Nasza strona zapisuje niewielkie pliki tekstowe, nazywane ciasteczkami (ang. cookies) na Twoim urządzeniu w celu lepszego dostosowania treści oraz dla celów statystycznych. Możesz wyłączyć możliwość ich zapisu, zmieniając ustawienia Twojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmiany ustawień oznacza zgodę na przechowywanie cookies w Twoim urządzeniu. Więcej informacji o plikach cookies.

Zgadzam się

r e k l a m a

Partner serwisu

Niepodległość – stuletnia nauczycielka

Wieś i Rodzina Historia
Data publikacji 11.11.2018r.

11 listopada 1918 roku – dzień odzyskania niepodległości. Jakim był dniem? W jakim miejscu zastał Polaków z trzech tak bardzo różnych zaborów? Czy był wyłącznie błogosławieństwem? I czego uczy nas dzisiaj? O tym wszystkim porozmawialiśmy z drem Arkadiuszem Jełowickim, etnologiem, kustoszem Muzeum Narodowego Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego w Szreniawie i redaktorem naczelnym rocznika „Dziedzictwo Kulturowe Wsi”.

11 listopada po prostu zaczęła się Polska?

– Do 1918 roku nie było Polski nie tylko jako państwa, ale też jako kraju. To, co symbolicznie 11 listopada stało się Polską, było chwilę wcześniej trzema odmiennymi krajami, trochę jakbyśmy próbowali dziś połączyć Polskę, Rosję i Litwę. Absurdalne? Nie aż tak. Wtedy także mówiliśmy różnymi językami. Te różnice uwidaczniały się w szeregu obszarów – od prawodawstwa, przez system kolei po życie codzienne. Połączone w Polskę regiony różniły się nie tylko średnim poziomem zamożności, ale też higieny. Ziemie zachodnie słynęły z dużych majątków ziemskich, bardzo zresztą nowoczesnych.

r e k l a m a



To były właściwie fabryki żywności. Przeciętny majątek miał kilkanaście maszyn, w tym lokomobilę, gorzelnię. W Galicji, czyli ziemiach pod zaborem austriackim, było najbiedniej. W latach 1918–1920 przyjechało stamtąd do Wielkopolski sporo ludzi do pracy. Przyjechała wtedy liczna grupa inteligencji galicyjskiej – urzędników, nauczycieli. Zajmowali miejsce po odjeżdżających Niemcach.


Fot. Karolina Kasperek
  • dr Arkadiusz Jełowicki
Wiemy, że zaskakiwało ich niemal wszystko. Choćby to, że dzieci wiejskie przychodziły do szkoły w butach. Ale ze wspomnień wiemy też, że dziwiono się, że w Poznaniu do opery chodzą wszyscy – nie tylko ludzie z tzw. sfer, ale też rzemieślnicy czy bogatsi chłopi spod Poznania. Ale to naturalny skutek polityki poszczególnych zaborców. W 1913 roku, tuż przed wojną, średni dochód w Prusach na osobę wynosił ok. 100 dolarów, w zaborze rosyjskim – 60, a w Galicji – trochę ponad 30. Tam zwyczajem było dzielenie gospodarstw, co skutkowało ubożeniem kolejnych pokoleń. W Wielkopolsce dziedziczyło najczęściej najstarsze dziecko i spłacało resztę.

Każdy coś wniósł do nowej Polski. Wielkopolanie – gospodarność, Galicja –inteligencję.

– Tak, tam inteligencja była najliczniejsza, ponieważ w zaborze austro-węgierskim już od lat 60. XIX wieku istniała polska szkoła.

Tam też narodził się polski ruch ludowy – Polskie Stronnictwo Ludowe, tam działał Wincenty Witos. A ruch ludowy narodził się z dwóch powodów. Z jednej strony istniała względna swoboda polityczna, a z drugiej – bieda galicyjska. Chłopi musieli walczyć o swoje prawa, ziemianie, którzy rządzili Galicją, nie reprezentowali ich interesów. Wielkopolska z kolei górowała rozwojem gospodarczym, ale mieliśmy nieliczną inteligencję, bo nie było polskich szkół.

Z trzech różnych organizmów powstaje z trudem jeden. I natychmiast krąży w nim krew?

– Niekoniecznie, bo nie wspomnieliśmy o dwóch ważnych faktach. Na przełomie 1918 i 1919 roku, kiedy właśnie odzyskiwaliśmy niepodległość, panowała pandemia grypy „hiszpanki”. Umarło przynajmniej 100 tysięcy osób. A po drugie, w czasie wojny zginęło pół miliona mężczyzn, a milion zostało rannych. A to w większości byli chłopi. Stracili kończyny, byli niewidomi i często nie byli zdolni do pracy.


Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
  • Zdjęcie zrobione w Krasnymstawie między 1917 a 1921 rokiem. Dom Wincentego Nowackiego, w którym mieściła się siedziba komendy obwodu Polskiej Organizacji Wojskowej. Przed domem Wincenty Nowacki z rodziną
Pod koniec 1918 roku był też problem z plonami. Im bardziej na wschód, tym mniej pól było obsianych. Głód panował już zresztą od czterech lat. Brakowało też cukru, soli, nafty, zapałek. W Kongresówce i w Galicji w wyniku działań wojennych zniszczono milion budynków na wsi. Zapanował też chaos finansowy – w Wielkopolsce obowiązywała marka niemiecka, w Królestwie Kongresowym – i rubel, i marka polska, w Galicji – korona austriacka. A i tak najbardziej cenioną walutą było złoto.

W latach 20. wybuchła hiperinflacja. Z jednej strony wielu Polaków na wsi było świadomych niezwykłości momentu, ale ich sytuacja ekonomiczna była fatalna. Trochę to można porównać do przełomu 1989 roku. Ale gdyby nie było w ludziach radości, żaru, nie doszłoby do Powstania Wielkopolskiego i do rozbrajania oddziałów w Kongresówce i Galicji.

Powstało państwo. Ale co z narodem? Albo raczej – wspólnotą i tożsamością? Mówi się, że poczucie utożsamienia z narodowością na wsi to całkiem niedawne zjawisko.

– Większa część polskich chłopów miała poczucie tożsamości etnicznej, bycia Polakami. Ale nie wszyscy. Istniała też kategoria „tutejszego”. Kiedy pytano ich o to, kim są, odpowiadali: „jestem stąd”. Rzadko się to zdarzało w Wielkopolsce, w Galicji – podobnie, ale na terenach wschodnich – dość często. Wielkopolanie mieli tę świadomość dlatego, że istniała bardzo silna rywalizacja z Niemcami i po postu trzeba było się opowiedzieć po którejś ze stron, trudno było zostać na pozycji neutralnej. 100 lat temu stworzono na nowo wspólnotę właściwie z trzech różnych „narodów”. Łączył nas właściwie język literacki – bo dialekty bardzo się różniły – do tego wspólna historia i duma z niej. I potrzeba stworzenia państwa. Ale już wszystko inne – różniło.

A kultura ludowa? Ona jest czymś tak pierwotnym, że może chyba pełnić rolę spoiwa?

– Też była różna. Wiele zwyczajów było podobnych, jak chociażby karnawałowe „chodzenie z niedźwiedziem”. To zwyczaj obecny w dużej części Europy. Ale taki polterabend – tłuczenie szkła na szczęście – kultywowano tylko w części pod zaborem pruskim. Kiedy przejedziemy pięć kilometrów dalej, już nie jest znany. Powszechnie natomiast znane były pieśni patriotyczne, ponieważ rozpowszechniała je prasa. A wychodziło wtedy już sporo czasopism dla wsi.

W opowieści o odzyskaniu niepodległości dominuje narracja patriotyczna, wzniosła. Czy nam się ta Polska wtedy udała, czy nie było tak różowo?

– Nie podzielam poglądu, że Polacy słabiej wyciągają wnioski z historycznych traum. Nie narzekałbym na tamten czas, choć jestem raczej krytycznie nastawiony do II Rzeczypospolitej. Wielu rzeczy nie udało się zrealizować, choćby prawdziwej reformy rolnej. Ale generalnie – powiodło się nam. Jednak z trzech bardzo różnych krajów udało się stworzyć jeden. Ze wspólnym prawodawstwem, wspólnym systemem edukacyjnym. Mimo wielu różnic, ludzie myśleli o sobie jako jednej wspólnocie.

Czego życzyłby Pan dziś Rzeczypospolitej, patrząc na te sto lat niepodległości?

– Dziś przydałby się nam jako przykład jeden efekt z 1918 roku. To umiejętność łączenia mimo różnic. Wspólnej pracy w imię jednego celu, w imię wspólnego dobra. Myślenia o własnym kraju jako wspólnej ojczyźnie różnych osób, różnie wyglądających, patrzących na świat, różnie myślących. Dziś różnice między nami są dużo mniejsze niż te, z którymi musieli radzić sobie nasi przodkowie.

Rozmawiała
Karolina Kasperek

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a