Żywić bez GMO? Możliwe, trudniejsze i droższe

Polskie mleko
Data publikacji 13.04.2017r.

Co na temat żywienia krów bez GMO sądzi dr Ryszard Kujawiak, główny technolog i doradca prezesa Sano-Nowoczesne Żywienie Zwierząt pytała Beata Dąbrowska.

Na czym polega istota modyfikacji genetycznych?


– GMO, czyli genetycznie modyfikowane organizmy, to z reguły rośliny (rzadko zwierzęta), które uzyskały nowe cechy dzięki wstawieniu nowego fragmentu DNA pochodzącego od innego organizmu. Zmiana genomu ma na celu nadanie nowych cech, korzystnych z punktu widzenia człowieka, takich jak odporność na szkodniki, wirusy, grzyby, środki ochrony roślin, czy zwiększenie któregoś ze składników jak np. skrobi w ziemniakach przemysłowych. Modyfikacja dotyczy głównie roślin uprawnych takich jak soja, kukurydza, rzepak, bawełna, chociaż pierwszym komercyjnym produktem GMO były pomidory. Nie zdajemy sobie sprawy, że GMO ratuje też ludzkie zdrowie i życie, gdyż wykorzystywane jest do produkcji farmaceutyków, np. szczepionek, przeciwciał, insuliny.

Insulina produkowana kiedyś z trzustek zwierząt rzeźnych, czyli bydła i świń, stanowiła ze względu na inną budowę większe zagrożenie dla człowieka niż obecnie produkowana przez bakterie dzięki wykorzystaniu technologii rekombinowanego DNA.

Dlaczego wielu ludzi boi się GMO?

– Większość ludzi nie wie co to jest GMO i się boi wszystkiego co może kryć się pod pojęciem genetycznej modyfikacji, a ten strach przed nieznanym wykorzystują media i politycy. Przeprowadzone na zlecenie Sano badania ankietowe wykazały, że ponad 75% społeczeństwa uważa, że modyfikacje genetyczne z roślin przechodzą na zwierzęta! A skoro na zwierzęta, to i na ludzi. I tym straszy się społeczeństwo. Niepotrzebnie. Większość ludzi boi się zwykłych genów, także tych niemodyfikowanych. Przeciętny człowiek nie chciałby jeść żywności z genami, nie zdając sobie sprawy, że i tak ją codziennie zjada.

A co ze zwierzętami, które zjadają pasze GMO?

– Modyfikacje genetyczne z roślin nie przechodzą do organizmu zwierzęcego. Udowodniły to nie tylko badania amerykańskie, ale także krajowe, wykonane przez Instytut Zootechniki w Krakowie oraz Instytut Weterynaryjny w Puławach. Wykonał ją zespół uznanych naukowców i nie ma żadnych podstaw, aby im nie wierzyć.

Badania wykazały, że modyfikacja roślin nie ma negatywnego wpływu na jakość i wartość pokarmową tych roślin ani też nie zmienia zdrowotności zwierząt i jakości artykułów zwierzęcych. Każde DNA (pochodzące zarówno z organizmów niemodyfikowanych, jak i modyfikowanych genetycznie), które spożywamy w żywności, ulega destrukcji w żołądku. U przeżuwaczy już po 4 godzinach nie znajduje się w żwaczu śladów obcego DNA. Nie ulega ono wchłanianiu do krwi, jest nieobecne w tkankach i narządach oraz produktach pochodzenia zwierzęcego, takich jak mięso, mleko i jaja oraz w odchodach zwierząt. Oznacza to, że produkty GMO nie są szkodliwe dla zwierząt i ludzi oraz dla środowiska.

Nie dyskryminujmy sera czy innych wspaniałych polskich wyrobów mleczarskich, które nie mają znaczka „Bez GMO”. Na pewno są one zdrowe. I tak połowa krów w Polsce w ogóle nie zjada śruty sojowej, a druga połowa, zjada jej niewielkie ilości. Szczególnie krowy karmione paszami Sano, bo oprócz śruty sojowej jest także śruta rzepakowa, suszony wywar zbożowy, kiełki słodowe, a czasami także mocznik.

To dlaczego wprowadzono zakaz stosowania pasz GMO?

– W imię idei można robić wiele rzeczy. Polska zajmuje w UE chyba najbardziej konserwatywne stanowisko w sprawie GMO. Z jednej strony chcielibyśmy mieć zdrową żywność bez GMO i bez chemii, a z drugiej strony być znaczącym jej producentem. Rada Ministrów w marcu 2006 roku ogłosiła, że Polska ma być strefą wolną od organizmów zmodyfikowanych genetycznie. Idea może szczytna, ale trudna do realizacji w sytuacji, kiedy większość uprawianej na świecie soi jest GMO, a w produkcji żywności musimy konkurować nie tylko jakością, ale także cenami z innymi krajami.

Szkoda, że znowu wysuwamy się przed szereg i jako jedyni w EU wprowadzamy całkowity zakaz żywienia paszami bez GMO. Muszę tu podkreślić, że byłem pełen uznania dla ministra rolnictwa i rozwoju wsi Krzysztofa Jurgiela, który chciał przesunięcia terminu wprowadzenia żywienia paszami bez GMO na 1 stycznia 2021. Dłuższy czas pozwoliłby polskim hodowcom lepiej przystosować się do tego ograniczenia.

Natomiast za szkodliwą interesom Polski uważam inicjatywę poselską, która skróciła ten czas do 1.01.2019 r. A jeszcze bardziej szokujący był dla mnie wynik głosowania w Sejmie 4.11.2016, gdyż na 416 głosujących posłów aż 395, czyli 95% było za skróceniem tego okresu. Znowu polityka wzięła górę nad gospodarką. Nie tak dawno staliśmy się największym producentem drobiu w Europie. Z zakazem stosowania pasz GMO pozycji tej nie utrzymamy i co gorsze, grozi nam, że będziemy importować tańszą żywność. Tańszą, bo od zwierząt żywionych paszami GMO.

Są też opinie, że żywienie krów bez GMO może być tańsze.

Tylko teoretycznie, w praktyce jest droższe. Na pewno kg białka ze śruty rzepakowej jest zawsze trochę tańszy niż ze śruty sojowej, bo inaczej wytwórnie pasz czy hodowcy by jej nie kupili. Natomiast śruta sojowa bez GMO jest średnio ok. 100 $ na tonie droższa niż z GMO, a będzie jeszcze droższa, bo eksporterzy śruty będą chcieli na tej sytuacji zarobić. Wzrost cen śruty sojowej bez GMO pociągnie za sobą wzrost cen innych komponentów białkowych, a więc żywienie bez GMO na pewno będzie droższe. Stracą na tym hodowcy i mieszalnie pasz.

Dlaczego stracą?

– Już teraz niektóre mleczarnie wymagają, aby krowy były żywione paszami bez GMO. Nie idzie za tym w parze odpowiednia wyższa cena mleka. A ceny pasz bez GMO muszą pójść w górę, nie tylko z powodu wyższej ceny śruty sojowej bez GMO, czy innych komponentów białkowych, ale także wskutek dodatkowych obciążeń dla firm paszowych.

Dodatkowych, czyli jakich?

– Niektóre mleczarnie chcą podpisania specjalnych umów odnośnie żywienia krów paszami bez GMO. A tam oprócz dodatkowych certyfikatów, kaucji, ubezpieczeń czy zabezpieczeń, pojawiają się nawet opłaty za umieszczenie produktów na liście referencyjnej! To musi spowodować wzrost kosztów produkcji pasz. I po co? Aby krowy już teraz były żywione paszami bez GMO i na ten krótki okres producenci pasz mają ponosić dodatkowe koszty. To zmniejsza opłacalność produkcji mleka i może okazać się działaniem na szkodę polskich hodowców.

Wielu tłumaczy, że klient nie chce GMO.

– Przeciętny klient nie za bardzo wie co to jest GMO i wiele rzeczy można mu wmówić. Również to, że nie ma rzeczy gorszej niż GMO. Czasami takie odnoszę wrażenie, że BSE, ptasia grypa i pomór świń razem wzięte, nie są tak złe jak GMO.

Inny przykład czego chce klient? Spytajmy konsumentów, czy wolą mleko od krów krytych naturalnie buhajem, czy mleko od krów, gdzie stosowane jest sztuczne unasiennianie, czyli inseminacja. To, że większość ludzi wybierze krycie naturalne buhajem jest pewne. Można się jedynie zastanawiać, czy będzie to 80%, czy 90% społeczeństwa. I co, mamy się cofać w hodowli i wprowadzać u krów wyłącznie krycie naturalne? Podobne przykłady można mnożyć. A cena mleka pójdzie tak w górę, że jedynie zamknięcie granic pozwoli polskim hodowcom utrzymać się na rynku. A dzisiaj jest to niemożliwe, jesteśmy w Unii, granic nie zamkniemy.

Czy Sano nadal stosuje do produkcji pasz komponenty GMO?

– Do tej pory ponad 80% produktów dla krów było bez GMO, gdyż jedynie śruta sojowa zawierała GMO. Mimo że mamy swoje zdanie na temat pasz GMO, to już teraz od kwietnia wprowadziliśmy produkcję wszystkich pasz dla krów bez GMO. „Nie chcem, ale muszem” jak mówił nasz były prezydent. W przypadku krów jest to najłatwiejsze, bo mamy do dyspozycji inne komponenty białkowe, które w znacznej części mogą ją zastąpić. W przypadku drobiu i trzody nie będzie to już takie proste.

Dziękuję za rozmowę.

Partner serwisu