Konie prostują ścieżki młodzieży

Wieś i Rodzina
Data publikacji 13.05.2017r.

Pochodzący z Lublina ksiądz Marek Kwietniewski jest kapłanem, zakonnikiem Zgromadzenia Salezjańskiego. Jest także zastępcą dyrektora Salezjańskiego Ośrodka Wychowawczego w miejscowości Różanystok oraz wychowawcą w tym ośrodku. Zajmuje się także prowadzeniem gospodarstwa rolnego wraz końmi.

Sam nie był łatwym chłopcem. Stwarzał kłopoty w domu, ale także w szkole średniej. Mieszkał w sąsiedztwie Salezjanów, z których jeden – ksiądz Roman Pomianowski – lata temu stworzył w Rudce Starościańskiej koło Lublina letnią stanicę dla dzieci i młodzieży z ubogich rodzin. Organizował w niej kolonie letnie. Marek zaczął jeździć z księdzem Romanem do pomocy, np. przy budowie domków letniskowych, czy pomocy w koloniach. Kiedyś, gdy był już w trzeciej klasie technikum geodezyjnego, na jednym z zimowisk znalazło się kilku chłopców, którzy bardzo destrukcyjnie wpływali na grupę. Nikt nie potrafił sobie z nimi poradzić. Ksiądz Roman poprosił Marka, żeby utworzył z nich grupę i się nimi zajął. Marek podjął wyzwanie. Znaleźli wspólny język i chłopcy zaczęli go słuchać, a nawet wykonywać wspólnie różne zadania. Zmieniło się ich podejście do ludzi, zaczęli się poprawnie zachowywać. Od tamtej pory Marek częściej jeździł na takie kolonie i zimowiska, gdzie był wychowawcą trudnej młodzieży.


Koń jak terapeuta

Dziś Marek jest księdzem i w Różanymstoku prowadzi niezwykły ośrodek. Opiekuje się w nim wychowankami z Salezjańskiego Ośrodka Wychowawczego oraz z Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii. W swojej pracy terapeutycznej wykorzystuje niezwykłe właściwości koni. Wychowankowie zaś widzą w księdzu ogromną pasję i sami bardzo chętnie idą pracować przy koniach. Często przychodzą, dopytując się o jakieś zajęcie przy zwierzętach.



Ksiądz Marek Kwietniewski do pracy z trudną młodzieżą wykorzystuje konie, które są doskonałym narzędziem wychowawczym

– Mieliśmy w ośrodku takie przypadki, że nie mogliśmy sobie poradzić z wychowankami. Jeden taki chłopiec rujnował pracę całej grupy, nikt nie był w stanie nad nim zapanować. Gdy zaczął chodzić do gospodarstwa i pomagać przy koniach, a później na nich jeździć, jego życie diametralnie się zmieniło. Zaczął inaczej patrzeć na życie i na drugiego człowieka. To jest właśnie namacalnym dowodem na to, że konie są rewelacyjnymi terapeutami w pracy wychowawczej. Fenomen tych zwierząt polega na tym, że dzięki koniom można uczyć pracy, uczyć okazywania uczuć i uczyć wrażliwości. Gospodarstwo, konie i możliwość pracy przy ich obsłudze są dużą pomocą w naszej pracy wychowawczej. Nie wyobrażam sobie ośrodka wychowawczego w mieście, gdzie chłopcy nie mają możliwości rozładowania swojej energii, nerwów i złości – mówi Ksiądz Marek Kwietniewski.

Pokazuje wychowankom, że koń mimo swoich rozmiarów nie jest zły i groźny, ale oczywiście uczy zasad bezpieczeństwa obowiązujących przy obsłudze koni. Każdego roku w jazdach konnych uczestniczy około 30 chłopców. Na zakończenie roku szkolnego już tradycyjnie organizowany jest konny rajd.

– W ubiegłym roku był to wyjazd trzydniowy. Nocowaliśmy pod namiotami, a wieczorami siedzieliśmy przy ognisku, przygotowując wspólnie posiłek. Rajd był dla chłopców także pewnym sprawdzeniem umiejętności jeździeckich. Każdego roku organizujemy też bieg myśliwski „Hubertus”. W tym roku chcemy wziąć udział w zawodach w skokach przez przeszkody, do których chłopcy są właśnie przygotowywani – mówi ksiądz Marek Kwietniewski

Dzięki współpracy

Ksiądz Marek Kwietniewski podkreśla, że bez ogromnego zaangażowania i pomocy wielu ludzi nie byłoby tak dobrze prosperującej stajni ani sukcesów wychowawczych w ośrodku dla młodzieży.

– Fenomen funkcjonowania ośrodka z końmi polega na tym, że mamy zaangażowanych w pracę ludzi, którzy konie i całe gospodarstwo traktują jak coś swojego i poświęcają się swojej pracy. Przykładem jest tutaj pan Krzysztof Kopeć z żoną Anną i synem Tomkiem. Od około 3 lat mamy bardzo dobrego i oddanego instruktora jazdy konnej, którym jest Cezary Łuszcz. Mamy także współpracującego z nami dobrego lekarza weterynarii. Jest nim Anna Kaczyńska z Białegostoku. Czasami, kiedy nie może osobiście przyjechać, próbujemy telefonicznie rozwiązać jakiś problem zdrowotny u koni. Mam ten komfort, że gdy ze względu na jakieś dodatkowe obowiązki wychowawcze w ośrodku przez jakiś czas nie mogę się zająć końmi, to mam to poczucie bezpieczeństwa, że wszystko związane z końmi i z gospodarstwem będzie funkcjonowało bez żadnych problemów. Jest tak za sprawą pana Krzysztofa. Ponadto mamy super wychowanków. Konie podzielone są na 2 grupy. Pierwszą stanowią konie ras szlachetnych pracujących pod siodłem, a drugie to konie zimnokrwiste i jak na powiat sokólski przystało, są to „sokólaki”. Ksiądz Marek Kwietniewski dostrzega w wychowankach potencjał i dużo dobra, które stara się z nich wydobyć. Utrzymywane konie są ważnym narzędziem w pracy wychowawczej.


Ciężka, wspólna praca pozwoliła zamienić starą chlewnię na przestronną stajnię

– Przybyliśmy tutaj w 2002 roku, kiedy władza zaczęła oddawać Salezjanom zagrabione nieruchomości. Wówczas nasi przełożeni skierowali tutaj mnie oraz obecnego dyrektora, księdza Krzysztofa Grzendzińskiego i od tamtej pory jesteśmy w Różanymstoku i tu działamy. Wpadliśmy wówczas na pomysł, żeby otworzyć tutaj Salezjański Ośrodek Wychowawczy, czyli miejsce pobytu dla trudnej młodzieży. Jest to ośrodek dla chłopców z dużymi problemami wychowawczymi, pochodzących często z rodzin patologicznych. Utworzyliśmy zatem Salezjański Ośrodek Wychowawczy. Funkcjonuje tutaj także Bursa Salezjańska oraz działający od 4 lat Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii. Otworzyliśmy także Szkołę Zawodową, która funkcjonuje drugi rok. Na początku kształciliśmy tylko stolarzy, a od ostatniego roku szkolnego kształcimy jeszcze w drugim profilu, jakim jest jeździectwo. Mamy obecnie sześciu uczniów w klasie jeździeckiej. Kiedy nasi wychowankowie kończą u nas edukację na poziomie gimnazjum, to często mają obawy żeby wrócić do swojego środowiska. Dlatego mają możliwość pozostania u nas dłużej i ukończenia szkoły zawodowej – wyjaśnia ksiądz Marek Kwietniewski.

Pasja odżyła

Ksiądz Marek Kwietniewski pochodzi z miasta. Urodził się wprawdzie pod Lublinem, ale od szkoły podstawowej mieszka w Lublinie. Pomimo tego pasją do koni zaraził się jeszcze w dzieciństwie.

– W młodości jeździłem na wieś do mojego dziadka, który miał konia. Tym koniem wykonywał wszystkie prace polowe. Pamiętam, że zawsze kiedy byłem na wsi, biegałem z dziadkiem albo z wujkiem poić konia i była to dla mnie wielka przygoda. Ja byłem taki mały, on taki wielki, a mimo wszystko dał się głaskać i mogłem na niego usiąść. To właśnie podczas tych wizyt tak naprawdę narodziła się pasja do koni. Po śmierci dziadka, gdy zabrakło koni i jeszcze nie planowałem wstąpić do Zgromadzenia Salezjańskiego, miałem takie marzenie, żeby założyć w jego gospodarstwie stadninę, ale moje losy potoczyły się inaczej – opowiada ksiądz Marek.

Kiedy zbliżała się matura i wracał z księdzem Romanem do domu, ten spytał Marka, czy podoba mu się taka praca i zasugerował  jako dalszą drogę Zgromadzenie Salezjańskie. Najpierw był nowicjat, później studia filozoficzne, asystencja, teologia, święcenia i Różanystok. Szybko sprowadzono do niego konie – ksiądz Marek wiedział, że warto to zrobić ze względu na szerokie zalety lecznicze i wychowawcze tych zwierząt.

– Mam tu na myśli między innymi otwieranie się na potrzeby koni przez osoby, które z nimi współpracują. Te aspekty posiadania koni skłoniły nas do tego, żeby zainwestować w te zwierzęta – tłumaczy ksiądz Marek.


Dziełem wychowanków ośrodka jest także siodlarnia

Początki tworzenia stajni i prowadzenia gospodarstwa w Różanymstoku były bardzo trudne.

– Byliśmy młodzi, od razu po święceniach, nie mieliśmy wiedzy i doświadczenia, żeby poprowadzić ośrodek jeździecki. Zacząłem czytać fachową literaturę, rozmawiać z doświadczonymi ludźmi. Z niektórymi przyjaźnię się i mogę zawsze liczyć na ich pomoc. Kiedy zwrócono nam budynki inwentarskie, w obiekcie który służył jako chlewnia pobudowaliśmy boksy, urządziliśmy stajnię. Przygotowaliśmy pastwiska. Od 2003 roku mamy konie. Na początku kupiliśmy jednego wałacha i 2 klacze. Później kupiliśmy klacz Arktykę i jej córkę Andzię, na których bazowaliśmy w naszej hodowli. Uzyskiwaliśmy potomstwo od nich i dzisiaj mamy 4 piękne klacze. Zanim pan Krzysztof Kopeć zaczął u nas pracę, mieliśmy dwóch stażystów, z którymi zbudowałem pierwsze boksy. Potem przyjeżdżał do pomocy mój brat Emil. Przy budowie zaczęli pomagać wychowankowie. Nie mieliśmy własnego sprzętu. Jak ktoś usługowo zbelował nam siano na łące, to ręcznie wraz panem Krzysztofem po jednym balocie ładowaliśmy je na przyczepkę dwukółkę. Dzisiaj mamy już maszyny rolnicze – mówi ksiądz Marek Kwietniewski.

Teraz w gospodarstwie jest 10 koni szlachetnych pod siodło i 6 klaczy zimnokrwistych. Są to klacze rasy sokólskiej i objęte są programem ochrony zasobów genetycznych ras rodzimych. Potomstwo koni sokólskich z 2016 roku szybko znalazło nabywców. Nie sprzedano jedynie klaczy Bajka, która została na powiększenie stada.

Józef Nuckowski

Partner serwisu