Nasza strona zapisuje niewielkie pliki tekstowe, nazywane ciasteczkami (ang. cookies) na Twoim urządzeniu w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Możesz wyłączyć możliwość ich zapisu, zmieniając ustawienia Twojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu. Więcej informacji o plikach cookies.

Zgadzam się

r e k l a m a

Partner serwisu

Edukując dla zdrowia z telewizją publiczną

Polskie mleko Spółdzielnia mleczarska
Data publikacji 21.11.2018r.

– Odejście od śmieciowego jedzenia jest też nadzieją dla wzrostu konsumpcji serów twardych i innych produktów mleczarskich. My jako Krajowy Zawiązek Spółdzielni Mleczarskich chcemy podjąć na szeroką skalę działania edukacyjne zmierzające do ukazania konsumentom walorów zdrowotnych i smakowych mleka i jego przetworów. Mamy pomysł, mamy wstępną akceptację władz Telewizji Publicznej, ale potrzebne są pieniądze, aby nasz pomysł wdrożyć w życie – przyznaje Waldemar Broś,  prezes Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich.

Z prezesem Waldemarem Brosiem, kierującym pracami Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich – Związek Rewizyjny – rozmawiają Paweł Kuroczycki i Krzysztof Wróblewski

r e k l a m a



Jaka jest obecnie sytuacja w naszej branży mleczarskiej, ze szczególnym uwzględnieniem spółdzielczości, która dominuje w polskim sektorze mlecznym?

– Zaczynamy od skupu mleka. Niestety, dynamika w skupie mleka spada i na pewno ten wskaźnik będzie niższy niż w 2017 roku. Wówczas przy poziomie skupu rzędu 11 miliardów 313 milionów litrów, ten skup był o 4,7 procenta wyższy niż w 2016 roku. W tym roku szacuję, że przyrost skupu mleka w porównaniu do ubiegłego będzie mniejszy, bo wyniesie około dwóch procent, co oznacza, że skupimy w granicach 11 miliardów 550 milionów, a nawet 600 milionów litrów. Tym samym, będzie pobity krajowy rekord w skupie mleka, który zanotowaliśmy jeszcze w 1989 roku. Było to niecałe 11 i pół miliarda litrów. Dotychczasową, tegoroczną cenę skupu mleka uznaję za przyzwoitą, bo uważam, że na koniec roku wyniesie ona 1 zł 30 groszy netto za litr, a nawet 2–3 grosze więcej. Jednak nie ma mowy, aby dogoniła ona rekordową ubiegłoroczną cenę skupu, która była zbliżona do 1 zł i 40 groszy netto za litr. Dochody rolników będą niższe, chociaż mleka jest więcej, a przyczyną tego jest nie tylko gorsza cena skupu, ale też klęska suszy i wyższe koszty produkcji, na które składają się podwyżki cen – poczynając od pasz, poprzez chemię rolniczą, kończąc na nośnikach energii, nie mówiąc już o wzroście cen paliwa.

Jeżeli chodzi o asortyment, to w tym roku obserwujemy wzrost produkcji masła – szacuję go przynajmniej na cztery procent, co oznacza, że łącznie może w tym roku przekroczyć granicę 220 tysięcy ton. Ceny masła są nadal atrakcyjne, ale niższe niż w roku ubiegłym, bo obecnie wynoszą między 18 a 19 zł za kilogram, a więc cena zbytu kostki masła to nawet 3 zł 60 groszy, zaś na półkach kostka masła kosztuje nadal 7 zł, a nawet więcej. Niższe są też ceny zbytu serów twardych. Natomiast ceny galanterii mleczarskiej i twarogów są stabilne, ale stosunkowo niskie. Ceny mleka w proszku są nadal na żenująco niskim poziomie, bo bogata Unia Europejska nie wie, jak pozytywnie zagospodarować ponad 240 tysięcy ton mleka w proszku skupionego w ramach działań interwencyjnych. Od wielu miesięcy postulujemy poprzez ministra rolnictwa, aby to mleko trafiło na cele paszowe, jako zamiennik soi. Chodzi tylko o to, aby uruchomić mechanizm, który sprawi, że import soi na rynki unijne będzie niższy o około 1,4 procenta, a w tę niewielką lukę wejdzie proszek mleczny. Ten fakt może poprawić sytuację w całym unijnym mleczarstwie. Tak naprawdę, to najlepiej, aby te zapasy mleka w proszku zostały zagospodarowane w ramach pomocy humanitarnej. Wszak obszar głodu, nędzy i wojny na świecie jest nadal bezmierny. Jednak Komisja Europejska jest wciąż głucha na nasze propozycje i wypuszcza stary proszek – dodajmy w większości przeterminowany – na rynek, po śmiesznej cenie około 1200 euro za tonę, a więc o ponad 500 euro mniej niż wynosi cena interwencyjna, której wielkość ustalono ponad 10 lat temu, a więc w krańcowo innych realiach ekonomicznych.

Za niepokojący fakt uważam też dalszy spadek produkcji jogurtów. Oznacza to, że oddajemy ten opłacalny rynek zagranicznym producentom, którzy lokują swoje jogurty na naszym rynku poprzez wielkie sieci handlowe.

Niewątpliwie niedobrym zjawiskiem jest niski, w porównaniu z ubiegłym rokiem, wskaźnik rentowności w branży mleczarskiej, który za pierwsze półrocze wyniósł 1,21 procenta, zaś na koniec roku może być tylko nieco wyższy. Wypada tutaj przypomnieć, że w ubiegłym roku ów wskaźnik rentowności przekroczył 3 procent i był to bardzo dobry wynik, zbliżony do wzorowego.

Raz po raz słychać opinie tzw. geniuszy ekonomicznych albo różnych doradców, że ten wskaźnik rentowności musi być wyższy niż 10 procent.

– Wspomniani geniusze muszą mieć jakieś ukryte cele głosząc tego typu opinie, w które nie zamierzam wnikać. Od lat wiadomo, że nasze mleczarstwo pracuje przy wskaźniku rentowności zbliżonym do dwóch procent. Wszak 85 procent tej branży stanowi spółdzielczość mleczarska, co oznacza, że to rolnicy są tutaj właścicielami. Owszem, zysk jest potrzebny na zasilenie funduszy spółdzielczych albo na inwestycje. Jednak zysk na poziomie 10 procent netto można osiągnąć tylko w ten sposób, że drastycznie obniży się cenę skupu mleka. A przecież podstawowym zadaniem spółdzielni mleczarskiej jest zapewnienie rolnikowi jak najlepszej ceny. Trzeba też pamiętać, że rozwój tysięcy gospodarstw mlecznych w naszym kraju opierał się o kredyty bankowe, które nie zawsze miały tak korzystne oprocentowanie jak teraz. Dlatego w realiach przychodowych każdej spółdzielni jest tak ważne, aby cena skupu była jak najwyższa, bowiem oprócz normalnych kosztów produkcji musi ona też pokryć koszty kredytów bankowych. Pamiętajmy, że często spółdzielnie poręczały te kredyty, a nawet pomagały je załatwiać oraz godziły się, by były one spłacane potrąceniami z dostaw mleka, co wiązało się z określonym ryzykiem. Owszem, ważną rolę w rozwoju gospodarstw spełniały i nadal spełniają specjalne spółdzielcze fundusze na zakup jałówek hodowlanych czy też modernizację obór bądź zakup innych środków produkcji. Ale te fundusze nie są w stanie zastąpić pieniędzy bankowych.

Jakie jeszcze zagrożenie widzi pan przed branżą mleczarską?

– Na pewno dużym wyzwaniem są dramatycznie drożejące nośniki energii – gaz, paliwa, a przede wszystkim energia elektryczna. Wiem, że dla większych zakładów mleczarskich podwyżka cen energii elektrycznej oznacza prostą konsumpcję tegorocznego zysku. I jakże w tym miejscu po raz kolejny okazują się dęte wspomniane opinie na temat przynajmniej 10-procentowej rentowności w sektorze mleczarskim. Poza drogą energią elektryczną, zagrożeniem jest też ograniczony do niej dostęp dla sektora mleczarskiego.

Co pan dokładnie ma na myśli w tej ostatniej kwestii?

– Od ponad dwóch lat apelujemy do ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, aby włączyć branżę mleczarską do tzw. sektora uprzywilejowanego przy dostawach energii i nie obarczać spółdzielni limitami zużycia energii elektrycznej, których przekroczenie wiąże się z wysokimi karami pieniężnymi. Jeżeli minister nie chce zaakceptować naszych postulatów, to niech powie prosto w oczy zarządzającym zakładami mleczarskimi: macie limity i ich nie przekraczajcie, tylko ograniczcie skup mleka od rolników albo też zrezygnujcie częściowo z przerobu mleka. Jednak takie jasne postawienie sprawy miałoby poważny i negatywny, rzecz jasna, wpływ na poparcie obecnej koalicji rządzącej przez elektorat rolniczy. I tego chyba obawia się minister Tchórzewski. Jednak zarówno poprzedni minister rolnictwa – Krzysztof Jurgiel, jak i obecny Jan Krzysztof Ardanowski, w pełni rozumieją nasze działania w tej kwestii. Dlatego nadal liczymy na poparcie resortu rolnictwa.

Tak na marginesie, to decydenci od energii zapewne nie wiedzą, że bezpieczny przerób mleka na zdrowe produkty, a nade wszystko trudny przerób ścieków mleczarskich, oznacza olbrzymi wydatek energii elektrycznej. Chyba żyją oni jeszcze w epoce ręcznej produkcji masła i twarogów.

W ubiegłym roku cieszyliśmy się bardzo z wyników eksportowych branży?

– Tak, ale w tym roku chyba nie pobijemy historycznego rekordu z ubiegłego roku, w którym to wartość naszej mleczarskiej sprzedaży w ramach eksportu wyniosła niemal 2 miliardy euro, przy dodatnim saldzie sięgającym miliarda stu milionów euro. Jednak o końcowych wynikach eksportowych zadecyduje – jak to zwykle bywa – sprzedaż zrealizowana w ostatnim kwartale roku. W sumie pod względem ilościowym ten eksport może być nawet wyższy – jednak niższe ceny produktów mleczarskich na rynku światowym nie pozwolą na pobicie wspomnianego rekordu. Owe ceny są, moim zdaniem, sztucznie zaniżone działaniami wielkiego kapitału spekulacyjnego. Wszak susza dotknęła wielu państw, w których produkcja mleka liczy się w globalnym handlu. A tutaj, sygnały idące z nowozelandzkiej giełdy Fonterra wskazują, że masło w blokach na przełomie tego roku może kosztować około 14 zł za kilogram. Ta informacja dla polskiego mleczarstwa, które zajmuje trzecie miejsce w UE pod względem wolumenu produkcji tego wyrobu, jest wręcz katastrofalna. Liczę jednak na to, że musi nadejść jakiś kres albo przynajmniej ograniczenie wspomnianych działań o charakterze spekulacyjnym. Jeżeli np. w Niemczech, które są numerem jeden w europejskim mleczarstwie, wzrosną ceny zbytu z racji nacisków silnych rolniczych związków domagających się podwyżek cen skupu z powodu wyższych kosztów produkcji mleka wynikających z suszy, czy też droższego paliwa, to te działania przełożą się też pozytywnie na nasze mleczarstwo. Z tego co wiem, na nasz rynek nie trafia już tani ser z Niemiec, bo albo jego zapasy się skończyły, albo też produkcja sera została ograniczona. Jak wiadomo, ów import doprowadził do obniżenia krajowych cen zbytu sera twardego o przynajmniej 2 zł na kilogramie. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że Niemcy są drugim na świecie, po USA, producentem serów twardych.

Polska umiejscowiona jest wśród państw bogatych. Obserwujemy ostatnio, że konsumenci masowo odchodzą od taniego śmieciowego jedzenia. Jest to chyba jakaś nadzieja dla polskiego mleczarstwa?

– Tak i to poważna. Ponad dwadzieścia lat temu, nasz Związek, którym kierował śp. Marcin Strzelecki, ruszył z potężną kampanią reklamową, której wydźwiękiem był oczywisty prymat masła nad margaryną. Teraz już wiadomo powszechnie, że masło nie jest trucizną albo jakimś tam szkodliwym smarowidłem. Jest bowiem docenionym, wartościowym produktem, dającym zdrowie. My to głosiliśmy od dziesiątków lat. Jednak zła reklama plus wypowiedzi niekompetentnych autorytetów zrobiły swoje. Odejście od śmieciowego jedzenia jest też nadzieją dla wzrostu konsumpcji serów twardych i innych produktów mleczarskich. My jako Krajowy Zawiązek Spółdzielni Mleczarskich chcemy podjąć na szeroką skalę działania edukacyjne zmierzające do ukazania konsumentom walorów zdrowotnych i smakowych mleka i jego przetworów. Mamy pomysł, mamy wstępną akceptację władz Telewizji Publicznej, ale potrzebne są pieniądze, aby nasz pomysł wdrożyć w życie. Chodzi o kilkaset tysięcy złotych. Zamierzamy je zdobyć poprzez aplikację merytorycznego wniosku do Funduszu Promocji Mleka. W naszych działaniach edukacyjnych zawarty też jest wniosek skierowany do rządu, aby przywrócić mleko w szkole w pięciodniowym wymiarze – w klasach od 1 do 8 szkoły podstawowej. W tym wniosku nie chodzi bynajmniej o drenaż pieniędzy publicznych, ale o kształtowanie dobrych, to znaczy też prozdrowotnych, nawyków żywieniowych. Przypominam tutaj, że zarobek na szkolnym mleku jest minimalny, zaś na pieniądze czeka się długo, nawet pół roku. Poza tym, ów program jest nadmiernie zbiurokratyzowany.

Powiemy krótko: marne są szanse na to, że ci co decydują o rozdziale środków z Funduszu Promocji Mleka wesprą finansowo wasze działania edukacyjne w telewizji publicznej?

– Będziemy szukali też wsparcia wśród naszych członków. Wszak na naszej kampanii edukacyjnej ma skorzystać cała branża mleczarska – nade wszystko małe i średnie spółdzielnie, które nie mają wystarczających środków na profesjonalną kampanię reklamowo-promocyjną. Chciałbym dodać, że z dużą satysfakcją obserwuję działania promocyjne wizerunkowe Spółdzielni Mleczarskiej Mlekovita w Wysokiem Mazowieckiem. Ukazują one w bardzo dobrym świetle Mlekovitę – moim zdaniem niekwestionowanego lidera polskiego mleczarstwa – ale też kształtują bardzo dobry wizerunek całej branży mleczarskiej.

Czy ustawa o tzw. przewadze kontraktowej rozwiązała problem nierównego statusu branży mleczarskiej wobec wielkich sieci handlowych?

– Nie rozwiązała. Nawet jak ceny zbytu rosną, to nadal największą część pieniędzy przechwytuje handel kosztem rolnika i zakładu przetwórczego. Jesteśmy zdesperowani nadal nierówną pozycją polskiej branży mleczarskiej wobec wielkich sieci handlowych. To nie jest partnerstwo. Wiem, że co teraz powiem, w pewnych kręgach spotka się z dużą krytyką. Ale jestem przekonany, że problemy, jakie mamy z handlem, można rozwiązać tylko w jeden sposób – regulując marże. Jeżeli np. marża jest wyższa niż ta regulowana, to należy ją opodatkować. Tym sposobem owe podatki – od nadmiernych marż – zasiliłyby budżet państwa.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmowa nieautoryzowana.

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a