Gminny plan jak szlaban dla rolników

Gminny plan jak szlaban dla rolników

Z trzema dyplomami wyższych uczelni Kamil Szymański z pewnością znalazłby dobrze płatną pracę w mieście. Chciał jednak zostać na wsi i zdobytą wiedzę wykorzystać w rodzinnym gospodarstwie. Dziś gminne plany zagospodarowania przestrzennego obracają jego marzenia w niwecz.

Kamil Szymański gospodaruje samodzielnie od kilku lat we wsi Dąbrowice w gminie Żuromin. Rodzice przekazali mu 18 ha, a on powiększył areał do 39 ha. Zaczął kompletować park maszynowy, zakupił nowy ciągnik. Chciał rozwijać produkcję i modernizować gospodarstwo.

– Rodzice mają 30 ha gruntów i oborę na 40 dojnych krów. Mleko dostarczają do SM Mlekovita, oddział w Działdowie – opowiada młody gospodarz. – Jak na tutejsze warunki, to już duże gospodarstwo. W 2010 roku rodzice zdobyli pierwsze miejsce w powiatowym konkursie na najlepsze gospodarstwo rolne. Powiatowa izba rolnicza nagrodziła ich zaś za produkcję mleczną. Miałem zamiar kontynuować rodzinne tradycje i rozwijać produkcję mleka. Załamanie cen na rynku mleka powstrzymało mnie od inwestycji. Zdecydowałem się na zmianę specjalizacji i budowę chlewni. Gminny samorząd uchwalił jednak właśnie nowy miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, który zupełnie uniemożliwia wznoszenie budynków inwentarskich.

Skansen w puszczy

Wszystko zaczęło się w 2015 roku, gdy gruchnęła wieść, że dwóch okolicznych mieszkańców chce sprzedać grunty pod budowę wielkich kurników. – Dla nikogo nie jest tajemnicą, że na terenie naszego powiatu prężnie rozwijają działalność dwie spółki, które produkują drób na skalę przemysłową – wyjaśnia nasz rozmówca. Takich dużych ferm powstało już wiele. 

Ludzie zaczęli protestować i zażądali od władz gminy zablokowania takich inwestycji. Samorząd podjął więc uchwałę o przystąpieniu do opracowania miejscowych planów zagospodarowania dla obszarów wiejskich, w tym naszej wsi. Do czasu ich sporządzenia wstrzymano również wydawanie warunków zabudowy dla obiektów inwentarskich.

– Sam popierałem tę inicjatywę, bo nie podejrzewałem, że planiści i władze posuną się do absurdów – mówi Szymański.

– Gdy gmina ogłosiła możliwość składania wniosków do nowego planu, zgłosiłem zamiar budowy nowej obory na 60 DJP, na działce za istniejącą oborą rodziców. Przyszedł jednak kryzys w mleczarstwie, ceny spadły poniżej 1 zł/l. Zmieniłem wniosek i zgłosiłem zamiar budowy chlewni z obsadą zwierząt 210 DJP, lecz na innej działce, pod lasem, z dala od jakichkolwiek zabudowań. Oborze sprzeciwiała się sąsiadka, więc chciałem uniknąć problemów. Wtedy dowiedziałem się, że chlewni przeciwni są z kolei ludzie, którzy mieszkają ponad 1 km od planowanego obiektu. Uważałem, że ich protesty nie mogą stanowić przeszkody ze względu na odległość, więc cierpliwie czekałem na nowe plany zagospodarowania.

O możliwości zgłaszania uwag do już opracowanego projektu planu zagospodarowania rolnik dowiedział się już po terminie. Tym razem bowiem władze nie wysłały okólników do sołtysa, jak było w zwyczaju, lecz ogłoszenie powieszono w małym wiejskim sklepiku. – Ja tam nie bywam, więc o niczym nie wiedziałem – skarży się rolnik. – Gdy wreszcie zapoznałem się z projektem, okazało się, że nie mogę marzyć ani o oborze, ani o chlewni. – W planie dopuszcza się lokowanie obiektów inwentarskich o obsadzie zwierząt jedynie do 40 DJP, ale na 1 ha może przypadać do 12 DJP – wyjaśnia gospodarz z Dąbrowic. – Działka musiałaby więc mieć przynajmniej 3,5 ha!

W dodatku wprowadzono obowiązek otaczania takich obiektów 10-metrowym pasem zieleni. A jakby tego było mało, zakazuje się również rozbudowy istniejących obiektów inwentarskich, zmiany sposobu ich użytkowania, a nawet budowy obiektów tymczasowych, jak np. wiata.

– Z planu wynika także, że działka pod lasem, na której chciałem budować chlewnię, przeznaczona została… pod zalesianie. Cała wieś ma właściwie zostać otoczona lasem, jakbyśmy mieli zostać jakimś skansenem pośrodku puszczy – dodaje rolnik.

Absurdy planistów

– Kilkakrotnie rozmawiałem z panią burmistrz, usiłując wyjaśnić, że te ograniczenia są nieuzasadnione, bezsensowne i szkodliwe – twierdzi Szymański. – Mam dyplom z planowania przestrzennego, więc trochę się na tym znam. Według mnie wystarczyłoby wprowadzenie zapisu uniemożliwiającego podziały działek o powierzchni poniżej 3 ha. To byłaby skuteczna blokada dla budowy ferm przemysłowych, bo czyniłaby taką inwestycję zbyt kosztowną. Tłumaczyłem, że ziemie są u nas słabe, więc produkcja roślinna ma rację bytu tylko w powiązaniu z produkcją zwierzęcą i tylko w ten sposób mogą funkcjonować gospodarstwa rodzinne. Tymczasem gmina skazuje nas na wegetację i zmusza do zaniechania działalności rolniczej. Argumentowałem, że władze nie mogą działać jedynie w interesie mieszkańców, którzy na wsi tylko mieszkają, kosztem rolników, dla których gospodarstwo jest źródłem utrzymania rodzin.

Urzędnicy nie mieli nawet świadomości, że przeznaczenie gruntu pod zalesienie zamyka rolnikowi dostęp do preferencyjnych kredytów.

– Wskazywałem też ewidentne błędy w prognozie oddziaływania na środowisko, opracowanej do planu zagospodarowania wsi – dodaje nasz rozmówca. – Wynika z niej na przykład, że wieś leży w dolinie rzeki Węgierki, która przepływa kilkadziesiąt kilometrów dalej. Rzece tej mają zagrażać nasi rolnicy, zbyt intensywnie nawożąc swoje pola. Autorzy prognozy bez podania żadnego źródła informacji wyliczają chronione gatunki ptaków, których nikt na tym terenie nie widział. Poza tym nie mieli oni zielonego pojęcia o rolnictwie, bo piszą o „wysokich klasach gleb”, które skłaniają do intensywnej działalności rolniczej. Dla nich najwyraźniej piąta klasa gleb jest lepsza od pierwszej, bo ma wyższy nominał! Rozmawiałem z tymi planistami i przyznali się, że nawet nie pofatygowali się przejechać po wsiach, dla których robili plany. Woleli improwizować. Tłumaczyłem im, że gleby są słabe, a nawozy drogie, więc nikt nie wyrzuca pieniędzy w błoto. Jeśli będą zwierzęta, będzie obornik i grunty można będzie nawozić naturalnie, bez szkody dla środowiska – twierdzi gospodarz. – Tłumaczyłem, że działki są u nas małe, więc żaden rolnik nie spełni warunków, jakie narzucili. Wyjaśniałem, jak wygląda produkcja zwierzęca w wyspecjalizowanym gospodarstwie, jak wygląda technologia żywienia, jakie są uwarunkowania ekonomiczne. Wyjaśniałem między innymi, że stodoły nie są dziś niezbędne, bo krowy żywi się raczej kiszonką. Rolnik mógłby więc zaadaptować budynek na inny cel, ale ich plany tego nie dopuszczają. Dla nich to była czarna magia.

Kamil Szymański kilka dni spędził w urzędzie, był na posiedzeniach gminnej komisji i sesjach rady. Nic jednak nie wskórał.

 – 13 stycznia radni przegłosowali plany. Niektórzy się wahali, ale wtedy burmistrz zastosowała szantaż psychologiczny. Stwierdziła, że jeśli nie będą głosować „za”, to ona natychmiast będzie musiała wydać warunki zabudowy ponad 50 inwestorom, którzy chcą budować w naszych wsiach wielkie kurniki i chlewnie. Teraz plany zaopiniować ma wojewoda.

Wszystko w porządku?

Z prośbą o wyjaśnienia w tej sprawie zwróciliśmy się do burmistrza miasta i gminy Żuromin Anety Goliat. Chcieliśmy, by odniosła się do zarzutów niedostatecznego poinformowania zainteresowanych mieszkańców wsi, których dotyczyły opracowywane plany zagospodarowania oraz uzasadniła nazbyt restrykcyjne, zdaniem rolnika z Dąbrowic, ograniczenia, jakie uchwalone plany narzucają.

„We wszystkich miejscowościach objętych uchwałami w sprawie przystąpienia do sporządzenia miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego gminy Żuromin odbyły się zebrania wiejskie. Na spotkaniach z mieszkańcami przedstawiano wszelkie informacje o możliwościach i o skutkach wynikających z przyszłych planów” – pisze burmistrz w przesłanej nam odpowiedzi. Stwierdza również, że kolejne etapy tworzenia planów przebiegały zgodnie z przepisami ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, zaś mieszkańcy byli o nich na bieżąco informowani za pośrednictwem ogłoszeń zamieszczanych w lokalnej prasie, na tablicach ogłoszeń w Żurominie i poszczególnych wsiach oraz w internetowym Biuletynie Informacji Publicznej UMiG Żuromin.

Według Anety Goliat, wszyscy zainteresowani mieszkańcy i właściciele nieruchomości mieli też możliwość składania wniosków, zgłaszania uwag, uczestniczenia w dyskusji publicznej oraz posiedzeniach gminnych komisji i sesjach samorządów, na których sprawy dotyczące sporządzanych planów były omawiane i głosowane. W nadesłanej odpowiedzi nie ma natomiast ani słowa wyjaśnień czy uzasadnienia dla wprowadzonych uchwalonymi planami regulacji.

– W mojej wsi zostało może trzech prawdziwych rolników i podobnie jest w całej gminie. Reszta ludzi tylko tu mieszka, a ziemię posiada jedynie z powodu dopłat, ale jej nie uprawia – mówi Kamil Szymański. – Rozumiem, że rolnicy stali się na wsi mniejszością, a władze wolą zadowolić większość wyborców, która nie lubi zapachu obornika. Gdzie jednak, jeśli nie na wsi, mają powstawać obory czy chlewnie? Ja przecież nie chcę nikomu uprzykrzać życia, ja też tu mieszkam. Mam chyba prawo normalnie produkować we własnym gospodarstwie? A te plany są jak zakaz działalności rolniczej. Równie dobrze można ustawić tu szlaban i zakaz wjazdu dla rolników.

Grzegorz Tomczyk

Czytaj także:

Czy rolnicy mogą jeszcze inwestować na wsi?

Chlewnia to nie armagedon

 

 

Zainteresował Cię ten artykuł?
Pokaż komentarze

Zobacz także

więcej artykułów z tej kategorii