Nasza strona zapisuje niewielkie pliki tekstowe, nazywane ciasteczkami (ang. cookies) na Twoim urządzeniu w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Możesz wyłączyć możliwość ich zapisu, zmieniając ustawienia Twojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu. Więcej informacji o plikach cookies.

Zgadzam się

r e k l a m a

Partner serwisu

Upolitycznianie polskiego rolnictwa skończy się krachem

Wiadomości Felietony
Data publikacji 31.08.2018r.

- Nie dzielmy rolników na dużych, małych, wysokich i niskich. Są lepsze gospodarstwa i gorsze. Ideologizowanie polskiego rolnictwa skończy się krachem. Wieś nie wytrzyma na dłuższą metę takich podziałów i za kilka lat staniemy przed dylematem, kto zagospodaruje rosnącą liczbę KOWR-owskich odłogów - twierdzi prezes Dolnośląskiej Izby Rolniczej Leszek Grala

Z Leszkiem Gralą, prezesem Dolnośląskiej Izby Rolniczej, rozmawiają Krzysztof Wróblewski i Paweł Kuroczycki

r e k l a m a



Jak pan ocenia dwa pierwsze miesiące Jana Krzysztofa Ardanowskiego na stanowisku ministra rolnictwa?

Liczyłem na to, że Jan Krzysztof Ardanowski będzie pracował nad poprawą bytu gospodarzy, pragmatycznie działał na rzecz podniesienia konkurencyjności polskich gospodarstw. Nie ma potrzeby wyciągania z szafy kolejnych trupów. PiS już trzy lata samodzielnie kreuje politykę rolną. Każdy, kto dzisiaj jest na scenie politycznej, ma swój udział w tym, że nie stworzono mechanizmów ochronnych, nie pozwolono – no może poza spółdzielczością mleczarską – rolnikom zaistnieć w przetwórstwie. Możemy się licytować, kto bardziej działał na szkodę naszego środowiska, ale to nie ma już sensu. Życie wymaga patrzenia do przodu, tworzenia systemów ochrony począwszy od ochrony przed skutkami niekorzystnych warunków klimatycznych do udziału w zyskach wypracowywanych w przetwórstwie.

A skoro jesteśmy przy suszy i jej skutkach. Od Czytelników docierają do nas sygnały, że system wyceny strat działa źle.


Tegoroczna susza obnażyła, jak stworzony system odbiega od rzeczywistości. Ludzie poświęcili dziesiątki godzin na pracę w komisjach szacujących straty. Dzisiaj są rozżaleni i gorycz rozlewa się w każdym ich zdaniu. Pytają, po co były komisje, skoro IUNG w Puławach lepiej wiedział, gdzie i w jakich uprawach była susza. Pytają, dlaczego kazano im podpisywać protokoły niezgodne ze stanem faktycznym… czemu służą takie działania?

Tysiące gospodarstw zrezygnowało z szacowania, bo najpierw nie brano pod uwagę rzepaków, okopowych i kukurydzy oraz łąk, a gdy już uprawy sprzątnięto, ukazał się kolejny komunikat IUNG dopuszczający szacowanie. Tylko, że zboża były już w magazynach. Susza uderzała lokalnie, u mnie od maja spadło około 40 litrów wody. Od początku lipca dowozimy w pole paszę i wodę, by karmić bydło mięsne. Za kilka dni zmuszony będę spędzić je do obory, bo na łąkach i pastwiskach jest istny step. Nie wierzę, że największy deszcz spowoduje, że rośliny odrosną. Pierwszy raz spotykam się z przypadkiem, by po kukurydzy, która uschła na pniu, posiać już rzepaki. A rolnicy pytają, czy i kiedy będą szacowane pola z kukurydzami? Może i będą, ale wtedy gdy większość zostanie zebrana. Nie ma na to naszej zgody.

System monitoringu suszy jest kłamliwy. Kilkanaście kilometrów od mojego gospodarstwa spadło niedawno ok. 80 litrów wody, u mnie nic, ale tamten deszcz w monitoringu zaliczono również dla mojego gospodarstwa. Dlaczego do systemu od początku roku nie włączono stacji ODR-ów, o co od wielu lat prosimy ministerstwo?

Mówi się o 2 mld zł strat spowodowanych suszą. Nie wierzę w to. Twierdzę, że prawdziwe straty przekroczą w skali kraju 5 mld zł. Wielu rolników skosiło uprawy jeszcze przed przybyciem komisji. Ludzie ratowali plony, nie wierząc w jakąkolwiek pomoc i nie czekając na szacowanie.

Dla porównania – średnie plony zbóż za ostatnie trzy lata przekraczają w moim gospodarstwie 8 t/ha, a rzepaku 4 t/ha. W tym roku zebraliśmy 4,9 t/ha pszenicy i tylko 2,6 t/ha pszenżyta.

W gminie Węgliniec o szacowanie wystąpiło tylko 17 rolników. Na tych piaszczystych i lekkich glebach ludzie zbierali po 0,4–0,5 t/ha żyta, tymczasem z metodologii liczenia szkody wyszło, że straty nie przekraczają 45%. W gminie Siekierczyn w powiecie lubańskim zaledwie dwóch na kilkudziesięciu rolników zakwalifikowało się do pomocy. Mariola Szczęsna, burmistrz Lwówka Śląskiego, rolniczka i była delegatka naszej Izby przekazała mi, że na sto kilkadziesiąt protokołów nikt w jej gminie nie zakwalifikował się do pomocy. Rozmawiałem z szefem Rady Powiatowej Izby w Świdnicy Janem Figurakiem – urząd wojewódzki nie przyjął setek protokołów, gdzie oszacowano rzepaki. Wzywa się ludzi, żeby poprawiali; w gminie Dobromierz jest ich 170. Ludzie chcą protestować pod Urzędem Wojewódzkim, a my jesteśmy bezsilni, bo wojewoda nie znalazł człowieka, by wydelegować go na spotkanie z oburzonymi rolnikami.

Bezwzględnie żądamy opracowania takiej metodologii, która odzwierciedlała będzie stan faktyczny. Co mają powiedzieć ludzie hodujący zwierzęta, którzy tak jak ja już od półtora miesiąca skarmiają siano i kiszonkę. Przychód ze sprzedaży zwierząt wymuszonej brakiem pasz wyeliminuje tych rolników z pomocy. To paranoja.

Jaka jest sytuacja producentów zbóż, którzy podpisali kontrakty na ich dostawę?

Nikt nie mówi o tym, że protokoły suszowe mogą pomóc rolnikom, którzy zawarli kontrakty na sprzedaż zbóż. Wielu z nas podpisywało kontrakty na 50–60 % tego co zwyczajowo zbieraliśmy, w niskich jak na dzisiaj cenach. Zbiory były na poziomie 25%, więc dziś trzeba płacić kary. Podam przykład – moja grupa producentów zbiera rocznie ok. 1,2 tys. ton pszenżyta. Podpisaliśmy kontrakt na 500 ton, po 590 zł/t. Zebraliśmy zaledwie 420 ton ze 170 ha, czyli 2,47 t/ha, a niektórzy poniżej 1,7 t/ha. Pszenżyto kosztuje dziś ponad 700 zł/t, a stanu klęski nie ma, więc z kontraktu trzeba się wywiązać.

Znacząco podrożał materiał siewny. Ceny pszenic do siewu sięgają 2,5 tys. zł/t. Chcieliśmy siać swoje ziarno, ale z powodu suszy siła kiełkowania wynosi maksymalnie 78% w jednej z odmian, a generalnie waha się od 9 do 35%. Zachęcam kolegów rolników do sprawdzenia, żebyście się „nie obudzili z ręką w nocniku”.

Dolnośląskie rolnictwo jest chwalone nawet przez specjalistów z Uniwersytetu Warszawskiego za swoją strukturę i wydajność. Jak pan to ocenia?

Dolnośląska wieś i nasze rolnictwo odbiegają od krajowej średniej pod względem wielkości i wydajności pracy. Bilans żywnościowy mamy jednak beznadziejny: z różnych krańców Polski i Europy sprowadzamy mleko, wieprzowinę, wołowinę, owoce i warzywa. Wywozimy nieprzetworzone zboża, rzepak i kukurydzę. Dlatego jest pęd do powiększania gospodarstw. Z drugiej strony szacuję, że jedna trzecia gospodarstw ledwo wiąże koniec z końcem. Zbyt duże inwestycje, zakupy nieracjonalnie drogiej ziemi mogą zachwiać ich bytem.

W ciągu minionego roku w naszej części Polski zlikwidowano produkcję mleczarską w kilkunastu dużych oborach, gdzie wydajność wynosiła od 10 do 12,5 tys. kg mleka od krowy. Kilka tysięcy krów w najlepszym przypadku pojechało na Podlasie i Mazowsze. Zdarzało się, że genetyczne perełki trafiły do rzeźni. Brak stabilności, lokalnego przetwórstwa i często nieracjonalne działania chociażby KOWR doprowadzają do likwidacji budowanych przez lata hodowli.

Artykuł podzielony na strony, czytasz 1 z 2 stron.

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a