250 ha ziemi i 230 sztuk bydła. Połowa gruntów na pasze
Sylwester Olędzki prowadzi gospodarstwo mleczne w Choroszczynce w województwie lubelskim. Gospodaruje wspólnie z rodzicami, od których w 2009 roku przejął część gospodarstwa. Obecnie rodzina użytkuje 250 ha, w tym około 200 ha gruntów własnych i 50 ha dzierżawionych.
W gospodarstwie utrzymywanych jest 230 sztuk bydła. Stado krów mlecznych liczy około 140 sztuk, razem z zasuszonymi. W doju znajduje się zazwyczaj od 110 do 120 krów.
Hodowla opiera się przede wszystkim na rasie holsztyńsko-fryzyjskiej. W stadzie pozostało również kilka sztuk rasy montbeliarde, ale gospodarz stopniowo odchodzi od ich utrzymywania. Średnia wydajność wynosi około 10,5 tys. litrów mleka od krowy rocznie. Surowiec dostarczany jest do Mlekovity.
Na produkcję pasz przeznaczane jest około 120 ha. Uprawiane są między innymi kukurydza, lucerna i trawy. Własne pasze objętościowe stanowią podstawę żywienia bydła, a gospodarstwo przez lata było w dużym stopniu samowystarczalne pod tym względem.
Tegoroczna susza mocno jednak ograniczyła zbiory.
„Takiej suszy nie pamięta nawet ojciec i babcia”
Sylwester Olędzki przyznaje, że tak trudnego roku nie pamiętają również starsi członkowie rodziny.
– Jeszcze takiej suszy u nas nie było. Nie pamięta jej ani ojciec, ani babcia. Według moich szacunków od zimy spadło tutaj mniej niż 100 litrów deszczu na metr kwadratowy. To bardzo mało. Plony wielu upraw były o połowę niższe – mówi hodowca.
Najbardziej ucierpiały użytki zielone. Pierwszy pokos udało się jeszcze zebrać w przyzwoitej ilości, ale kolejne były już znacznie słabsze. Rolnik podaje, że z pierwszego pokosu zebrano około 50 przyczep zielonki. Z drugiego było ich już tylko około 10, z trzeciego 12, a z czwartego zaledwie 4. Przy tak dużym stadzie oznacza to poważny niedobór pasz objętościowych.
– Praktycznie tylko pierwszy pokos był dobry. Przy 250 hektarach ziemi wydawałoby się, że paszy powinno wystarczyć, ale w tym roku nie wystarczyło – przyznaje rolnik.
Pierwszy raz musieli kupować paszę i siano
Braki we własnej bazie paszowej gospodarstwo uzupełnia zakupami. Pasze pochodzące z zewnątrz trafiają przede wszystkim do jałówek oraz krów zasuszonych.
– Kupujemy pasze, bo własnych mamy za mało. Te z zakupu przeznaczamy głównie dla jałówek i krów zasuszonych, gdzie możemy wykorzystać pasze trochę słabszej jakości – tłumaczy Sylwester Olędzki.
Problemem jest także dostępność dobrego siana.
– Udało nam się kupić dobre siano od znajomego rolnika. Ale często to, które można kupić, pochodzi z łąk koszonych raz w roku. Jest gorszej jakości i nie nadaje się do każdego rodzaju żywienia – wyjaśnia.
W gospodarstwie zwraca się dużą uwagę na odpowiednie żywienie poszczególnych grup zwierząt. Jałówki podzielone są według wieku i etapu rozwoju, a każda grupa otrzymuje inną dawkę pokarmową. Osobno żywione są również krowy zasuszone. Okres zasuszenia trwa około dwóch miesięcy przed porodem. W tym czasie otrzymują dawkę o zawartości białka wynoszącej około 15 proc., z odpowiednio dobranymi dodatkami mineralnymi i witaminowymi.
Hodowca podkreśla, że właściwe żywienie i dobór genetyki przekładają się również na przebieg porodów.
– Kiedyś ocielenie krowy było często dużym problemem. Pamiętam z dzieciństwa, że czasami pół wsi przychodziło pomagać. Teraz większość krów cieli się samodzielnie – wspomina.
Cielęta utrzymywane są w budkach. Taki system pozwolił ograniczyć problemy zdrowotne młodych zwierząt.
Mleko po 1,92 zł/l. Wcześniej byli na granicy opłacalności
Gospodarstwo dostarcza mleko do Mlekovity. Aktualnie cena wynosi 1,92 zł za litr. W tej stawce uwzględniona jest dodatkowa premia w wysokości 15 groszy. Wcześniej gospodarstwo otrzymywało około 1,70–1,75 zł/l.
– Poprzednie miesiące były praktycznie na granicy opłacalności. Teraz, przy cenie 1,92 zł, coś już zostaje. Mamy też sporą część kredytów spłaconą, więc nie jesteśmy już tak mocno obciążeni ratami – mówi rolnik.
Duże znaczenie ma również wydajność stada. Przy średniej produkcji na poziomie 10,5 tys. litrów mleka od krowy rocznie gospodarz szacuje jednostkowy koszt produkcji na około 1,50–1,60 zł/l.
– Przy wydajności 6 tys. litrów koszt może wynosić nawet 1,90 zł za litr. U nas, dzięki wyższej wydajności, jest to około 1,50–1,60 zł. Budynki nie są najnowocześniejsze, ale mamy je w dużej części spłacone. Dzięki temu koszty są niższe – wyjaśnia.
Żyto po 600 zł za tonę. „Z hektara zostaje coraz mniej”
Rosnące koszty produkcji dotyczą również upraw polowych. Sylwester Olędzki zwraca uwagę, że gospodarstwa muszą stale zwiększać wydajność lub areał, żeby utrzymywać dotychczasowy poziom dochodów.
– Z hektara mamy coraz mniej. Żeby dochody zostały na tym samym poziomie, musimy cały czas zwiększać produkcję. Małe gospodarstwa się zamykają, a większe muszą się rozwijać, żeby się utrzymać – ocenia.
Jako przykład podaje tegoroczne plony i ceny zbóż.
– Żyta zebraliśmy około 4 ton z hektara. Przy cenie 600–650 zł za tonę wychodzi 2400–2600 zł przychodu. Koszty uprawy szacuję na około 3 tys. zł na hektar. Nawet jeżeli doliczymy dopłaty, niewiele zostaje – wylicza hodowca.
Pszenica plonowała na poziomie około 6 ton z hektara. Jej uprawa jest jednak droższa, dlatego wyższy przychód ze sprzedaży ziarna nie musi oznaczać większego zarobku.
Rolnik nie spieszy się ze sprzedażą tegorocznych zbiorów. W gospodarstwie pozostaje również część ziarna z ubiegłego sezonu.
– Zboże leży, czekamy. Część wykorzystamy na paszę, a z resztą zobaczymy, jak będą kształtować się ceny – mówi.
Za 50 tys. zł kupił prawie 7 ha ziemi. Dziś wystarczyłoby na hektar
Rozwój gospodarstwa przez lata wspierany był środkami z programów pomocowych. Pierwsze wsparcie Sylwester Olędzki otrzymał w 2009 roku, kiedy przejmował część gospodarstwa od rodziców. Była to premia dla młodego rolnika w wysokości 50 tys. zł.
– Za te pieniądze kupiliśmy prawie 7 hektarów ziemi. Dzisiaj za 50 tys. zł można u nas kupić najwyżej hektar słabszego gruntu. Dlatego uważam, że tamte 50 tys. zł było warte znacznie więcej niż obecne dotacje – wspomina.
W kolejnych latach gospodarstwo korzystało z programów modernizacji gospodarstw rolnych. W 2013 roku kupiono między innymi siewnik do kukurydzy, beczkę asenizacyjną oraz ciągnik. Następna modernizacja, realizowana w latach 2017–2018, obejmowała zakup przyczepy do zbioru zielonek, rozsiewacza nawozów oraz budowę magazynu.
Ostatnie inwestycje przeprowadzono przy wsparciu programu Rolnictwo 4.0. Zakupiono system zarządzania polami, nawigację rolniczą oraz rozwiązania umożliwiające równoległe prowadzenie maszyn.
Osiem ciągników w gospodarstwie. Jest też zabytkowy Władimirec
W gospodarstwie znajduje się rozbudowany park maszynowy, pozwalający wykonywać większość prac polowych i związanych z produkcją pasz. Do dyspozycji jest osiem ciągników, w tym starsze maszyny, które służą rodzinie od wielu lat. Jednym z nich jest niewielki Władimirec, traktowany już jako ciągnik zabytkowy i wykorzystywany sporadycznie.
– Mamy osiem ciągników, chociaż nie wszystkie pracują na co dzień. Jest też ten stary Władimirec. Mama czasem jeździ nim do lasu na grzyby – opowiada z uśmiechem rolnik.
Wśród maszyn znajdują się również ciągniki John Deere. Gospodarz porównuje ceny sprzętu kupowanego dawniej i obecnie.
– W 2001 roku ojciec kupił John Deere‘a za 137 tys. zł. Kilka lat temu kupiliśmy ciągnik podobnej mocy, chociaż lepiej wyposażony, już za około 500 tys. zł. Widać, jak bardzo wzrosły ceny – mówi.
Część maszyn gospodarstwo kupuje jako używane, żeby ograniczyć wydatki inwestycyjne.
Obora kosztowała 650 tys. zł. Dziś za tyle trudno kupić robota udojowego
Jedną z największych inwestycji w gospodarstwie była budowa obory dla krów mlecznych, rozpoczęta po przejęciu gospodarstwa w 2009 roku.
– Sama budowa obory kosztowała około 650 tys. zł. A razem z wyposażeniem, halą udojową, płytą gnojową, systemem zarządzania i wozem paszowym nie przekroczyliśmy miliona złotych – wspomina Sylwester Olędzki.
Zdaniem hodowcy obecnie takiej inwestycji nie udałoby się przeprowadzić za podobne pieniądze.
– Te 650 tys. zł to dzisiaj śmieszna kwota w porównaniu z kosztami inwestycji. Za takie pieniądze trudno już kupić samego robota udojowego – podkreśla.
450 tys. zł kar za kwoty mleczne. Dopiero w tym roku skończyli spłacać
Przez wiele lat dodatkowym obciążeniem finansowym gospodarstwa były kary związane z przekroczeniem kwot mlecznych. Łącznie wyniosły one około 450 tys. zł. Jak mówi Sylwester Olędzki, dopiero w 2026 roku rodzinie udało się zakończyć ich spłatę.
– Bardzo mocno odczuliśmy kwoty mleczne. To były naprawdę duże pieniądze. W tym roku spłaciliśmy ostatnią ratę. Łącznie za kary zapłaciliśmy około 450 tys. zł – mówi hodowca.
Rolnik krytycznie ocenia dawny system kwotowania produkcji mleka. Zwraca uwagę, że pomimo ograniczeń produkcji rynek i tak przechodził okresy wzrostu i spadku cen.
– Wtedy były górki i dołki, teraz też są górki i dołki. Tylko że my jeszcze musieliśmy płacić ogromne kary za przekroczenie kwot – przypomina.
Wieloletnia spłata zobowiązań ograniczała środki, które gospodarstwo mogło przeznaczać na kolejne inwestycje.
„Dotacje najbardziej rozwinęły fabryki maszyn”
Sylwester Olędzki uważa, że obecna wartość pomocy na inwestycje dla rolnika jest znacznie mniejsza niż kilkanaście lat temu. Wskazuje na wzrost cen maszyn, materiałów budowlanych i kosztów kredytowania.
– Dziesięć lat temu można było dostać 200 tys. zł dotacji i teraz też jest 200 tys. zł. Tylko że koszty wzrosły ogromnie. Dzisiaj większy budynek to wydatek rzędu miliona złotych. Te 200 tys. zł jest już kroplą w morzu – ocenia.
Hodowca zwraca też uwagę na sposób finansowania inwestycji. Według niego lepszym rozwiązaniem często byłby niżej oprocentowany kredyt, rozłożony na dłuższy okres.
– Kiedyś mieliśmy kredyty preferencyjne oprocentowane na 2 proc. i to bardzo pomagało w rozwoju gospodarstwa. Teraz można dostać dotację, ale trzeba wziąć drogi kredyt na pozostałą część inwestycji. Przy krótkim okresie spłaty raty potrafią bardzo obciążyć gospodarstwo – tłumaczy.
Inwestycje wstrzymane. „Nie wiem, co będzie za 10 lat”
Mimo dużej skali gospodarstwa i osiąganej wydajności mlecznej Sylwester Olędzki podchodzi obecnie ostrożnie do dalszego rozwoju. Największe obawy budzą koszty produkcji, sytuacja na rynku mleka oraz przyszłe warunki konkurencji z producentami spoza Unii Europejskiej.
– Zawsze byłem zafascynowany rolnictwem. Nawet kiedy było źle, mówiłem sobie, że będzie lepiej. Teraz nie jestem już tego taki pewny. Mamy wojny dookoła, zmiany w Unii, nowe wymagania. Nie wiadomo, jak będzie wyglądał rynek za kilka lat – przyznaje.
Hodowca obawia się także skutków umowy handlowej z krajami Mercosur oraz konkurencji z Ukrainą. Jego zdaniem europejscy rolnicy ponoszą coraz wyższe koszty spełniania wymagań, podczas gdy producenci z innych części świata mogą działać w odmiennych warunkach.
– Na razie wszystkie inwestycje wstrzymaliśmy. Czekamy, co będzie się działo. Jeżeli będziemy coś powiększać, to raczej powierzchnię gruntów. Jeśli pojawi się możliwość zakupu albo dzierżawy ziemi, będziemy ją rozważać – mówi Sylwester Olędzki.
Kamila Szałaj
* W filmie wkradł się błąd - rolnik prowadzi gospodarstwo 17 lat, a nie 27.
