Nasza strona zapisuje niewielkie pliki tekstowe, nazywane ciasteczkami (ang. cookies) na Twoim urządzeniu w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Możesz wyłączyć możliwość ich zapisu, zmieniając ustawienia Twojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu. Więcej informacji o plikach cookies.

Zgadzam się

r e k l a m a

Partner serwisu

Jak wystąpić ze spółki wodnej? – rady rolników z Wielkopolski

Pieniądze i Prawo Spółki wodne
Data publikacji 23.04.2019r.

Ponad 19 miesięcy rolnicy z Borui Kościelnej w zachodniej Wielkopolsce walczyli z miejscową spółką wodną, aby przyjęła ich rezygnację z członkostwa. W końcu się udało. Pieniądze, które wpłacali na rzecz spółki, przeznaczają teraz na wykonywanie prac we własnym zakresie. Rowy czyste, woda na polach nie stoi i nerwów mniej.

Chcieliśmy zbiorowo wystąpić ze spółki, ale zarząd zastrzegł, że każdy z nas musi to zrobić indywidualnie – mówi Józef Jeziorkowski. Ci, którzy byli zdeterminowani, złożyli takie pisma. Po krótkim czasie wszyscy otrzymali decyzje odmowne.  

Pismo za pismem i… czasopismo. A dokładnie „Tygodnik Poradnik Rolniczy”

r e k l a m a

Zrobiliśmy więc to powtórnie, potem znowu i znowu – zawsze kończyło się to odmową. Niektórzy byli już zrezygnowani, chcieli się poddać. Skontaktowałem się wtedy z prawnikiem w waszej redakcji. Pani Aneta Suchoń podniosła nas na duchu. Powiedziała, że mamy prawo wystąpić ze spółki, poradziła, by pisać i się nie poddawać. We trzech: mój syn Darek, który też ma gospodarstwo, sąsiad Paweł Wójcik i ja wzięliśmy sprawę w swoje ręce. Jeździliśmy na negocjacje do spółki, do starostwa, chcieliśmy, żeby spółka dała nam wgląd w status, ale bez skutku – komentuje Józef Jeziorkowski. 

Starostwo zasłaniało się papierami. 

Wynikało z nich, iż spółka należycie rozlicza się z pieniędzy otrzymanych zarówno z dotacji, jak i ze składek rolników, więc niezrozumiałe jest, dlaczego chcemy wystąpić ze spółki, która funkcjonuje bez zarzutów – relacjonuje Paweł Wójcik. 

W końcu postanowili wspólnie, że skoro spółka jest nieugięta, trzeba zawalczyć o swoje w sądzie. Konsultowali się z miejscowym adwokatem, który w końcu otrzymał wgląd do statusu spółki i wtedy coś drgnęło. 

– Jeszcze nie zdążyliśmy wystąpić do sądu, choć papiery były już gotowe, jak zaczęły do wszystkich przychodzić pisma od zarządu, że zgadzają się na wystąpienie ze spółki – opowiada Dariusz Jeziorkowski. 

Z pisma, które otrzymał ojciec pana Dariusza, wynika, iż uchwała w sprawie stwierdzenia wygaśnięcia stosunku członkostwa zapadła 16 maja 2018 roku. Stosunek członkostwa wygaszono mu wraz z dniem 31 grudnia 2017 roku. Pierwsze pismo w sprawie wykreślenia go ze spółki rolnik złożył w październiku 2016 roku. Załatwienie sprawy trwało więc rok i 7 miesięcy.

Nie wszyscy wytrwali z nami do końca, mówili nam, że ze spółką nigdy nie wygramy. Gdy się jednak dowiedzieli, że się udało, złożyli powtórne pisma o wypowiedzenie. Mówiliśmy im, jak radziła nam pani Suchoń, że nie potrzeba powoływać się na żadne paragrafy. Wystarczy napisać, że z dniem takim a takim występuje się ze spółki wodnej i jeszcze dodać z jakiego powodu, np. że rowy nie są konserwowane, i tyle – dzielą się swoim doświadczeniem rolnicy. 

Jeziorkowscy zwracają jednak uwagę na to, by wcześniej uregulować zaległości wobec spółki za rok wystąpienia włącznie. 

Sąsiedzka współpraca zamiast spółki wodnej

Rolnicy, którzy opuścili szeregi spółki wodnej, nie zawiązali swojej spółki. Przyjęli sąsiedzką zasadę, że każdy dba o odcinek rowu, który znajduje się przy jego polu. 

Kilku z nas ma koparkę, my posiadamy też wykaszarkę, jak trzeba, wykonujemy prace także na odcinkach, które do nas nie należą, nie każdy ma bowiem taki sprzęt, rozliczamy się po sąsiedzku, np. sąsiad dorzuci się do paliwa, i jest w porządku. Na razie nie ma z tym problemu – komentują nasi rozmówcy.

Główny rów, do którego dochodzą boczne mniejsze cieki, jest przez nich czyszczony na odcinku około 2 km. On z kolei wpada do rzeczki, która nie należy już do spółki – ten ciek jest regularnie konserwowany co kilka lat przez Wody Polskie, wszystko jest więc teraz drożne.

W końcu udało się nam też wyczyścić jeden z rowów, który 33 lata temu odbudowywano w dużej mierze przy udziale budżetu państwa, ale dokładali się do niej również rolnicy. Po zakończeniu prac rów przekazano do utrzymania spółce wodnej i od tego czasu nie był konserwowany. Rów nie jest jeszcze idealny, bo przerastające drzewa i krzewy zniszczyły go bardzo mocno, ale jest już drożny – relacjonuje Józef Jeziorkowski. 

Rowy w Borui Kościelnej wczoraj i dziś

Składka na Gminną Spółkę Wodną Zlewni Szarka działającej na terenie gminy Nowy Tomyśl, do której należeli rolnicy z Borui Kościelnej, wynosiła 35 zł za hektar objęty melioracjami. Poszczególni rolnicy płacili więc różnie, w zależności od tego, ile rowów przechodzi przez teren ich gospodarstw. 

Nie o wysokość składki nam jednak głównie chodzi, tylko o to, że płacimy, a rowy jak były zarośnięte, tak są. Większość z nich powstała około 30 lat temu, niektóre nie były w tym czasie w ogóle ruszane – mówili rolnicy, którzy przedstawiali problem redakcji „Tygodnika” na początku października 2016 roku (kliknij tutaj, aby przeczytać archiwalny artykuł). Mieli także duże zastrzeżenia do wyceniania przez spółkę wykonywanych prac. 

Gospodarzy z Borui Kościelnej do wystąpienia ze spółki zachęciła postawa rolników z sąsiedniej wioski, którzy już to dawno zrobili i sami czyszczą rowy. Gdy jednak oni wyczyścili rów, a na odcinku przechodzącym przez pola w ich wiosce nie było przepustu, woda nie miała się gdzie podziać i zalewała Boruję Kościelną. Niektórzy mieszkańcy sami brali wtedy łopatę do ręki i kopali, jednak wówczas spółka straszyła ich karą. 

Będąc z wizytą w Borui Kościelnej w 2016 roku,  redakcja „Tygodnika” odwiedziła też biuro Gminnej Spółki Zlewnia Szarka w Nowym Tomyślu. Jej prezes, Rajmund Szulc, mówił, że problem z Borują Kościelną ciągnie się od wielu lat. Przez Boruję przebiegają dwa główne cieki wodne Szarka K11 i Kościółek K10, od nich odchodzą mniejsze, wraz z wsią Paproć i Cichą Górą ma ona najdłuższą sieć rowów. 

Rowy K11 i K10 nie przebiegają tylko przez jedną wieś. Konserwujemy je systematycznie, a pan Jeziorkowski i inni rolnicy chcieliby, żeby u nich były one czyszczone co roku albo po prostu zasypane, a do tego interesują ich tylko te odcinki rowów, które przebiegają przez ich działki – komentował zarzuty rolników Rajmund Szulc.

Z danych otrzymanych w siedzibie spółki oraz z tego, co było widać w terenie, wynikało, iż rolnicy z Borui Kościelnej niebezpodstawnie stawiali zarzuty, że za mało się u nich dbało o melioracje szczegółowe. Choć zestawienia pokazywały, iż coś się w ich wsi w kwestii rowów działo, to jednak na przestrzeni 6 lat około 67% rowów było nietknięte. 

Nie mamy nic do samej instytucji spółki, słyszymy i czytamy czasem o takich, które działają bez zarzutu. Zdecydowanie jednak przeciwstawiamy się takim, które kasują tylko pieniądze od rolników, ale nic nie robią. W takiej sytuacji radzimy rolnikom, by się nie bali i składali wypowiedzenia. Muszą jednak być świadomi, że rowy trzeba czyścić samemu – komentują nasi rozmówcy. 


Magdalena Szymańska
fot. Magdalena Szymańska
Na zdjęciu: Józef Jeziorkowski przy rowie, który rolnicy wyczyścili już sami, wolni od spółkowych układów

 

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a