Nasza strona zapisuje niewielkie pliki tekstowe, nazywane ciasteczkami (ang. cookies) na Twoim urządzeniu w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Możesz wyłączyć możliwość ich zapisu, zmieniając ustawienia Twojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu. Więcej informacji o plikach cookies.

Zgadzam się

r e k l a m a

Partner serwisu

Musimy obudzić Kamila!

Wieś i Rodzina Rodzina
Data publikacji 23.12.2017r.

Jeszcze przed chwilą – roześmiany, rozmowny, ciągle w ruchu. Dziś, od 15 miesięcy, na jego twarzy goszczą na zmianę najwyżej trzy grymasy. Uczył się, bawił, rozwoził innych do domów. Dziś może być tylko wożony – karetką, samochodem, na wózku.

Ścisnął, mrugnął!

r e k l a m a



Pierwszy raz czekały na cud, kiedy potężna przetoka niemal wypchnęła mu oko. Miały spodziewać się najgorszego i pożegnać się z Kamilem. Anna nie potrafiła, Kamil przeżył, nawet już sam oddychał, ale spał.

Wszędzie na OIOM-ach mówią, że może się zdarzyć cud. Ale że mamy na wiele nie liczyć, że może trzeba będzie szukać ośrodka, bo przecież my musimy normalnie żyć. Przy nas obudził się leżący miesiąc dłużej w śpiączce Paweł. Pomyślałyśmy, że nam to też będzie dane – opowiada mama.

Kamil tygodniami spał, ale bywało, że ściskał rękę mamie czy siostrze. Kiedy wchodziły do pokoju, monitory wskazywały wzrost tętna. Miewał otwarte oczy.

Czuł, że jesteśmy. Przyniosłam mu któregoś dnia czekotubkę – był karmiony dojelitowo, ale można było już próbować z normalnym karmieniem. Poprosiłam: „Zamknij oczy, jeśli chcesz jeszcze”. Zamknął tak szybko! Wiedziałam, że daje znak – wzrusza się Kasia.

Ale wie, że takie reakcje wciąż nie oznaczają wybudzenia i dzieją się normalnie w śpiączce. To dla wielu ludzi trudne do zrozumienia, ale tak właśnie działa mózg. Jest możliwe, że czowiek przejawia proste odruchy – wodzi oczami za światłem czy źródłem dźwięku, ściska rękę, nawet przełyka podany do ust pokarm. Ale w ogóle o tym nie wie. Dlaczego? Bo za te odruchy odpowiedzialne są miejsca położone głęboko w mózgu. Te u Kamila pracują prawidłowo. Kamil ma uszkodzoną korę mózgu, a to dzięki niej możemy kontaktować się ze światem w sposób świadomy.

W stronę Światła

Z klasycznej śpiączki wyszedł po trzech tygodniach. Przeszedł w stan minimalnej świadomości, lekarze nazywają go nie mniej okrutnie „uwięzieniem we własnym ciele”. To stan, który wymagał profesjonalnej obsługi wielu specjalistów. W październiku zeszłego roku Kamil trafił do ośrodka „Światło” w Toruniu.



  • Po prawej Kamil z Kasią – świeżo upieczoną licencjatką dietetyki w czerwcu zeszłego roku. Miesiąc później życie podtrzymywała mu rurka tracheostomijna, a dziś wciąż trzeba go budzić


Znaleźliśmy tam fantastycznych ludzi i cudowną panią psycholog. U takich pacjentów bez kontaktu chodzi o to, żeby w każdy możliwy sposób dostarczać mózgowi bodźców. Kamil był kiedyś didżejem. Psycholożka zrobiła mu prezentację na specjalnym komputerze ze spacerem po poznańskich klubach. Kiedy zobaczył konsolę, ciśnienie poszło w górę. Zrobiła mu też wirtualną wycieczkę po salonach audi. Okiem mógł otwierać klamkę. Sprawiał wrażenie wniebowziętego – wspomina Anna.

Każdy dzień w „Świetle” oznaczał cieżką pracę z rehabilitantami, masażystami, logopedami. Rehabilitacja nie polega tylko na ćwiczeniu. To ciągłe bycie w kontakcie z pacjentem, opowiadanie mu tego, co się dzieje. Miliony mozolnych czynności, które przynoszą maleńkie sukcesy liczone w pojedynczych grymasach, uśmiechach, skurczach mięśni. Praca rehabilitantów ma swoją cenę – za pobyt Kamila w ośrodku Anna musiała płacić 1800 zł miesięcznie.

Wróciłam do pracy tydzień po wypadku. Gdybym siedziała dłużej w domu, z przerwami na wizyty w szpitalu, psychicznie bym się skończyła. Pracowałam jako kierownik sklepu, Kasia zatrudniła się w nim jako fakturzystka. Wtedy ruszył morderczy grafik. Dwa dni w pracy, trzy dni w Toruniu. Albo odwrotnie. Wszystko na zmianę z Kasią. Praca robiona na telefon. Wylądowałam u psychiatry. W końcu zwolniono mnie z pracy, a dzień później Kasię – wspomina Anna.

W końcu wynajęła pokój w Toruniu. Ledwo wiązała koniec z końcem.

Nie zrobiłabym tego bez ludzi, oni okazali się cudowni. Dostawałam pieniądze, często od ludzi, od których się tego w ogóle nie spodziewałam, od biednych. Czy można się nie rozpłakać, kiedy do domu przychodzi ktoś uzależniony od alkoholu i oddaje mi ostatnie 50 zł ze słowami „Ratuj dzieciaka!”? – płacze Anna.

Dla Kamila zagrała charytatywnie orkiestra dęta w Zagórowie, w której grał z Kasią. Podobnie zrobił chór w Zagórowie. Firma, w której pracuje znajoma Kamila, zebrała na zupełnie nieznanego sobie pacjenta 10 tys. zł. Ale były też kilkudziesięciotysięczne obietnice ze strony znanych biznesmenów. Pozostały tylko obietnicami.

W zeszłe święta Anna obiecała Kamilowi, że to jedyne jego święta poza domem, że kolejne już w Osinach. Specjaliści zaczęli sugerować w połowie roku, że dom to dobre wyjście, że pacjenci szybciej dochodzą do siebie. Annę zmobilizowało też to, że mniej było godzin rehabilitacji. Żal było jej tylko ludzi, rodzin, które tam z Kasią poznały.

Wszyscy się znaliśmy. Było jak w rodzinie, ktoś potrząśnie, kiedy trzeba, ktoś przytuli. Wszyscy się o siebie troszczą. Kiedy ktoś z bliskich się budzi, nie ma zazdrości, każdy cieszy się tak, jakby to jego dotyczyło – mówią o swojej drugiej rodzinie Anna i Kasia.


Artykuł podzielony na strony, czytasz 2 z 3 stron.

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a