Ubojnie oszukują rolnika na parametrach?

Wiadomości Interwencja
Data publikacji 31.01.2017r.

– Już niemal 27 lat hoduję świnie i nie wiem, czy jest sens dalej to prowadzić – mówi rolnik z Wielkopolski. Uważa, że niektóre ubojnie oszukują hodowców na wadze, mięsności, wyboju. Ponadto nie umożliwiają rolnikowi przeprowadzenia niezależnych badań. Również część odbierających żywiec próbuje oszukać rolnika, zaniżając wagę.

– Od lat zajmuję się hodowlą trzody i przez ten czas do czterech różnych ubojni dostarczałem półtusze – mówi Stanisław Rutkowski* z powiatu śremskiego w Wielkopolsce. – Schemat wygląda w zasadzie wszędzie tak samo. Przez pierwszy rok, może dwa lata, wyniki, jakie podaje ubojnia, są w miarę zbliżone do rzeczywistych. A później zaczyna się już zaniżanie najważniejszych parametrów.


Według rolnika zakłady mięsne próbują oszukać hodowców na wadze, mięsności i wyboju.

Rolnik może być przy badaniu

Podobne zdanie ma wielu rolników, także z innych regionów Polski. Daniel z województwa podlaskiego twierdzi, że kiedy był przy taśmie podczas uboju świń, które dostarczył, wszystko było w miarę w porządku. Jednak kiedy już nikt z rolników nie przypatruje się czynnościom pracowników ubojni, wyniki badań mięsności półtusz mogą być bardzo zaskakujące.

– Każdy rolnik może uczestniczyć lub wyznaczyć osobę uczestniczącą w wykonywaniu pomiarów i badań – mówi Piotr Walkowski, prezes Wielkopolskiej Izby Rolniczej.

Wystarczy, że rolnik ma ważną książeczkę sanepidowską na nosicielstwo, aby mógł wejść na teren zakładu. Jednak, żeby mieć pewność, że przedsiębiorstwo zezwoli na wejście i nie będzie stawiał żadnych przeszkód, warto zawrzeć taką klauzulę w umowie na dostarczanie świń do ubojni.

– Najlepszym sposobem jest współpraca pomiędzy rolnikami, którzy odstawiają trzodę do tej samej ubojni. Mogą się między sobą umawiać, kto, kiedy i przy jakiej partii świń będzie obecny podczas pobierania próbek – podpowiada szef izby rolniczej.

Według niego warto, aby rolnik sprawdził też, czy urządzenia do wykonywania pomiarów są dobrze skalibrowane i mają certyfikat.

Część osób hodujących świnie ma jeden sposób na zakłady zaniżające wyniki pomiarów półtusz. Podpisują umowę z inną firmą, licząc, że będzie uczciwsza.

– W ubojni, do której obecnie dostarczam tuczniki, na początku wszystko było w porządku. Ale z czasem zacząłem otrzymywać coraz niższą cenę za świnie, bo oficjalnie moje świnie miały gorsze wyniki. Zupełnie przesadzili już 7 grudnia ubiegłego roku. Wówczas wybój określili na zaledwie 76,94%, a mięsność na 55,2%. Nie wytrzymałem, zadzwoniłem do nich i zrobiłem awanturę. Chwilowo pomogło, bo przy świniach odbieranych 29 grudnia mięsność określili na 60,2%, czyli aż o 5 punktów procentowych więcej. Wybój także się poprawił – podaje Stanisław Rutkowski

Problem z informacją o wynikach badań

Powody, dla których przedsiębiorstwa obniżają wycenę, są różne.

– Ostatnio dostałem informację, że jedna półtusza była zaropiona i automatycznie obniżyli mi cenę do 1,50 zł na całej partii. Szkopuł w tym, że wiadomość o wynikach czy jakichkolwiek problemach z półtuszami przesyłają e-mailem 2–3 dni po odbiorze. Tak było i tym razem. Kiedy więc zaproponowałem, że w takiej sytuacji półtuszę, z którą mieli problem, mogę odebrać, usłyszałem, że już została przerobiona – skarży się rolnik spod Śremu.

Podobnie ma wielu innych hodowców, w tym Janusz z Warmii.

– Otrzymywanie wydruków z oceny po dość długim czasie uniemożliwia nam jakąkolwiek weryfikację. To jest skazywanie rolnika na dobrą wolę zakładu przy rozliczaniu – przekonuje.

Znajomy Stanisława Rutkowskiego miał ostatnio podobny problem z innym zakładem mięsnym.

– Niemal tydzień po odstawieniu świń otrzymał informację z zakładu, że jedno ze zwierząt przez niego dostarczonych miało chyba żółtaczkę. Ubojnia nie tylko nie zapłaciła za mięso, ale jeszcze obciążyła go kosztami utylizacji. Nie mógł już sam zlecić przeprowadzenia niezależnych badań, bo zanim go poinformowali o całej sytuacji, zdążyli zniszczyć półtusze. I co? Mamy im wierzyć na słowo? – irytuje się hodowca.

Z taką oceną zgadza się też Piotr Walkowski.

– Wyniki z badań musiałyby być przesyłane do rolnika bardzo szybko. Na pewno w ciągu 24 godzin od odbioru świń. Pozwoliłoby to rolnikowi jakkolwiek zareagować. Mógłby w takiej sytuacji zdecydować się na wykonanie pomiaru kontrolnego lub na zabranie półtuszy na własny użytek – wyjaśnia szef Wielkopolskiej Izby Rolniczej.

– Może rozwiązaniem byłoby, gdyby jakaś zewnętrzna instytucja robiła pomiary? Tylko musiałaby być niezależna od ubojni i rolnicy powinni mieć w niej swoich przedstawicieli – zastanawia się Stanisław Rutkowski.

Takie rozwiązanie stosują niektóre cukrownie, w których przy próbkowaniu buraków biorą udział „mężowie zaufania”. WIR chce wprowadzić pewien nadzór nad badaniami w niektórych punktach skupu zbóż.

Nadzór nad klasyfikacją tusz zwierząt rzeźnych przez ubojnie prowadzi Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Jednak w ciągu roku inspektorzy IJHARS są w stanie skontrolować dany zakład tylko 10 razy. A i tak duża część ubojni nie była w ostatnim czasie sprawdzana przez Inspekcję. Co więcej, jedynie w niespełna 7% kontrolowanych zakładów IJHARS wykryła jakieś nieprawidłowości.

Czy sprzedawać na wagę żywą?

Z powodu problemów z jasną i rzetelną oceną parametrów odstawionych półtusz część hodowców rozważa przejście na sprzedaż żywca. Mimo że stawki są niższe niż w przypadku wagi bitej ciepłej. Jednak i w tym przypadku nietrudno o nieuczciwe praktyki.

– Sami niedawno mieliśmy niezbyt komfortową sytuację. Kierowca chciał, żebyśmy ważyli i ładowali na auto po cztery świnie jednocześnie. Okazało się, że jego waga zaniżała masę tuczników o 7–8 kg w stosunku do tego, co wskazywała moja waga – opowiada Stanisław Rutkowski. – Uparłem się wówczas, że w takiej sytuacji będziemy ważyć świnie pojedynczo. I okazało się, że przy takich pomiarach nie było żadnej rozbieżności – dodaje wielkopolski rolnik.

Podobnych sytuacji doświadczyli inni rolnicy. Andrzej z województwa małopolskiego wspomina, że w jego stronach najczęściej handlarze oszukiwali na wagach ciąganych, w których ingerowali w mechanizm. Przy wadze zwierzęcia przekraczającej 500 kg różnica mogła wynieść ponad 10%.

– Jeden znajomy zważył buhaja u siebie w zagrodzie i pojechał z nim na spęd. Na wadze handlarza byk miał 70 kg mniej – opowiada. W przypadku wag elektronicznych nie jest lepiej.

– Nie wiem, czy jest sens dalej prowadzić produkcję świń. Obecna sytuacja z ubojniami bardzo przypomina stare przysłowie: „Od myszy po cesarza, każdy żyje z gospodarza” – podsumowuje rolnik spod Śremu.

Paweł Mikos

*Na prośbę rolnika jego nazwisko w artykule zostało zmienione. Prawdziwe dane do wiadomości redakcji „Tygodnika Poradnika Rolniczego”.


Stanisław Rutkowski specjalnie kupił do gospodarstwa własną wagę, ponieważ kilku handlarzy próbowało oszukać go na wadze tuczników
– Wyniki badań musiałyby być przesyłane do rolnika bardzo szybko. Pozwoliłoby to rolnikowi jakkolwiek zareagować – twierdzi Piotr Walkowski, prezes Wielkopolskiej Izby Rolniczej

Partner serwisu