Kurczęta z dostawą do domu

Kurczęta z dostawą do domu

„Wprowadzono – dyskutowany od lat, ale dotychczas nierealizowany – system dystrybucji kurcząt dla wszystkich hodowczyń drobiu – zrzeszonych i niezrzeszonych w KGW” – przeczytać można było w „Gospodyni” z dnia 27 lutego 1977 roku w artykule „Kurczęta z dostawą”. O tym, jak w praktyce wyglądał odchów piskląt rozdysponowywanych przez Spółdzielnie Kółek Rolniczych wśród gospodyń opowiada Anna Płudowska z Wierzejek.

r e k l a m a

Niemal w każdym wydaniu „Gospodyni” z lat 70. XX wieku pisano o przydomowym chowie kurcząt. Było to jedno z podstawowych zadań kobiet należących do kół gospodyń. Zazwyczaj trud organizacji odchowu kurcząt spoczywał na barkach obrotnej przewodniczącej KGW.

Pisklęta na wagę złota

– Po kilku latach nie znalazłam odpowiedniego miejsca do odchowu. To była ogromna odpowiedzialność i mnóstwo pracy. Nie zamówiłam więc piskląt. Ale pewnej nocy podjechał pod mój dom przewodniczący SKR-u i mówi: „Pani Aniu kochana, niech pani weźmie te kurczęta, bo się zmarnują”. To było 800 kurcząt. Zima, mróz i śnieg. Co miałam z nimi zrobić? Nic nieprzygotowane. Dom mały. Mieszkaliśmy z mężem i czwórką dzieci w jednej izbie, a on mi 800 kurcząt z samochodu do izby wstawia. Pisklęta rozbiegły się między łóżkami. Smród nie do wytrzymania. Biegałam po wsi i organizowałam miejsce, w którym można by odchować pisklęta. Ulitowała się jedna z gospodyń. Udostępniła stodołę. Znalazłyśmy lampy, piecyki. Ktoś przyniósł ściółkę. Nagrzaliśmy w stodole. Wyznaczyłyśmy dyżury i odchowałyśmy pisklęta. To był ostatni raz  – opowiada pani Anna Płudowska.

Na przełomie lat 60. i 70. XX wieku przewodniczyła KGW w Wylanach. Wspólnie z koleżankami przez kilka lat odchowała tysiące kurcząt, choć to zadanie wówczas dla gospodyń było nie lada wyzwaniem. 


– Lata 70. XX wieku na wsi nie należały do łatwych. Trudności z zaopatrzeniem powodowały pustki na sklepowych półkach. A przy tym małe, zaledwie kilkuhektarowe gospodarstwa nie dawały możliwości dużego zysku. Dlatego szukało się oszczędności i możliwości dodatkowego zarobku. Więc gdy kółka rolnicze nawiązały współpracę z ogromnymi fermami drobiarskimi i proponowały nam, gospodyniom bezpośredni od nich zakup dopiero co wylęgniętych kurcząt, uważałyśmy, że to dobry interes. Choć muszę przyznać, że na początku miałyśmy o odchowie kurcząt nikłe pojęcie – wyjaśnia Anna Płudowska.

Gospodynie uczyły się więc o chowie z jednej strony  w ramach organizowanych przez kółka szkoleniach, z drugiej zaś na własnych błędach.

Kulig z kokoszek i kogutków

„Wszystkie zamówione w wylęgarniach kurczęta dostarczane są specjalnym transportem do wyznaczonych w poszczególnych wsiach hodowczyń, skąd odbierają je pozostałe gospodynie. Tak więc nadszedł koniec ery, gdy kobiety same, z koszykami, walizkami i innymi pojemnikami, musiały jeździć po kurczęta, tracąc czas i siły, do odległych nieraz wylęgarni” – pisała „Gospodyni”.

Kółka Rolnicze co roku zbierały zamówienia. Ilość kurcząt zależała od wielkości wsi. Średnio każda gospodyni dostawała od 30 do 40 piskląt.

– Kurczęta nie były za darmo, ale ten koszt nie był zbyt wysoki, bo pisklęta były małe. Na naszych barkach spoczywał obowiązek ich odchowania – ogrzewanie pomieszczenia, lampy zwane kwokami, ściółka, pasza i oczywiście całodobowa opieka. Kółka z własnych pieniędzy opłacały transport. Finansowały również piecyki do ogrzewania pomieszczeń, w których odchowywałyśmy pisklęta, tzw. trociniaki – wspomina pani Anna.

Królewski jadłospis

 „W pierwszej dekadzie lutego myślenicka SKR dostarczyła hodowczyniom własnym transportem około 40 tysięcy kurcząt wraz z paszami, a do końca sezonu wylęgowego dostarczy ich jeszcze około 30 tysięcy”.

Wylany, w których wówczas mieszkała pani Anna, to wieś niewielka. Przypadało więc na nią około 1500 piskląt. Czasem zdarzało się kilkanaście sztuk strat. – Trafiały do nas pisklęta tuż po wykluciu. Najczęściej zimą. Pewnego razu przywieziono je do wsi bez wcześniejszego umówienia. To był początek stycznia, na dworze trzaskający mróz i śnieg. Pod mój dom podjeżdża ciężarówka z tysiącem kurcząt. Stodoła, w której miały być odchowane, leżała na drugim końcu wioski. Pisklęta przewoziliśmy saniami. By nie zmarzły, kartony opatuliliśmy pierzynami. Na miejscu czekała już na nas grupa gospodyń, która wcześniej ogrzała pomieszczenie trociniakiem, wyściółkowała, zainstalowała kwoki, przygotowała poidełka, paszę – tłumaczy pani Anna.

Gospodynie musiały zapewnić pisklętom opiekę dwadzieścia cztery godziny na dobę przez sześć tygodni.

– Pisklęta potrzebowały takiego nadzoru. Po pierwsze dlatego, że trociniakiem łatwo było zaprószyć ogień. Z drugiej strony kwoki generowały ciepło, które w kontakcie z suchą ściółką również mogły doprowadzić do pożaru. A do tego trzeba było jeszcze zadbać o karmienie i  pojenie – tłumaczy pani Anna.

Czasem taki dyżur sprawiał kłopoty. Bo piskląt nie można było spuścić z oka.

– Siedząc z pisklętami, dziewczyny wpadały na różne pomysły. Pewnego razu dowiedziałam się, że na trociniaku dziewczyny smażą sobie placki ziemniaczane. To było zakazane. Owszem, jeść mogły, ale smażenie i gotowanie na miejscu było zabronione. Pisklęta mogły się podusić od dymu. A przy tym ogień łatwo zaprószyć. Trochę się przestraszyły tym, co zrobiły. Obiecały, że już nigdy więcej tego nie zrobią – opowiada pani Anna.

Zadaniem gospodyń było również zadbanie o jadłospis dla piskląt.

– Karmiłyśmy je iście po królewsku – tartą marchwią i paszą z dodatkiem cebuli. Poiłyśmy je natomiast rozwodnionym mlekiem. Pod koniec chowu do jadłospisu dołączane były parowane ziemniaki. Pisklęta rosły więc jak  na drożdżach – wspomina pani Anna.

Po sześciu tygodniach przychodził czas na rozdział. – Każda dostawała tyle samo. Pożądane były zarówno kokoszki, jak i kogutki. Dobrze odchowane kokoszki niosły jajka już w maju. A kogutki trafiały na niedzielny rosół – podsumowuje pani Anna. 

Dorota Słomczyńska

Zainteresował Cię ten artykuł?
Pokaż komentarze

Zobacz także

więcej artykułów z tej kategorii