Dzierżawa ziemi od ANR - przetargi wygrywają cwani, a nie rolnicy z małymi gospodarstwami

Pieniądze i Prawo
Data publikacji 29.06.2017r.

Ograniczone przetargi ofertowe na dzierżawę agencyjnych gruntów miały pomóc mniejszym gospodarstwom. Kolejny raz przekonujemy się o tym, iż tak niestety nie jest. Nadal państwową ziemię biorą w użytkowanie ci sprytniejsi, bardziej cwani i więksi, a wszystko odbywa się zgodnie z prawem.

Henryk Misiek ze wsi Rajsko w gminie Recz, w powiecie choszczeńskim, w 1978 r. przejął 14-hektarowe gospodarstwo rolne po dziadkach. Rok później skończył szkołę rolniczą. Wraz z żoną Zofią wychowali szóstkę dzieci, trzy córki i trzech synów. Dzisiaj mają 17 ha ziemi na własność a 38 ha dzierżawią od Agencji. Jak na dzisiejsze warunki oraz specyfikę gospodarowania w woj. zachodniopomorskim, gdzie dominują raczej słabe ziemie, nie jest to dużo.


Nasłuchałem się na wielu spotkaniach, w których uczestniczyła też dyrekcja ANR w Szczecinie, że trzeba młodych wprowadzać w gospodarstwo. Doszliśmy do porozumienia z najmłodszym synem i przepisaliśmy na niego 3 hektary. Szykujemy go na następcę, jest przygotowany do prowadzenia gospodarstwa, ma stosowne kwalifikacje i doświadczenie praktyczne. Pracuje z nami od małego. Miało to nam pomóc w powiększeniu gospodarstwa – opowiada Henryk Misiek.

Propaganda swoje, życie swoje

Rolnik systematycznie od 2007 r. zabiegał w Agencji Nieruchomości Rolnych o powiększenie gospodarstwa. Nie miał jednak żadnych szans, bo ziemia agencyjna sprzedawana była na przetargach licytacyjnych. Ceny za hektar w tej okolicy przebijały 40 tys. zł, co dla Henryka Miśka nie miało ekonomicznego przełożenia. Przepisując ziemię na syna i startując z nim w przetargach miał nadzieje, że coś w końcu się ruszy.

Dyrektor ANR w Szczecinie przekonywał w mediach, że ziemia jest wydzierżawiana na powiększenie rodzinnych gospodarstw. W moim rozumieniu, gospodarstwo rodzinne to takie, w którym pracuje mąż, żona i są w to zaangażowane dzieci, czyli takie, jak nasze. Okazało się jednak, że nie mam racji – komentuje gospodarz.



Rodzina z Rajska od pokoleń zajmuje się rolnictwem. Ma doświadczenie i sprzęt, by obrobić więcej hektarów

Rozdysponowywanie państwowej ziemi w przetargach ograniczonych ofertowych nic mu nie pomogło.

Startujemy z synem we wszystkich przetargach, jakie są ogłaszane w naszej okolicy i nic. Po to strajkowaliśmy na drogach, by ziemia była w końcu dostępna dla mniejszych gospodarstwach. Takie też były uzgodnienia. Każdy miał dostać na początek chociażby po jednej działce, a jest tak jak było. Duzi mają znowu asa w rękawie – żali się Misiek.

Rolnik nie zazdrości nikomu ani pieniędzy ani ziemi, ale zaczęło go mocno irytować, że karty rozdają ciągle ci sami rolnicy.

Największe pieniądze z ARiMR, najwięcej ziemi z ANR dostają te same osoby albo ich dzieci. Wielu z nich ustawia się jak wiatr zawieje, jak z prawa to w prawo, jak z lewa to w lewo, nieważne, jaka opcja polityczna rządzi, zawsze się odnajdą, żadnej złotówki nie przepuszczą. Ja zaś doposażyłem gospodarstwo prawie bez unijnego wsparcia.

Nie mam szczęścia w rządowych agencjach, a raczej znajomości i układów – mówi rolnik.
Zdaniem Henryka Miśka, rozdysponowywanie państwowych gruntów nie może odbywać się bez głosu i udziału rolników z gminy, której to dotyczy.

We własnej gminie rolnik nie ma nic do powiedzenia. Obcy najeżdżają nasze ziemie – komentuje Misiek.

Gospodarz ma też żal do członków izb rolniczych, że zamiast działać na korzyść mniejszych rolników, wspierają głównie siebie. Mając lepszy dostęp do wiedzy, sami ustawiają się tak, by wziąć dla siebie jak najwięcej. Dzielą gospodarstwa, bo z reguły mają już co dzielić, przepisują na dzieci ziemię, zwierzęta, młodzi wygrywają przetargi, a mały jak był małym, tak nim pozostanie.

Artykuł podzielony na strony, czytasz 1 z 2 stron.

Czytaj dalej

Partner serwisu