Nasza strona zapisuje niewielkie pliki tekstowe, nazywane ciasteczkami (ang. cookies) na Twoim urządzeniu w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Możesz wyłączyć możliwość ich zapisu, zmieniając ustawienia Twojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu. Więcej informacji o plikach cookies.

Zgadzam się

r e k l a m a

Partner serwisu

Wierzymy w lepsze czasy dla polskiego mleczarstwa

Polskie mleko Wiadomości z branży
Data publikacji 26.08.2018r.

Z prezesem Czesławem Cieślakiem, kierującym Okręgową Spółdzielnią Mleczarską w Kole rozmawia Krzysztof Wróblewski

Trwa proces przyłączania do Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Kole Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej MONA w Koninie?

r e k l a m a



– Tak. Zostanie on zakończony w III kwartale przyszłego roku. A na moje barki oraz na barki członków rady nadzorczej OSM Koło spadło zarządzanie konińską spółdzielnią znajdującą się w fazie restrukturyzacji. Chodzi nam o to, aby produkcja w zakładzie w Koninie i zakładzie w Sosnowcu ruszyła pełną parą i przynosiła zyski. Nasza spółdzielnia finansowo pomogła Koninowi w utrzymaniu i rozwijaniu produkcji. Robimy w Koninie mleko świeże oraz twarogi, a także masło stołowe. Natomiast asortyment Sosnowca, to serki homogenizowane oraz napoje fermentowane. Powiem tak, bez pomocy OSM Koło konińska spółdzielnia nie dałaby sobie rady.

A jak wygląda produkcja w OSM Koło?

– Krótko mówiąc, nasza bardzo nowoczesna masłownia pracuje bez wytchnienia, na nowoczesnej wieży wytwarzamy natłuszczony proszek mleczny, który z zyskiem sprzedajemy. Została też uruchomiona nowa linia do produkcji serka wiejskiego i mam nadzieję, że już niedługo dojdziemy do 1500 ton produkcji serka wiejskiego w ciągu miesiąca. Nie narzekamy również na sprzedaż naszych napoi fermentowanych i śmietan oraz twarogów z Grodkowa. Chcemy także zainwestować własne środki i uruchomić produkcję, która wzmocni dział galanteryjny w naszej spółdzielni. Ale na razie nie mogę podać szczegółów naszego przedsięwzięcia.

Od wielu lat zasiada pan w sejmiku województwa wielkopolskiego, w którym pan jest przewodniczącym Komisji Rolnictwa. Tak nieco żartobliwie, to nazywają pana nawet ministrem rolnictwa Wielkopolski. Ten region, to nade wszystko zagłębie produkcji trzody chlewnej, a ASF właśnie mija Warszawę!

– W produkcji żywca wieprzowego zajmujemy pierwsze miejsce, bo ponad 30 procent żywca pochodzi z naszego regionu. Natomiast w mleku jesteśmy na trzecim miejscu. Z obawą wielkopolscy hodowcy świń podchodzą do tej zarazy. Wszak jej nadejście oznacza milionowe straty oraz zniweczenie dorobku hodowlanego i produkcyjnego kilku pokoleń trzodziarzy. Dotychczasowa polityka rządu w kwestii zwalczania ASF była robiona po urzędniczemu – nieefektywnie. Już dawno populacja dzików powinna być maksymalnie zredukowana. To nie są wszak manewry, ale prawdziwa wojna, a jej celem jest uratowanie produkcji trzody chlewnej w Polsce. Sprawę dzików można było załatwić w pół roku.

Z tego co pamiętam – minister rolnictwa Marek Sawicki obiecywał, że problem ASF będzie rozwiązany w kilka tygodni?

– Nie zamierzam tutaj bronić ministra Sawickiego. Wielokrotnie krytykowałem jego poczynania wobec polskiego mleczarstwa, także na łamach „Poradnika Rolniczego”. Ale minister Krzysztof Jurgiel miał znacznie więcej pieniędzy, ludzi i czasu, by opanować tę zarazę. I co w tej materii zrobił? Cała nadzieja w ministrze Krzysztofie Ardanowskim, którego uważam za człowieka doświadczonego i kompetentnego. Szkoda tylko, że tak późno mógł objąć stanowisko ministra rolnictwa.

Ponad 25 lat temu był pan także przewodniczącym rady nadzorczej Wojewódzkiej Spółdzielni Ogrodniczo-Pszczelarskiej w Koninie?

– Tak byłem, ale ta spółdzielczość odeszła do historii. I obecnie widzimy jak marnotrawione są dary matki ziemi – owoce miękkie i jaki czeka nas krach z jabłkami. Jest to proste następstwo likwidacji spółdzielczości w tym sektorze oraz fakt, że znakomita większość zakładów przetwarzających warzywa i owoce znajduje się w obcych rękach, które to od lat systematycznie wykorzystują polskiego rolnika pod względem ekonomicznym. Nie może być tak, że jednego roku za czarną porzeczkę płaci się po 4 zł za kilogram, potem przez kolejne lata po 35–40 groszy. Podobnie jest też z malinami czy jabłkami.

Czy będzie pan kandydował na radnego do sejmiku województwa wielkopolskiego?

– Po długim czasie zastanawiania się powiedziałem tak. Przez trzy kadencje byłem posłem na Sejm. Potem skoncentrowałem się na pracy samorządowej, która jest efektywniejsza od wielkiej polityki. Mam jeszcze siły i pomysły, poza tym pragnę wspomóc Polskie Stronnictwo Ludowe, bez którego nie wyobrażam sobie funkcjonowania Polski samorządowej. Wybory do sejmiku były zawsze dla mnie udane, bo kilkanaście tysięcy obywateli a nawet więcej, oddawało na mnie głos. Ale dla mnie najważniejsza jest praca i jej efekty, a nie kampania wyborcza.

Dziękuję za rozmowę i w imieniu redakcji „Tygodnika Poradnika Rolniczego” życzę powodzenia.

Artykuł podzielony na strony, czytasz 2 z 2 stron.

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a