Lejcie asfalt, nie lejcie wody!

Lejcie asfalt, nie lejcie wody!

Jednym z podstawowych założeń scalania gruntów jest zapewnienie każdej działce dostępu do drogi publicznej – cytuje oficjalne dokumenty Krystyna Sobczuk ze Stadarni. – To ja się pytam, dlaczego ktoś wymyślił, że po scaleniach za każdym razem mamy nadkładać 1,5 kilometra? Jak się ma jedno do drugiego?

r e k l a m a

Stadarnia to niewielkie sołectwo w pow. chełmskim w gminie Wojsławice. Jego mieszkańcy skontaktowali się z naszą redakcją. Uważają, że projekt sieci gminnych dróg opracowany w trakcie zagospodarowania poscaleniowego jest daleki od doskonałości.

Ktoś wymyślił, że asfalt ma się nagle urywać przy naszym domu, a właściwie przy domu naszej sąsiadki. Dalej w kierunku chełmskiej drogi ma być utwardzenie z płyt. A my, jeśli nie chcemy się trząść na płytach, mamy do drogi na Chełm jeździć w przeciwnym kierunku. My i sąsiadka, żeby dojechać po równym do tamtej trasy, będziemy za każdym razem nadkładać 1,5 km. Czy my płacimy gorsze podatki, czy jesteśmy mieszkańcami drugiej kategorii? – pyta Krystyna Sobczuk. Jej mąż Sławomir Sobczuk uważa, że utwardzenie płytami to zły pomysł. – Przecież tego w zimie nie odśnieżą – mówi.

W Witoldowie się dało, czemu nie u nas?

Jednym z podstawowych założeń scalania gruntów jest zapewnienie każdej działce dostępu do drogi publicznej – mówi Krystyna Sobczuk.

– Taka jest teoria. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej. A przecież jak to wszystko się zaczynało, będą już ze dwa lata, mówili, że asfalt będzie aż do chełmskiej drogi.

– Jak od Chełma jedzie kurier, karetka, czy policja, to jadą najkrótszą drogą, właśnie tą, której nie chcą wyasfaltować – mówi Bolesław Hus. Z żoną Marią mieszka po drugiej stronie sołectwa. Podkreślają też, że scalenia były dobrą, acz zmarnowaną okazją, do wykonania drogi między Czarnołozami a Stadarnią.

– Gdy kilka lat temu w sąsiednim Witoldowie robili porządek z drogami, to zrobili tak, że wszyscy są zadowoleni. Po kolei, w kilku etapach. Nie było żadnego tłumaczenia, że daleko do domów i asfaltu nie będzie. Nie rozumiem dlaczego nie można tak u nas – mówi Sławomir Sobczuk. Prowadzi tu z żoną niewielkie gospodarstwo rolne. – A tam była przecież taka sama sytuacja. Zrobili normalnie, jak się należy, bez takiego cyrku jak tutaj.

Cyrkiem nazywa pan Sławomir sytuację, w której gminna droga, którą z sołectwa można najkrócej dojechać do trasy prowadzącej w kierunku Chełma, została jedynie zakwalifikowana do utwardzenia płytami. – A jednocześnie droga prowadząca do domu sołtysa została zakwalifikowana do asfaltowania – mówi.

– Byliśmy w szoku, gdy dowiedzieliśmy się, że droga do domu sołtysa ma być asfaltowana – mówi Maria Hus. – Co z tego, że to droga gminna i inni mogą z niej korzystać, skoro mało kto nią jeździ.



Maria i Bolesław Husowie uważają, że nie mieli szansy wypowiedzieć się na temat planów dotyczących lokalnych dróg


To nie pierwszy przypadek, gdy sołtys jest specjalnie traktowany, uważa pan Sławomir. – Kruszywo z funduszu sołeckiego na utwardzenie lokalnych dróg poszło na drogę do sołtysa. Myślałam, że będzie nim obdzielona cała wieś. Akurat – mówi Maria Hus.

– Starostwo w odpowiedzi na protest mieszkańców pisze, że nie protestowaliśmy wtedy, kiedy były konsultacje. Tylko, że nikt nas nie informował. Gdybyśmy wtedy wiedzieli to co teraz, to już wtedy byśmy protestowali – mówi pani Krystyna. – Dowiedzieliśmy się dopiero wtedy, gdy sołtys pod koniec ubiegłego roku wysypał tłuczeń na swoją drogę i zrobiła się afera. Przy okazji wyszło jak to ma być z tym asfaltowaniem.

Artykuł podzielony na strony, czytasz 1 z 2 stron.

Zainteresował Cię ten artykuł?
Pokaż komentarze

Zobacz także

więcej artykułów z tej kategorii