Dla odchodzących najważniejsza jest bliskość

Wieś i Rodzina
Data publikacji 01.11.2017r.

W listopadzie wspominamy tych, którzy odeszli. Przywołujemy w pamięci obrazy największej ich aktywności i najlepszej formy. Nie chcemy wspominać czasu, kiedy – krócej lub dłużej – odchodzili. Tymczasem to może być najważniejszy okres zarówno w ich, jak i w naszym życiu. Tak twierdzi w rozmowie z nami Barbara Grochal, koordynatorka wolontariuszy z poznańskiego Hospicjum-Palium.



Kim jest Barbara Grochal? I dlaczego właśnie hospicjum?

Koordynuję działania wolontariuszy w hospicjum. Kiedy zaczynałam, było nas siedmioro, dziś jest setka. Kiedy miałam 13 lat, zmarła moja ukochana ciocia, która właściwie mnie wychowywała. Myślę, że przez kolejne 30 lat miałam z tym problem – całe studia, dorosłe życie. To, że tu jestem, to sprawa także tego doświadczenia. Ale też jakoś często towarzyszyłam ludziom w umieraniu. Pracuję od dziewięciu lat i ciągle się uczę. Więcej czuję i jestem bardziej uważna na wiele rzeczy.

Kiedy ktoś z naszych bliskich otrzymuje fatalną diagnozę, chyba naturalnie zaczynamy być uważni?

Z tym jest bardzo różnie. Mam na myśli to, że najczęściej choroba skupia niewyobrażalną uwagę rodziny i powoduje wzmożoną aktywność. Ale może nie zawsze najlepszą dla samego chorego. 

Powiem tak. Przed chwilą, zanim z panią usiadłam, biegałam z koleżanką. To stomatolożka, regularnie odwiedza nasze hospicjum. Podeszłyśmy do jednej z pacjentek – większość z naszych podopiecznych to osoby z rozsianym już nowotworem. I Ela stwierdza, że tam jest do zrobienia coś z którymś zębem. Ktoś by pomyślał: „A po co takiemu choremu, któremu nie wiadomo ile zostało, zęby leczyć? Ostatnia droga – czy to sens?”. Otóż tak, bo ludzie z chorobą terminalną, czyli nieuchronnie prowadzącą do śmierci, albo inaczej – taką, w której możemy leczyć już tylko objawy, a nie przyczyny – mają w tym momencie życia takie same potrzeby jak dawniej i takie same jak my. Choroba dokłada tylko dodatkową perspektywę i emocje, ale nie sprawia, że wszystko, czym żył chory, przestaje go bawić, drażnić czy zajmować. Dlatego należy bardzo dbać o to, żeby chory bliski mógł z wielu udogodnień korzystać. Mamie można zaproponować wizytę u kosmetyczki, u fryzjera, ojca czy dziadka – zabrać na mecz. Kupić piwo, pozwolić zapalić papierosa. Odchodzenie to też część życia. I trzeba sprawić, by ten czas był najlepszym z możliwych.

Rodzinie chyba często nie mieści się to w głowie?

Tak, to częsta reakcja. Jest koncentracja, ale wyłącznie na chorobie i na sposobach jej odwrócenia. Ma miejsce cały ten pośpiech, gotowanie specjalnych obiadów, szukanie oryginalnych terapii, diet, bieganie po kolejnych lekarzach albo osobach obiecujących wyjątkowe efekty terapeutyczne. Nie negujemy tego, ale z praktyki wiemy, że wtedy najbardziej cenna – dla obu stron – jest bliskość, i jeszcze raz bliskość. Zamiast kolejnego zielonego koktajlu, zrobionego może w nietanim urządzeniu, usiądźmy i zacznijmy rozmawiać. Nie wmuszajmy choremu kolejnej porcji zupy, którą z trudem przełyka, tylko rozmawiajmy. O wszystkim.

Czyli także o chorobie? To chyba niełatwe, rodziny wolą nie poruszać tego tematu.

Rak to ciągle temat tabu, w rozmowach z chorymi przewija się raczej:  „Nie martw się”, „Zjedz, teraz potrzebujesz sił do walki”, „Będzie dobrze”. Ale to często nasz lęk przed chorobą i umieraniem jest większy i powoduje, że udajemy, że tego nie ma, próbujemy zaczarować tę rzeczywistość. Tymczasem choremu nie robi to dobrze. Z praktyki wiemy, że najbardziej opłaca się prawda. Chorzy chcą ją znać. Trzeba mówić o chorobie z delikatnością, zaznaczając, że nie wiemy, ile czasu zostało, ale nie zatajać prawdy. Wtedy chory może jeszcze zdążyć wiele rzeczy zrobić czy powiedzieć, a nam łatwiej będzie też organizować dla niego pomoc. 

Jakich słów używać w takich rozmowach?

Nie ma recepty, to wszystko zależy. Ale przede wszystkim poświęcać czas.  Nie bać się nawet siedzenia, patrzenia na siebie i uśmiechania się. A potem stopniowo pytania: „Co mogę dla ciebie zrobić?”. „Co byś chciała, żebym ja zrobiła, zapamiętała, kiedy odejdziesz, bo przecież każdy z nas odejdzie”, „Co  jest dla ciebie ważne?”. Naszym pierwszym nauczycielem rozmawiania jest szef, profesor Jacek Łuczak.  Od lat pyta pacjentów: „Czy Pan Bóg pomaga?”. Odpowiedź na to pytanie, a bywa różna, zawsze otwiera furtki do rozmów. Profesor zawsze mówi, żeby pamiętać o dwóch rodzajach bólu u pacjentów – o fizycznym i duchowym. Na ten drugi lekiem jest tylko kontakt, drugi człowiek, bliskość.

Artykuł podzielony na strony, czytasz 1 z 2 stron.

Czytaj dalej

Partner serwisu