Naszych szkół nie oddamy!

Naszych szkół nie oddamy!

Wprowadzana reforma edukacji nie budzi raczej sprzeciwu wśród mieszkańców polskiej wsi. Ostro stają oni jednak w obronie szkół, które własnymi rękami wznosili, a których teraz pozbywać chcą się gminne samorządy.

r e k l a m a

Dwa takie głośne protesty trwają w województwie łódzkim. Pierwszy z nich ma miejsce w Tomawie, w gminie Łęki Szlacheckie (pow. piotrkowski), drugi w Popielawach, w gminie Rokiciny w sąsiednim powiecie tomaszowskim. W obu przypadkach mieszkańców nie zdziwiły zamiary tzw. wygaszenia gimnazjów, funkcjonujących w ich wsiach. Żyli jednak w przekonaniu, że budynki gdzie mieściły się te placówki nadal służyć będą edukacji dzieci na poziomie podstawowym. Tymczasem gminne samorządy przegłosowały uchwały o likwidacji gimnazjów i nie rozważają nawet przekształcenia ich w szkoły podstawowe. Mieszkańcy poczuli się oszukani z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, rząd forsując kolejną reformę edukacji zapewniał, że szkoły nie będą zamykane, ale przekształcane na podstawówki. Dzięki temu dzieci miały się uczyć w mniejszych klasach i w bardziej komfortowych warunkach. Po drugie – obie wiejskie szkoły zbudowane zostały w większości w czynie społecznym, z ogromnym udziałem sił i środków miejscowych społeczności. W odczuciu ludzi władze gmin dokonują więc zamachu na cudzą własność.

Sięgają po nie swoje

Czarę goryczy w Tomawie przelała wieść, iż wójt znalazł już prywatnego inwestora, który chce odkupić budynki likwidowanego gimnazjum i zaadaptować je na… dom spokojnej starości. Mieszkańcy w pośpiechu zawiązali Komitet Obrony Szkoły, aby wpłynąć na decyzje radnych. Kolejne rozmowy z wójtem i samorządowcami nie przynosiły jednak rezultatu. Nie znajdowali oni ekonomicznego uzasadnienia dla tworzenia i utrzymywania z gminnego budżetu kolejnej – trzeciej – podstawówki. Zrzeszeni w komitecie tomawianie zamierzali rozpocząć okupację szkoły. Wystąpili do dyrektora gimnazjum o pozwolenie na zgromadzenie, ale go nie otrzymali. W tych okolicznościach w poniedziałek 13 marca br. kilkudziesięciu mieszkańców Tomawy zebrało się na dziedzińcu szkoły z transparentami, na których widniały hasła: „Szkoły nie oddamy”, „Edukacja nie na sprzedaż”, „Podstawówkę zostawić, rządzących w gminie odprawić”.

– Szkołę w czynie społecznym budowali sami mieszkańcy. Niektórzy z nich oddawali za darmo materiały budowlane, jeden z sąsiadów przekazał nawet nieodpłatnie działkę, a wszyscy ciężko tu pracowali, by szkoła mogła istnieć – argumentuje Katarzyna Gębarowska, założycielka komitetu i współorganizatorka protestu. – Gmina tylko zarządza tym majątkiem, a należy on do całej wsi. Jakim prawem ktoś sięga po naszą własność?


Katarzyna Gębarowska jest oburzona postawą lokalnych radnych i wójta Łęk Szlacheckich

– 20 lat temu gmina też chciała zamykać nam szkołę – wspomina Zofia Kosińska, jedna z protestujących. –Tu stała taka mała, drewniana szkoła. Dzieci przybywało i władze uznały, że nie ma tu warunków do kształcenia. Nie zgodziliśmy się na dowożenie dzieci do Łęk Szlacheckich lub Trzepnicy i zbudowaliśmy nową szkołę. Rodzice sami kopali fundamenty, wozili materiały własnymi traktorami, a dzieci często zamiast siedzieć na lekcjach, rozładowywały cegłę. W tych murach jest pot kilku pokoleń – opowiada mieszkanka Tomawy. – Szkołę oddano do użytku w 1997 r., a już w 1999 r. po reformie szkolnictwa przekształcono na gimnazjum. Od tego czasu była rozbudowywana i systematycznie modernizowana. To nowoczesna i doinwestowana placówka z pełnowymiarową salą gimnastyczną. Takich warunków może nam pozazdrościć wiele wiejskich i miejskich szkół w województwie – uważa nasza rozmówczyni.

20 lat temu oddałem działkę ponad 15 arów pod budowę szkoły. Nie myślałem o zyskach, bo wiedziałem, że szkoła jest potrzebna – mówi Franciszek Jabłoński. – Marnotrawienie tego dorobku całej społeczności to byłaby zwykła niegospodarność.

Artykuł podzielony na strony, czytasz 1 z 2 stron.

Zainteresował Cię ten artykuł?
Pokaż komentarze

Zobacz także

więcej artykułów z tej kategorii