Nasza strona zapisuje niewielkie pliki tekstowe, nazywane ciasteczkami (ang. cookies) na Twoim urządzeniu w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Możesz wyłączyć możliwość ich zapisu, zmieniając ustawienia Twojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu. Więcej informacji o plikach cookies.

Zgadzam się

r e k l a m a

Partner serwisu

7-osobowa rodzina spod Kórnika w pożarze straciła dom. Jak można im pomóc?

Wieś i Rodzina Życie wsi
Data publikacji 09.02.2019r.

Miło jest gdzieś wyjechać, a potem wrócić do domu. Ciepłego, ze znajomymi sprzętami. Nie wszystkim jest to dane. Siedmioosobowa rodzina z podkórnickiego Czołowa już w drodze wiedziała, że wraca tylko do zgliszczy.

Pamiętacie jedną z opisywanych na naszych łamach laureatek konkursu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Wielkopolskiego? Mirosławę Majerowicz-Klaus, psychoterapeutkę, przedstawiliśmy wam w 50., przedostatnim zeszłorocznym numerze „Tygodnika” jako gospodynię „Leśniczówki Emaus” w Stefanowicach. Jej agroturystyczna zagroda zajęła pierwsze miejsce w kategorii „Gospodarstwo agroturystyczne w funkcjonującym gospodarstwie rolnym”.

r e k l a m a



Kilka dni temu odebraliśmy od niej dramatyczny telefon. „Dzień dobry, przepraszam, że dzwonię w niedzielę. Czy słyszeli państwo o pożarze domu we wsi pod Kórnikiem i siedmioosobowej rodzinie, która straciła przedwczoraj dach nad głową i cały dobytek? To rodzina mojej córki Zosi”. Słuchaliśmy z niedowierzaniem. Tym większym, że pani Mirosława zdradziła, że dwa tygodnie wcześniej owdowiała.

Zostały deski i materace

Do Czołowa ruszyłam następnego dnia. To wioska z osiedlem nowych domów. Chwilę krążyłam, nie mogąc dodzwonić się do Zofii, ale w jednej z uliczek dostrzegłam wzmożony ruch na jednej z posesji. Wśród granatowych kontenerów uwijało się kilku mężczyzn i dwie kobiety. Obok – sterta zwęglonych gąbkowych materacy i desek. Kawałek dalej – samotny stelaż od sofy.

To pani? Dzień dobry, Zofia Pawlak. Proszę wejść, ale na chwilę, bo w tych zgliszczach wszystko w sekundy przechodzi spalenizną – powiedziała Zofia, mama pięciorga małych dzieci, zapraszając do resztek domu.

Zostały z niego zalane wodą ściany i fragmenty stropu. Wnętrze okazało się wielką czarną dziurą. Zofia wspięła się jeszcze do jednej z ocalałych szafek, żeby wydobyć z niej kilka cuchnących dymem książek i sprawdzić, czy nie ma w niej czegoś ważnego. Chwilę później szafka podzieliła los materacy i spalonych sprzętów. A my udałyśmy się pod gościnny dach sąsiadki z naprzeciwka, gdzie Zofia opowiedziała, jak doszło do tragedii.

Modliłam się o znak

Siedzimy w domu Emilii – sąsiadki Pawlaków i przyjaciółki. Siostry, jak mówi Zofia, z katolickiej wspólnoty „Bogu Bliscy”. Obok kobieta i mężczyzna – Maryś i Kasia – pochylają się nad plikiem jakichś dokumentów. Też są rodzeństwem ze wspólnoty. Ktoś wpada, ktoś wybiega. Przy stole siedzi jeszcze Marta. Ze spokojem dzierga coś z wiśniowej włóczki, opierając ręce o niemały już brzuch, w którym chyba równie spokojnie czeka na swój czas mały Jan. Marta też jest ze wspólnoty.



  • Zofia nad dokumentacją dotyczącą rozbiórki z przyjaciółmi ze wspólnoty – Mariuszem, który jest budowlańcem (w środku) i Damianem, pod którego dachem siedzimy

Budowaliśmy ten dom  osiem lat temu z pieniędzy, które skończyły się nam bardzo szybko. To było tyle, co ze sprzedaży mieszkania, więc nie jakiś majątek. Szybko okazało się, że potrzebny będzie kredyt. Ale nie dostaliśmy go, nie mieliśmy zdolności. Dom kończyliśmy resztkami sił i finansów. Wtedy mieliśmy troje dzieci, i na trójce miało zostać, więc dom budowany był na pięć osób. Ale z czasem pojawili się jeszcze Blanka i Tadek. Myśleliśmy nawet od jakiegoś czasu nad rozbudową. To wszystko jest jakoś nieprawdopodobne. Od nagłej śmierci mojego ojczyma przed kilkoma tygodniami modliłam się o znak. Żeby Bóg podpowiedział, co mamy robić. Czy zamieszkać z mamą pod Zbąszyniem, czy jednak powiększać dom? Odpowiedź przyszła szybko, choć nie spodziewałam się, że będzie miała postać ognia – opowiada Zofia i dodaje, że nie ma nawet czasu, żeby się załamać czy myśleć nad tym, co się stało. Najgorszy był moment, kiedy weszła do domu, którego już właściwie nie było.

Chcieli wrócić do ciepła

Tydzień wcześniej Pawlakowie wyjechali pierwszy raz w życiu z całą piątką na zimowe wakacje pod Zakopane. W sobotę wyjazd, w sobotę powrót. Wracali dwanaście godzin, jakoś dziwnie o całe cztery godziny dłużej niż znajomi, którzy wyjechali w kierunku Poznania o tej samej porze. Zofia mówi, że to chyba Pan Bóg ich tak wstrzymywał, żeby nie musieli stać i patrzeć na płonący dom. Bo gdyby przyjechali tak, jak wyliczyło Google Maps, trafiliby do Czołowa na pierwsze, trudne do ogarnięcia płomienie.

Zastanawiamy się, czy mogliby wtedy zapobiec tragedii, ale Zofia mówi, że nie. Kiedy byli w samochodzie, sąsiad zadzwonił i zaczął dwoma słowami: „Jest źle”. Zofia podobno dopowiedziała: „Dom się pali”. Nie wie, skąd jej to przyszło. Dzieci w drodze na zmianę pocieszały się i modliły.

Zajechaliśmy, kiedy sześć zastępów dogaszało zgliszcza. Wystarczył mi film, na którym zobaczyłam, jak płonie nasz dom. W niedzielę, kiedy weszłam pierwszy raz, było mi bardzo ciężko. Teraz, kiedy wchodzę po to, co ocalało, kiedy widzę, jak wynoszą nasze rzeczy, jest mi bardzo ciężko. To takie momenty, kiedy jest trudno... – zaczyna płakać, ale natychmiast z łzawym uśmiechem dopowiada: – Ale proszę zobaczyć, tu jest tyle dookoła ludzi! To są ludzie z nieba! – cieszy się z obecności wspólnotowych braci i sióst.

Pytam o zdjęcia, bo to wydaje się zawsze cenną pamiątką. Szafka, w której były, najmniej ucierpiała, a większość jest na komputerze, który pojechał z nimi. Ale Zofia mówi, że jeśli okaże się, że coś cennego dla nich przepadło w płomieniach i strugach wody, poradzi sobie.



  • Ten widok przyprawia o płacz nie tylko dzieci. Zofia też nie jest w stanie patrzeć na to, co zostało z domu

Nie przywiązuję się tak bardzo do rzeczy. Tyle już razy życie mi pokazało, że przedmioty nie są tak ważne. Ważne jest to, co tutaj się dzieje, o, ci ludzie tutaj, to, co robią. A teraz to już chyba setki ludzi chcą pomagać. To jest niesamowite. Musimy nauczyć się jeszcze bardziej dziękować. Sami nie jesteśmy w stanie sobie poradzić, mamy tego świadomość – powtarza.

Artykuł podzielony na strony, czytasz 1 z 2 stron.

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a