Benedykt TurbańskiAndrzej Rutkowski
StoryEditorReportaż z gospodarstwa

Dokładali 270 zł do każdego tucznika. Zamiast zrezygnować, zbudowali nową chlewnię

05.10.2026., 16:00h

Zautomatyzowali produkcję mleka dochodząc do skali sprzedaży 150 tys. litrów miesięcznie. Jednocześnie, pomimo ogromnych problemów rynkowych, utrzymali tucz trzody chlewnej. A teraz dodatkowo są na etapie rozruchu nowej chlewni z porodówkami dla loch – cel jest taki, aby uniezależnić się od zakupu prosiąt i przejść na tucz w systemie zamkniętym. To wyjątkowe gospodarstwo, gdzie od lat produkcja mleka uzupełnia się z żywcem wieprzowym, prowadzą Wioletta i Benedykt Turbańscy wraz z synem Tomaszem i córką Weroniką.

– Ktoś może się zapytać – dlaczego nie zdecydowaliśmy się na wąską specjalizację, a prowadzimy i cały czas rozwijamy dwa wymagające kierunki produkcji zwierzęcej? Po pierwsze, sama produkcja roślinna w dzisiejszych czasach nawet przy 100 ha nie zapewnia odpowiednich dochodów i rolnicy często muszą podejmować dodatkową pracę na etacie. Po drugie, produkcja mleka i trzody chlewnej to kierunki, które bardzo dobrze się uzupełniają i zazwyczaj tak było, że jak nie płacił żywiec wieprzowy to płaciło mleko lub na odwrót. Jest to bardziej bezpieczny model gospodarowania. Dopiero teraz tak się zrobiło na rynkach, że w obu przypadkach ceny poszły w dół. Ja osobiście nie pamiętam tak ciężkich czasów dla rolnictwa w Polsce, dlatego jestem zadowolony, że naszym partnerem jest tak solidna mleczarnia jak SM Gostyń. Najbardziej jednak martwi mnie to, że tak ciężka ekonomicznie sytuacja w rolnictwie, odstraszy nawet tych młodych, którzy wiązali swoją przyszłość z rolnictwem – zaznaczył Benedykt Turbański.

– Własne lochy i własne prosięta to jedyny sposób na uniezależnienie się od zakupu prosiąt, które często są zbyt drogie i zakup drogich prosiąt powiązany ze sprzedażą tuczników w dołku cenowym kończy się totalną klapą. Sami to przerabialiśmy dokładając do jednego tucznika aż 270 zł, i nie pomogło nawet to, że tanie zboża spasaliśmy we własnym zakresie. Oczywiście dokupujemy też zboża, bo własnych nam nie wystarcza – dodała Wioletta Turbańska.

image
Benedykt Turbański
FOTO: Andrzej Rutkowski

WIZYTÓWKA GOSPODARSTWA:

Wioletta i Benedykt Turbańscy gospodarują z synem Tomaszem i córką Weroniką na ok. 250 ha. Rolnicy ze wsi Sikorzyn (gm. Gostyń) uprawiają kukurydzę, lucernę, zboża, buraki cukrowe i rzepak. Utrzymują ponad 300 sztuk bydła, w tym 160 krów (140 w doju i 20 zasuszonych). Miesięcznie dostarczają ok. 150 tys. litrów mleka do Spółdzielni Mleczarskiej w Gostyniu. Utrzymują także 1800 sztuk trzody chlewnej.

Czy warto odchowywać jałówki?

W tym gospodarstwie zmienia się na naszych oczach strategia tuczu trzody chlewnej z systemu otwartego na zamknięty. Rolnicy wybudowali nową chlewnię dla loch, zasiedlili ją młodymi loszkami i niedługo będą pierwsze porody. To pomysł młodego następcy – syna Tomasza, ale już chodzą mu po głowie również zmiany dotyczące strategii produkcji mleka.

– Zastanawiamy się też nad zmianą podejścia do produkcji mleka, a mianowicie bardzo kosztowny i stosunkowo długotrwały jest odchów jałówek. Dlatego kusząca wydaje się rezygnacja z odchowu jałówek. Wtedy zyskujemy paszę i miejsce w budynkach, aby znacznie zwiększyć pogłowie krów (sztuk produkcyjnych) i sprzedaż mleka od razu pójdzie w górę. Z dojem też nie byłoby problemów, bo przy trzech robotach mamy jeszcze duże rezerwy. Przeszlibyśmy na zakup pierwiastek, a swoje krowy krylibyśmy buhajami mięsnymi uzyskując cielęta mieszańcowe, które przy dzisiejszej koniunkturze na rynku żywca wołowego bardzo szybko się sprzedadzą i po dobrych stawkach. Taka strategia chodzi mi po głowie, ale wiadomo, wszystko ma swoje plusy, jak i minusy – wyjaśnił młody rolnik Tomasz Turbański.

image
Wiata w formie hali łukowej, z zewnętrznym stołem paszowym, gdzie utrzymywane są jałówki
FOTO: Andrzej Rutkowski

Zmiany uprawowe

Trzeci robot udojowy Lely Turbańscy zamontowali w tym roku, dwa pozostałe roboty doją od dwóch lat. Jednak ten rok jest szczególny dla rodziny Turbińskich, nie tylko jeśli chodzi o rozwój doju automatycznego, nie tylko w zakresie uruchomienia nowej chlewni dla loch, ale też zmiany dotyczą upraw polowych. Po ponad 30 latach do struktury zasiewów powraca rzepak.

image
Dwa z trzech robotów udojowych Lely, pracujących w tym gospodarstwie
FOTO: Andrzej Rutkowski

– Ograniczamy do minimum areał uprawy buraków cukrowych ze względu na spadające stawki cenowe, które już są tak niskie, że przy stosunkowo wymagającej uprawie buraków cukrowych nie zapewniają dalszej opłacalności. Nie rezygnujemy z buraków zupełnie tylko ze względu na możliwość odbioru wysłodków buraczanych w formie deputatu, które są bardzo wartościową, energetyczną i smakowitą paszą dla krów mlecznych. W miejsce pomniejszonego areału buraków cukrowych po ponad 30 latach wrócimy do uprawy rzepaku. Jeśli chodzi o to jak spadały stawki cenowe za buraki cukrowe, to jeszcze nie tak dawno płacono 34 euro za tonę, teraz jest to 30 euro za tonę, a cena, jaka ma być na przyszłość, to 26 euro za tonę, przy rosnących przecież kosztach produkcji – wyjaśnił Benedykt Turbański.

Więcej dojów – więcej mleka

Głównym powodem automatyzacji doju była chęć zmniejszenia ilości pracy fizycznej i wyeliminowania obowiązku stawiania się każdego dnia w oborze o godzinie 5:00.

– Hala udojowa była dość wydajna 2 x 10 stanowisk, ale krów przybywało i codziennie trzeba było być na czas z samego rana. Teraz trzeba oczywiście dognać niektóre krowy, ale do obory chodzimy o 8:00 czy 9:00 i nic złego się nie dzieje. Po prostu czas pracy jest teraz bardziej elastyczny i dostosowany do naszych potrzeb – wyjaśniła Wioletta Turbańska.

Był to montaż robotów w oborze już istniejącej i wymagał kilku przeróbek, trzeci robot stanął w miejsce hali udojowej.

– Sprzedaż hali udojowej trwała bardzo długo, gdyż dzisiaj jeśli buduje się nową oborę, to rolnicy najczęściej wchodzą w dój automatyczny. Jakby ktoś kazał nam teraz wrócić do doju na hali, to chyba wolałbym zrezygnować z produkcji mleka. Poza tym na robotach wzrosła nam wydajność mleczna z 30 do 37 litrów na dobę od krowy, wraz z częstotliwością doju. Obecnie przeciętna krowa doi się 3 razy na dobę, oczywiście te w szczycie laktacji częściej, a te kończące laktację rzadziej – zaznaczył Benedykt Turbański.

image
Obora dla krów dojnych
FOTO: Andrzej Rutkowski

Każdy ma swoją działkę

Jest to typowo rodzinne gospodarstwo, gdzie obowiązuje podział obowiązków. Pani Wioletta zajmuje się głównie trzodą chlewną, pan Benedykt przede wszystkim uprawami polowymi, a syn Tomasz bydłem mlecznym, ale nie tylko.

– Ja zajmuję się odchowem cieląt oraz warchlakami. Syn zajmuje się rozrodem, zarówno u bydła, jak i trzody chlewnej, ma pod opieką też oborę z robotami udojowymi – powiedziała Wioletta Turbańska.

image
Duża baza paszowa wymaga odpowiednio dużych silosów kiszonkarskich
FOTO: Andrzej Rutkowski

Nasienie buhajów hodowcy dobierają pod kątem przydatności cech do doju automatycznego. Gdy przechodzili na roboty, wybrakowali 5 krów ze względu na niewłaściwą budowę wymienia. Jak przyznają, była to nieduża ilość w stosunku do liczebności całego stada.

– Wybraliśmy roboty udojowe Lely, bo naszym zdaniem mają one najsprawniejsze i najszybsze zakładanie kubków udojowych. Nie bez znaczenia była też bliskość serwisu, a ten jest w Krobi, czyli niespełna 10 km od naszego gospodarstwa. Działają szybko i dobrze się z nimi współpracuje – zakończył Benedykt Turbański.

Andrzej Rutkowski

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
05. październik 2026 16:02