r e k l a m a

Partner serwisu

Wieczerza – kolacja z przodkami

Wieś i Rodzina
Data publikacji 16.12.2014r.

Czy zwierzęta, mówiąc ludzkim głosem, przestawały być tym, czym są? Czemu miało służyć przywoływanie wilka przez chłopa? I co to takiego podłaźniczka?

Choć zgodnie z obowiązującą doktryną najistotniejszym dla chrześcijaństwa wydarzeniem jest Zmartwychwstanie, to w powszechnej świadomości zakorzeniło się już, że Boże Narodzenie to najważniejsze święta w roku. Jest tak dzisiaj, ale okazuje się, że było tak również w tradycyjnej kulturze wiejskiej dziesiątki i setki lat temu. Z dniami 24–26 grudnia wiązały się szczególne rytuały i wierzenia, których korzeni szukać należy jeszcze w pogańskich obrzędach naszych przodków. Jedno jest pewne – w kulturze wiejskiej Boże Narodzenie było czasem szczególnym.

r e k l a m a



Dmuchać na... krzesło

– Te święta wypadają niemal w przesilenie zimowe, kiedy zaczynało przybywać światła i to zbiegło się z narodzinami Jezusa. Historia biblijna wymieszana jest tu z praktykami pogańskimi, głównie rolniczymi, ponieważ rodziły się one w społecznościach agrarnych i związane były z ziemią, jej uprawą. Przede wszystkim widać w nich ślady obrzędów zadusznych, listopadowe Zaduszki miały swoją kontynuację – jesienią i zimą obserwowało się wyjątkowe nagromadzenie momentów i rytuałów o tym charakterze. Czas, w którym życie w przyrodzie zamierało, kiedy kończył się okres wegetacyjny, kiedy brakowało światła, odczuwano jako sprzyjający zatarciu granicy między światami żywych i umarłych. Wolne miejsce przy stole było przeznaczone dla duszy bliskiego zmarłego. Dmuchano też na krzesła, stołki, po to, by nie usiąść na duszy, która już tam mogła siedzieć. Istniało wiele związanych z tym zakazów – używania ostrych przedmiotów, zakaz przędzenia czy wylewania pomyj, po to, by nie wystraszyć i nie uszkodzić czy nie obrazić duszy, która przybyła, by odpocząć – wyjaśnia etnolog Ewa Tomaszewska z Muzeum Wsi Kieleckiej.

Z niezwykle obecnym w obchodach Wigilii kultem przodków miał też związek zwyczaj przyzywania, przywoływania przez chłopa wilka. Gospodarz wychodził przed dom i wołał: „Wilku, wilku, chodź do grochu, jak nie przyjdziesz do grochu, abyś nie przyszedł, aż za rok”. Wilk symbolizował duszę, której obecności życzono sobie tego jednego dnia. Obcowanie ze światem duchów na co dzień uznawano za niebezpieczne, zaklinano więc wilka-duszę, by nie nawiedzał domostwa do kolejnej Wigilii.  

Zwierzę znało prawdę

Zwierzęta, jako symbolizujące zmarłych przodków, były w ten dzień traktowane szczególnie. Chodzono do nich z opłatkiem, co miało też zagwarantować pomyślność w hodowli. Wierzono, że mogą przemówić ludzkim głosem i przepowiedzieć przyszłość. Obawiano się jednocześnie wróżby, ponieważ jej treścią mogła być  śmierć. 

Myślenie magiczne, czyli wiara w to, że pewnymi działaniami jesteśmy w stanie wpłynąć na otoczenie, stanowiło osnowę obrzędów wigilijnych. Ale mieszało się ono z wpływami chrystianizacji. Dwanaście potraw na stole mogło odpowiadać dwunastu apostołom, ale równie dobrze dwunastu miesiącom w roku. Potraw zresztą nie zawsze musiało być dwanaście, choć to liczba ulubiona przez tradycję. Bywało, że było ich 5 albo 7.

– Pewne jest, że starano się, by tych potraw było na stole dużo, ponieważ to miało zapewnić obfitość w nadchodzącym roku, ale przed wieczerzą poszczono. Miało też znaczenie, jakie to potrawy, bo wiele z nich znów było związanych z obrzędami zadusznymi. Takimi produktami były jabł­ka, orzechy, soczewica, groch. Te surowce noszono też wcześniej na groby, w celu nakarmienia głodnych duchów. Produkty te pojawiały się również na wigilijnym stole. Sama wieczerza przebiegała z powagą i czas do Nowego Roku miał raczej charakter refleksyjny i poważny. Podczas świętowania często wspominano bliskich zmarłych – wyjaśnia etnolożka.

Strach i respekt to niejedyne uczucia towarzyszące obchodzeniu Wigilii. Było tam też miejsce dla radości i pełnego nadziei oczekiwania, a nawet forteli. Wyrazem tego było bogate przystrajanie izby na święta. W wystroju ogromną rolę odgrywały słoma i siano. Ze słomy robiono ozdoby – krzyże albo gwiazdy, którymi przystrajano ściany albo powałę. W rogach izby stawiano całe snopki zbóż. Siano rozścielano na ławie, a na nim dopiero kładziono obrus albo lnianą płachtę. Miało to zapewnić urodzaj. Dla jego zagwarantowania gospodarz po wieczerzy obwiązywał też słomą pnie drzew owocowych.

Wigilia pełna wróżb

Z siana wróżono, ponieważ Wigilia to także wieczór wróżb. Jeśli źdźbło wyciągnięte spod obrusa było zielone – wróżyło to szybkie zamążpójście, jeśli pożółkłe – trzeba było jeszcze poczekać. Czarne było dla panny fatalną wróżbą. 

Wigilia to także czas zwyczajowych, rytualnych kradzieży. To, co zabrano, trzeba było zaraz oddać. Miało to zapewnić „przychodzenie” dobra do domu i powrót tego, co zginęło. Starano się też tego dnia niczego nikomu nie pożyczać. Ale szczególne znaczenie przypisywano zielonej gałęzi.

– Najczęściej były to gałęzie drzew iglastych, choinka to nieco późniejszy, XIX-wieczny nabytek. Gałąź była przez cały rok zielona, była więc symbolem życia i sił witalnych. Gałązkami przystrajano ściany i obrazy. Ale najbardziej charakterystyczna była podłaźniczka, zwana też podłaźnikiem. Był to czubek choinki, który zawieszano u powały na środku izby albo nad stołem. Przystrajano go jabłkami, orzechami czy tzw. światami robionymi z opłatka. Były to formy przestrzenne, kule. Jeśli pozostawionymi nie zainteresowały się budzące się wiosną muchy, wróżyło to urodzaj – wyjaśnia nasza rozmówczyni.

 

Karolina Kasperek

r e k l a m a

r e k l a m a

Partner serwisu

r e k l a m a