Sześć hektarów sadu i sprzedaż bez pośredników. Tak bracia Celmerowie rozwijają rodzinne gospodarstwoMichał Heluszka
StoryEditorreportaż

Mają tylko 6 ha sadu. Wpadli na nietypowy pomysł i teraz klienci sami przyjeżdżają po ich jabłka

22.10.2026., 15:00h
Anna MalinowskiAnna Malinowski

Mają zaledwie 6 ha sadu, z którego w dobrym sezonie zbierają około 250 ton jabłek. Ale bracia Jakub i Szymon Celmerowie z Dolnego Śląska nie chcą oddawać owoców na przemysł po 50 groszy za kilogram ani godzić się na warunki pośredników. Dlatego postanowili wziąć sprzedaż we własne ręce. Zainwestowali w nietypowe rozwiązanie, które już po miesiącu zaczęło przyciągać nowych klientów. I na tym nie kończą się ich pomysły.

Polska wśród europejskich liderów produkcji jabłek

Polska należy do największych producentów jabłek w Europie. Sady zajmują w kraju około 105 tys. hektarów, z czego znaczna część znajduje się w województwie mazowieckim. Roczne zbiory liczone są w milionach ton. Jabłka są smaczne i wartościowe, ale ich spożycie wciąż może być większe. Jak głosi popularne powiedzenie: „Jedno jabłko z wieczora trzyma z dala doktora”.

Rodzinny sad prowadzony od trzech pokoleń

Na pochyłych zboczach Wzgórz Trzebnickich, w Trzebnicy na Dolnym Śląsku, rozciąga się sześć hektarów sadu Jakuba i Szymona Celmerów. Rodzinna tradycja sięga lat 70., kiedy dziadek braci, Zdzisław, posadził pierwsze jabłonie. Niektóre z ponad 30-letnich drzew wciąż rodzą smaczne, dorodne owoce.

W latach 90. sad przejął Janusz Celmer, który prowadził go przez około 20 lat. Później przekazał gospodarstwo synom - Jakubowi i Szymonowi.

image
Sześć hektarów sadu i sprzedaż bez pośredników. Tak bracia Celmerowie rozwijają rodzinne gospodarstwo
FOTO: Michał Heluszka

Gleba i pogoda mają znaczenie

Trzebnica należy do cieplejszych rejonów Polski. W przeszłości działały tu winnice, którym sprzyjały zarówno warunki klimatyczne, jak i żyzne, cięższe gleby. W uprawie jabłoni znaczenie mają jednak także dobór podkładki i odmiany, gęstość nasadzeń oraz przebieg pogody.

- Część sadu jest położona na stoku, który teoretycznie ma niekorzystną ekspozycję. W ostatnich latach, ze względu na suszę i wysokie temperatury, ta kwatera okazała się jednak bardzo korzystna. Dzięki cięższej glebie nie potrzebujemy intensywnego nawadniania, a słońce nie wyrządza tylu szkód co w bardziej nasłonecznionych miejscach - wyjaśnia Szymon Celmer.

Sześć odmian jabłek i integrowana produkcja

W sadzie uprawia się sześć głównych odmian: Golden Delicious, Rubin, Rubinstar, Rubinola, Topaz i Red Jonaprince Select. Każda ma inne właściwości i walory smakowe.

— Rubin dobrze sprawdza się w czasie zbiorów, Topaz zyskuje, gdy poleży w chłodni, a Jonaprince Select daje wysokie plony. Nie zależy nam na wyprodukowaniu jak największej ilości owoców, lecz na tym, żeby były smaczne i zdrowe - mówi Szymon Celmer.

W typowym sezonie sad daje około 250 ton jabłek. W tym roku zbiory były mniejsze z powodu przymrozków i gradobicia.

Gospodarstwo od lat 90. prowadzi uprawę w systemie integrowanej produkcji roślin (IP). Obejmuje ona między innymi kontrolę stosowanych metod ochrony oraz ograniczanie ich wpływu na środowisko. W sadzie wykorzystuje się również zabiegi mechaniczne: przerzedzanie zawiązków, usuwanie pędów porażonych mączniakiem i koszenie trawy. Stosowane są także środki biologiczne.

- Jest na przykład preparat zawierający wirusa atakującego gąsienice owocówki jabłkóweczki. Jest przyjazny środowisku i działa selektywnie, nie wpływając na inne organizmy - opowiada Szymon Celmer.

Jak dodaje, podczas zbiorów zdarza mu się zjadać nawet dwa kilogramy jabłek dziennie. Brat Jakub poprzestaje zwykle na dwóch lub trzech owocach.

Prowadzenie sadu w systemie IP wiąże się z dopłatami. Według sadowników w ich gospodarstwie wynoszą one około 12–13 tys. zł rocznie.

Jak wygląda rok w sadzie?

Prace zaczynają się od zimowego cięcia drzew i rozdrabniania gałęzi. W zależności od pogody zabiegi można rozpocząć już w grudniu, po opadnięciu liści. Równolegle, aż do kwietnia, trwa sprzedaż jabłek przechowywanych w chłodni.

W sezonie wegetacyjnym sadownicy chronią drzewa przed szkodnikami i chorobami. Jednym z największych zagrożeń jest parch jabłoni. W sadzie rosną między innymi odmiany Topaz i Rubinola, które wykazują podwyższoną odporność na tę chorobę.

- W przyrodzie wszystko ewoluuje. Te odmiany nie są już całkowicie odporne na parch, bo patogen przełamał tę odporność. W dużej mierze jednak nadal się ona utrzymuje - wyjaśnia Szymon Celmer.

Około miesiąca przed zbiorami wykonywane jest letnie cięcie, które pomaga doświetlić owoce i poprawić ich wybarwienie. Po takim zabiegu na drzewach pozostaje mniej jabłek, ale mogą one osiągnąć większe rozmiary i pełniejszy smak.

Sadownicy koszą trawę między rzędami drzew, ale nie robią tego zbyt często. Chcą w ten sposób zachować warunki sprzyjające owadom.

- Nie chcemy, żeby sad jako cały ekosystem był sterylny. Zależy nam na większej liczbie kwiatów, dzikich pszczół i innych owadów, które pomagają nam w walce ze szkodnikami - mówi Szymon Celmer.

Zbiory odbywają się z udziałem rodziny i kilku pracowników. W tym roku, ze względu na wysokie temperatury, sezon przyspieszył. W połowie października z drzew zrywano już ostatnie jabłka. Owoce trafiają do skrzyń, a następnie do chłodni i sortowni.

Nowa sortownica usprawnia pracę

Chłodnia, jak mówi Szymon Celmer, jest jedną z najstarszych na Dolnym Śląsku. Sadownicy na razie nie planują budowy nowej, choć rozważają remont.

- Niska temperatura, agregat chłodniczy i odpowiednia wilgotność na razie wystarczają. Budowa nowej chłodni byłaby dużą inwestycją. Wcześniej sprzedawaliśmy owoce grupom producentów, ale tych już nie ma, a działały dwie - opowiada sadownik.

Najnowszą inwestycją braci jest sortownica warta około 150 tys. zł. Urządzenie jest zautomatyzowane i wyposażone w kamerę HD oraz oprogramowanie wykorzystujące algorytmy sztucznej inteligencji. Sortuje jabłka według wielkości, koloru i widocznych uszkodzeń.

Przy dużym zamówieniu obsługują ją nawet cztery osoby. Posortowanie jednej skrzyni zajmuje około 20 minut. Przy mniejszej liczbie zamówień pracę może wykonać jedna osoba.

Sok, sprzedaż lokalna i unikanie pośredników

Od kilku lat część jabłek jest tłoczona na sok w pobliskiej firmie. Pięciolitrowe opakowanie w kartoniku kosztuje 37 zł, a sam worek z sokiem - 30 zł.

Ceny jabłek zależą od odmiany i jakości. Wynoszą od 2 do 4 zł za kilogram. Owoce trafiają na bazary i do sklepów, ale nie do supermarketów.

- Wstępne rozmowy dotyczyły dostaw jabłek o średnicy 8–9 centymetrów. Co mielibyśmy zrobić z pozostałymi owocami? Do tego dochodziły odległe terminy płatności, dlatego nie zdecydowaliśmy się na współpracę - mówi Szymon Celmer.

Sadownicy starają się sprzedawać jak najwięcej bez pośredników.

- Jesteśmy małymi przedsiębiorcami, ale dajemy sobie radę. Liczę, że w tym roku uda nam się sprzedać bezpośrednio około 40 proc. zbiorów. Staramy się nie produkować jabłek przemysłowych. Cena 50 groszy za kilogram, szczególnie w takim roku jak ten, jest dla nas bardzo trudna do zaakceptowania - dodaje Szymon Celmer.

Jabłkomat przy wjeździe do gospodarstwa

Przy bramie stoi jabłkomat, którego zakup kosztował około 50 tys. zł netto. Inwestycję zrealizowano w ramach programu „Rolnictwo 4.0”, uzyskując dofinansowanie.

- Pierwsze jabłkomaty zobaczyliśmy na spotkaniach branżowych i zaczęliśmy się zastanawiać, czy taki sposób sprzedaży sprawdzi się u nas. Już po miesiącu wiemy, że to był dobry pomysł. Pojawiają się nowi klienci, którzy przyjeżdżają po świeże jabłka prosto od sadownika. Zakup jest szybki i prosty, a my zyskujemy nowych odbiorców i nie musimy organizować dodatkowej obsługi - mówi Jakub Celmer.

Jabłkomat nie wymaga dodatkowego chłodzenia, ponieważ jego zawartość jest na bieżąco uzupełniana. Sezon sprzedaży trwa do marca lub kwietnia.

Bracia organizują także jabłkobranie, czyli samodzielne zbieranie owoców przez klientów. Wydarzenie odbywa się pod koniec sezonu i przyciąga wielu zainteresowanych. Korzystają na nim zarówno sadownicy, jak i amatorzy jabłek.

Grad, susza i uważne czytanie umów

Jednym z największych wyzwań w sadownictwie pozostaje nieprzewidywalna pogoda: gradobicia, susze i przymrozki.

- W tym roku po raz pierwszy ubezpieczyliśmy się od gradobicia. Trzeba jednak dokładnie czytać umowy, zwłaszcza to, co jest napisane drobnym drukiem. Mieliśmy około 30 proc. strat, a odszkodowanie wyniosło około 10 tys. zł. Nie doczytaliśmy informacji o współczynnikach przeliczeniowych i byliśmy zaskoczeni wysokością wypłaty, zwłaszcza że ubezpieczenie kosztowało 12 tys. zł. Na szczęście zakwalifikowaliśmy się do dofinansowania - mówi Szymon Celmer.

Czy można utrzymać się z sadownictwa?

- Oczywiście, że można - odpowiada Jakub Celmer. - Dotknęły nas problemy, z którymi mierzą się też inni sadownicy, zwłaszcza małe i średnie gospodarstwa. Chodzi między innymi o niskie ceny skupu. Dlatego postanowiliśmy pójść własną drogą i spróbować sprzedawać nasze owoce samodzielnie. Trzeba być kreatywnym i szukać rozwiązań.

Jak podkreśla, sadownicy stawiają na bezpośredni kontakt z klientami, jabłkobranie, jabłkomat i niewielkie przetwórstwo.

- To pozwala nam spiąć finansowo to, co robimy - podsumowuje.

Tekst i zdjęcia: Anna Malinowski

Realizacja i montaż: Michał Heluszka

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
22. październik 2026 15:24