Nasza strona zapisuje niewielkie pliki tekstowe, nazywane ciasteczkami (ang. cookies) na Twoim urządzeniu w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Możesz wyłączyć możliwość ich zapisu, zmieniając ustawienia Twojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu. Więcej informacji o plikach cookies.

Zgadzam się

r e k l a m a

Partner serwisu

Co przeszkadza unijnemu mleczarstwu?

Pieniądze i Prawo Wiadomości rynkowe
Data publikacji 09.05.2018r.

Aleksander Anton, dyrektor generalny European Dairy Association, był gościem Europejskiego Forum Mlecznego w Rzeszowie. W swoim wykładzie zwrócił uwagę na najistotniejsze obecnie problemy w funkcjonowaniu unijnego mleczarstwa.

Jako pierwszy, dyrektor EDA poruszył problem zagrożenia na unijnym rynku mleka, mogący pojawić się po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE.

r e k l a m a



Jeśli proces wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii zostanie źle poprowadzony, unijne mleczarstwo straci na tym dwukrotnie więcej, niż na rosyjskim embargu. EDA przygotowała Komisji Europejskiej propozycje rozwiązań, które należałoby uwzględnić, negocjując Brexit – mówił w Rzeszowie Aleksander Anton.

Poruszając ten problem, Anton odniósł się również do polskiego mleczarstwa.

Wielka Brytania nie jest samowystarczalna w produkcji mleka. Polska natomiast eksportuje 25% tego co wytwarza, z czego na brytyjski rynek trafia 1,3–1,8%. Jest to niby niewiele, jeśli jednak porównamy tę ilość z tym, co Polska straciła na rosyjskim embargu i dodamy te wartości, to robi się już duża kwota. Tak więc i dla polskiego mleczarstwa, źle wynegocjowany Brexit może być zagrożeniem – podkreślał Anton.

Masło ma być masłem

Dyrektor EDA poruszył również aspekt funkcjonowania unijnego rynku mleczarskiego w kontekście jednolitego rynku. Obecnie najważniejsze dla mleczarzy, jego zdaniem są trzy sprawy: ochrona nomenklatury mleczarskiej, znakowanie pochodzenia oraz znakowanie wartości odżywczej.

Przez ostanie 30 lat nazwy takie jak masło, mleko, ser, jogurt, były chronione, był to przykład na stosowanie polityki ochrony wspólnego rynku. Dzisiaj chociaż jest to zakazane prawem, nadużywa się tych nazw do oznaczenia innych produktów.

Będąc we Francji, wybrałem w jednym z supermarketów ser ze środkowej półki, na opakowaniu znalazłem nazwę cheddar. Na liście składników, jako pierwszy wymieniono wodę, był to produkt o smaku sera cheddar, sprzedawany w takiej samej cenie jak cheddar. Podobnie myląco oznakowany produkt znalazłem w markecie w Krakowie oraz w innych marketach w innych unijnych krajach. Tego rodzaju praktyki stosuje międzynarodowy koncern Unilevel, nie jest to prawnie dozwolone, ale nikt z tym nic nie robi. Świadczy to o tym, iż krajowe organizacje, które są odpowiedzialne za zwalczanie takich praktyk, nie działają właściwe – podkreślał Anton.

W ramach EDA działa specjalny zespół roboczy, który zbiera dowody na stosowanie tego rodzaju praktyk, Anton zachęcał, aby to zgłaszać. Takie działanie jest bowiem bardzo szkodliwe dla przemysłu mleczarskiego. Psuje wizerunek unijnego mleczarstwa.




EDA zwróciła się w tej sprawie do KE. Przy pomocy przedstawicieli naszej organizacji w poszczególnych krajach członkowskich, przedstawiliśmy jak prawnie rozwiązać ten problem. Przedstawiciele EDA w poszczególnych krajach mają to zweryfikować – wyjaśniał Anton.

Znakowanie pochodzenia

W marcu br. zarząd EDA zatwierdził wytyczne sektorowe dotyczące dobrowolnego znakowania nazwy pochodzenia. Jak mówił dyrektor generalny tej organizacji, stosowanie tego oznakowania jest bardzo dobrym rozwiązaniem i należy je stosować. Zwrócił jednak uwagę, iż kompletnie innym zagadnieniem jest obowiązkowe znakowanie pochodzenia produktów mleczarskich, które stosuje 10 unijnych krajów. Robią to m.in. Finlandia, Litwa, Rumunia, Greca, Włochy, Francja, Hiszpania i Portugalia.

EDA nie popiera tego znakowania, a to z kilku przyczyn. Jeśli marka odnosi się do określonego regionu, to nie potrzeba już znakować pochodzenia. Dla kraju, który wysyła na eksport 25% swojej produkcji, tak jak np. Polska, stosowanie obowiązkowego znakowania pochodzenia nie jest dobrym rozwiązaniem, ponieważ tamtejszy konsument może nie chcieć nabywać naszego produktu – twierdzi Anton.

Artykuł podzielony na strony, czytasz 1 z 2 stron.

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a