Nasza strona zapisuje niewielkie pliki tekstowe, nazywane ciasteczkami (ang. cookies) na Twoim urządzeniu w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Możesz wyłączyć możliwość ich zapisu, zmieniając ustawienia Twojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu. Więcej informacji o plikach cookies.

Zgadzam się

r e k l a m a

Partner serwisu

Jak rolnik-historyk na plan filmowy trafił?

Wieś i Rodzina Życie wsi
Data publikacji 14.04.2019r.

Lorenki, gospodarstwo pod lasem. Parterowy dom, podwórko i biegających po nim dziesięć kotów. Przed bramę wychodzi Jarek Włostek. Szczupły, niewysoki, ma na sobie ciemną koszulkę z orłem w koronie i napisem „10 Pułk Piechoty”. Wiem, że przyjechałam do kogoś, kto pasjonuje się historią. Nie spodziewałam się jednak, że zawodowy rolnik z Lorenek w pow. zgierskim okaże się też zawodowym historykiem.

To wszystko uratowane przed wyrzuceniem albo spaleniem. U nas była tradycja, że po śmierci człowieka pali się odzież, która do niego należała. Cudem uratowały się te dwa wełniaki. Jeden po mojej babci, drugi – po jej siostrze. Mają przynajmniej sto lat – mówi, poprawiając stojące na podłodze kolorowe spódnice, swoje „strychowe trofea”, Jarek.

Ratowane ze śmietnika

r e k l a m a

Spódnice stoją. Głowę bym dała, że na stalowym stojaku. Ale nie, okazuje się, że trzymają się własnymi siłami. Bo to wełniaki eleganckie, lepszej roboty. Usztywnione od spodu papierem. Robiono tak, żeby spódnica trzymała kształt i odstawała. Każda panna musiała sobie taką uszyć i wyhaftować. Albo zlecała krawcowym. Ale jakieś wąskie w talii te spódnice, a i doszyte do nich kamizelki też jak na nastolatkę.

Rzeczywiście, na pannę na wydaniu. Byliśmy kiedyś mniejsi. To widać też w wykopaliskach, w których co jakiś czas biorę udział. Metr siedemdziesiąt i sześćdziesiąt pięć kilo wagi to był już kawał chłopa – wyjaśnia Jarek i zdradza, że ta wiedza to efekt pasji i studiów.

W międzyczasie dowiaduję się, że ziemia, na której leży gospodarstwo, jest po wielekroć wyjątkowa. Że mieszkało tam wielu Wielkopolan wysiedlanych we wrześniu 1939 roku do Generalnej Guberni. Że pod nami tętnią źródła geotermalne. Że na polu za oknem rozbił się trzy dni po rozpoczęciu wojny polski bombowiec, którego pilnował dziadek żony Jarka. Kawałek dalej leżą Walewice z pałacem, w którym urodziła się Maria Walewska, największa miłość Napoleona Bonapartego. I jeszcze że kilka kilometrów dalej urodził się generał Anders, we wsi widzianej z okna – dziadek komika Szymona Majewskiego, a kilka wiosek dalej w wojsku służył brat Josepha Ratzingera, późniejszego papieża. Produkował fikcyjne zaświadczenia o zatrudnieniu, ratując w ten sposób wielu Polaków.

Jarek z żoną Moniką. Żony rekonstruktorów też muszą się zbroić, ale dla odmiany – w cierpliwość. Bo takie rekonstrukcje to regularna nieobecność w domu.
  • Jarek z żoną Moniką. Żony rekonstruktorów też muszą się zbroić, ale dla odmiany – w cierpliwość. Bo takie rekonstrukcje to regularna nieobecność w domu.
To wszystko w promieniu raptem kilkunastu kilometrów. Szybko zdaję sobie sprawę, że to nie tyle wyjątkowość tego kawałka na mapie Polski. Że takich miejsc z wyjątkowymi historiami są w Polsce dziesiątki tysięcy. Tylko trzeba im takich Jarków z pasją.

400 lat i więcej

Jarek mieszka w gospodarstwie żony. Poznał ją pięć lat temu, kiedy przyjechał badać teren, na którym spadł wspomniany bombowiec. Chciał rozmawiać z dziadkiem, który był świadkiem katastrofy. Los sprawił, że dobrze rozmawiało mu się też z wnuczką. Pobrali się dwa lata temu. Gospodarstwo nie jest duże – oprócz dziesięciu kotów mają kilkanaście sztuk bydła mięsnego i dwadzieścia hektarów, na których uprawiają zboże i trochę ziemniaków.

Jarek urodził się w Woli Mąkolskiej, wsi położonej kilka kilometrów dalej.

 – Rodzice są też rolnikami. W Woli jesteśmy od wielu pokoleń, pierwsze wpisy w księgach parafialnych z naszym nazwiskiem sięgają 1612 roku – mówi Jarek, kiedy pytam go o początki.

Urodził się w 1979 roku. Żartuje, że ta historyczna pasja to może dlatego, że 15 lipca.

To rocznica bitwy pod Grunwaldem. Śmieję się, że na urodziny zawsze mi „Krzyżaków” puszczali. I może stąd to się wzięło. Ale wychowywałem się wśród kombatantów, wśród ludzi, którzy pamiętali jeszcze pierwszą wojnę światową. Biegając po podwórku, podsłuchiwałem ich opowieści. Opowiadali zwykle szeptem, bo to były czasy, kiedy bano się głośno mówić o wielu rzeczach. Mój pradziadek uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Ze swoim sprzętem, ze swoją bronią, bo tu u nas zostało jej sporo po pierwszej wojnie. I oczywiście ze swoim koniem, bo na naszych terenach koń to istota niemal święta. Kiedy weterani spotykali się po latach, nie pamiętali imion swoich kolegów, ale potrafili podać imię ostatniego konia swojego kamrata – opowiada Jarek.


Jarek wśród rekonstruktorów z Poznania i kolegów z „dziesiątki” z Łowicza na planie filmu „1920 Bitwa Warszawska”. Stoi po prawej stronie za działem
  • Jarek wśród rekonstruktorów z Poznania i kolegów z „dziesiątki” z Łowicza na planie filmu „1920 Bitwa Warszawska”. Stoi po prawej stronie za działem

Z nosem i ręką w książce

To wspomnienie, jak każde inne, jest dla niego pretekstem do dygresji i „wycieczek” w sąsiednie, a czasem bardzo oddalone obszary historii. Od drugiej wojny do bolszewików, od pierwszej wojny do neolitycznych wykopalisk pod obecną autostradą A1, w których brał udział.

Wątki rozchodzą się nam w dziesiątki kierunków, więc dyscyplinuję Jarka i wracamy do jego historii. Także tej przez duże „H”. Ona dopadła go ponownie, kiedy uległ wypadkowi. Miał osiem lat.

Lewa ręka. Nie byłoby jej, gdyby nie chirurdzy ze Skierniewic i chirurdzy wojskowi. Wracaliśmy z pogrzebu dziadka. Zderzenie czołowe, dachowaliśmy żukiem. Sprawca wypadku świętował wcześniej urodziny swojej córki. Silnik zmiażdżył mi rękę, trzymała się na kilku ścięgnach. Najpierw miała być amputowana, a potem chirurdzy podjęli się niemożliwego. Na mnie testowano szynę, która jest stosowana do tej pory. Miesiące rehabilitacji spędzałem z nosem w książkach. Sięgałem po nie, żeby sprawdzić, czy dziadkowie mówili prawdę. Oglądałem programy Wołoszańskiego – wspomina bardziej inspirujący niż trudny dla niego czas.

Artykuł podzielony na strony, czytasz 1 z 2 stron.

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a