuje wzrostem cen paliw i gazu? Na tym gospodarka USA też skorzysta, wszak ten kraj jest paliwowym potentatem. Zaś dla naszego rolnictwa drożejące paliwo – jako następstwo mocarstwowej polityki USA – jest niezwykle bolesnym, ale spodziewanym ciosem. Ale ten ostatni amerykański cios – zakaz importu polskiej wieprzowiny – można porównać do strzału w plecy, tak potępianego w kraju westernów. Ów strzał doprowadził do spadku cen skupu o ok. 50 gr/kg. Rozumiemy, że USA boją się ASF „jak diabeł święconej wody”. Ale skoro w jadących za ocean szynkach nie było do tej pory wirusa, to znaczy, że nasz system jest szczelny. Mamy bardzo uważnych recenzentów jakości naszej żywności, choćby w Czechach, dla których taki precedens byłby doskonałym prezentem i pretekstem do wstrzymania importu.

Nie wszystko złe co się w Ameryce rodzi. Niedawno tamtejsze ministerstwo rolnictwa poinformowało, że do powstrzymania ASF zaangażowało przeszkolone w szukaniu wieprzowiny psy. Można się domyślać, że do Czech, na Węgry, czy pod Warszawę wirus ASF trafił z resztkami żywności przywiezionej zza wschodniej granicy. Co szkodzi zatrudnić na przejściach granicznych i lotniskach takie pieski? Naszym zdaniem, to pomysł tani (pracują za miskę karmy), a przede wszystkim skuteczny.

Krzysztof Wróblewski
Paweł Kuroczycki
redaktorzy naczelni

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a