Po nawałnicy, nawałnica obietnic

Po nawałnicy, nawałnica obietnic

W nocy z 11 na 12 sierpnia przez Pomorze przetoczyła się zalewająca uprawy rolne, zrywająca dachy i łamiąca drzewa, potężna nawałnica. Żywioł wyrządził ogromne straty, zwłaszcza na obszarach wiejskich. Kiedy wiatr ucichł a pioruny przestały grzmieć, ruszyła  akcja pomocy poszkodowanym. Rozpoczął się też swoisty telewizyjny festiwal obietnic.

r e k l a m a

W świetle telewizyjnych kamer składane zapewniania pozwalały wyciągnąć wniosek, że wszystko jest pod kontrolą. Sytuacja kryzysowa szybko została opanowana. W telewizyjnych relacjach można było usłyszeć, że szykowane jest wsparcie finansowe a dzielne i niestrudzone służby niosą ratunek wszystkim potrzebującym. Doszło też do słownej bójki organizowanej przez polityków jednej i drugiej opcji, którzy zarzucali sobie bezczynność i ignorancję w dniach kataklizmu. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, ogłoszono, że każdy, któremu ucierpiał budynek mieszkalny, dostanie niemal od razy 6 tys. zł w formie doraźnej zapomogi. Tradycyjnie nie zawiodły rządowe instytucje obsługujące rolnictwo i wieś. Ministerstwo ogłosiło, że zorganizowane będą aż dwie formy wsparcia finansowego zarówno ze środków budżetowych, jak i PROW. Z tych pierwszych obiecano więc 1 tys. zł „na każdy 1 ha powierzchni upraw rolnych, na której wystąpiły szkody spowodowane wystąpieniem w sierpniu huraganu, deszczu nawalnego lub gradu” i aż 2,2 tys. zł do ha zniszczonego prywatnego lasu. To nie wszystko, rząd zobowiązał się do wypłaty „maksymalnie 10 000 zł na odtworzenie budynku służącego do prowadzenia działalności rolniczej”. Z kolei z PROW zapowiedziano, że rolnicy będą mogli ubiegać się nawet o 300 tys. zł dzięki uruchomieniu operacji typu „Inwestycje odtwarzające potencjał produkcji rolnej”. Jeśli do tego dołoży się telewizyjną obietnicę szefa resortu spraw wewnętrznych i administracji, że poszkodowani będą mogli otrzymać nawet 100 tys. zł na „odbudowę domów”. Wszystko to w TVP brzmiało bardzo poważnie. A jaka jest rzeczywistość.

Nieskoszone plantacje

– Nawet, jeśli wichura nie zmiotła całego budynku, to z pozostawionych ruin praktycznie nic nie da się zrobić – mówi Elżbieta Jureńczyk, mieszkanka wsi Szynwałd w gminie Sośno.

Jadąc do Sośna od strony Bydgoszczy mijaliśmy nie tylko tysiące powalonych lub wyrwanych z korzeniami drzew oraz zniszczonych budynków. Straty, jakie ponieśli rolnicy są ogromne. Na terenie powiatu bydgoskiego jak i sępoleńskiego, setki hektarów zbóż w drugiej połowie września nadal nie było skoszonych. Pszenica była powalona i porośnięta. W wielu przypadkach jej młócenie o tej porze nie miało najmniejszego sensu. Ziarno w kłosach porosło i zostało porażone chorobami grzybowymi. Ścierniska pozostawały niezaorane, sprasowana słoma zalegała na polu. Deszczu spadło tak dużo, że nie było najmniejszej szansy na wjazd ciężkim sprzętem. Rolnicy nie zdołali założyć plantacji rzepaku a kukurydza nawet, jeśli nie została złamana przez porywisty wiatr, miejscami pozostawała niemal po kolbę w wodzie. Deszcz zniszczył też plantacje ziemniaków, na których woda wypełniała przestrzenie między redlinami.



Sierpniowa nawałnica zniszczyła setki budynków na terenie woj. kujawsko-pomorskiego. Ucierpiały zabudowania mieszkalne, gospodarskie i inwentarskie

Przyczepa prawie bez opłat

Mieszkanka wsi Szynwałd ponad miesiąc po katastrofie imponowała niezłomną postawą. Nie narzekała i nie była załamana. Na jej podwórku panował wzorowy porządek. Po nawałnicy wszystko dokładnie uprzątnięte. Żadnych oznak chaosu, choć ślady i skutki niszczącego żywiołu budziły przerażenie. Wichura szczęśliwie ominęła budynek gospodarczy. Była jednak bezwzględna dla rodzinnego domu. Porwała całą górną kondygnację zabierając pokrycie dachowe i więźbę.

– Ta pomoc to się okazale prezentuje przede wszystkim w telewizji. My tutaj na miejscu musimy liczyć na siebie i wsparcie ludzi dobrej woli. Wolontariusze przyjechali do mnie i ponownie podłączyli zerwaną linię doprowadzającą do gospodarstwa energię elektryczną. Wiele pomocy otrzymaliśmy też od dzielnych członków klubu motocyklowego z Sochaczewa, którzy pomagali uprzątnąć zniszczony teren. Nie obyłoby się bez pomocy druhów OSP – wymienia pani Elżbieta.



– Z konkretnych form pomocy zaproponowano mi jedynie przeniesienie się do przyczepy kempingowej – opowiada Elżbieta Jureńczyk


Kilka dni po nawałnicy w jej gospodarstwie pojawiła się komisja szacująca straty. W domu wiatr nie tylko zerwał dach, ale też spowodował popękanie ścian frontowych i fundamentów. W Szynwałdzie przez większą część sierpnia i września padał intensywny deszcz. Woda wlewała się do środka budynków niszcząc niemal w 100% pozostałe wewnątrz wyposażenie. Członkowie komisji wielkość strat wyliczyli w oparciu o ustalone wcześniej wzory i zalecenia. Stwierdzili, że dach i strop został zrujnowany w 100%, jednak dla ścian, fundamentów i innych elementów konstrukcji ustalono zniszczenia tylko 20%. Po zastosowaniu wzoru i współczynników okazało się, że strata całkowita to jedynie 60%. Ciekawe, czy te same współczynniki i wzory można zastosować do mierzenia urzędniczej głupoty i bezduszności.

– Konstrukcja i fundamenty uszkodzone. To się nadaje do rozbiórki i postawiania na nowo. W domu nie zamieszkam. Muszę odbudować. Dostałam jedynie pomoc w wysokości 6 tys. zł. Wysoki urzędnik, który przyjechał z urzędu wojewódzkiego zaproponował, że mogę przez kilka miesięcy za darmo mieszkać w podstawionej przyczepie kempingowej. Potem będę musiała za nią płacić. Mam córkę w 9 miesiącu ciąży.  Dlatego  wynajęliśmy mieszkanie w pobliskim miasteczku – powiedziała nam Elżbieta Jureńczyk.

Artykuł podzielony na strony, czytasz 1 z 3 stron.

Zainteresował Cię ten artykuł?
Pokaż komentarze

Zobacz także

więcej artykułów z tej kategorii