W Skrzeszewie w powiecie koszalińskim w woj. zachodniopomorskim rodzina prowadzi niespełna 4-hektarowy sad. Jest tu około 60 rzędów drzew, choć część została już wycięta. Sad ma około 25 lat, ale historia gospodarstwa sięga jeszcze wcześniejszych pokoleń. Prowadził go brat dziadka Damiana.
Dziś przy pracach pomagają rodzice, ciocia, wujek i Damian. Rodzina ma również około 12 ha pszenicy i rzepaku. Nie prowadzi produkcji zwierzęcej.
40 groszy za kilogram
Największym problemem jest dziś cena. Za jabłka przemysłowe sadownik może dostać około 40 groszy za kilogram. Zdaniem Damiana, żeby sprzedaż tzw. spadów miała ekonomiczny sens, cena powinna wynosić co najmniej około 1,50 zł/kg.
– Problemem jest przede wszystkim cena i proporcje tego, co trzeba włożyć w sad. Czyli kosztów produkcji do zysków – mówi rolnik.
Jak twierdzi, od czasu pandemii i inflacji koszty produkcji wzrosły kilkukrotnie, podczas gdy ceny jabłek pozostawały na podobnym poziomie.
– Po koronawirusie zaczęła się inflacja i wszystko drożało, a cena jabłek dalej się tak samo trzymała, choć koszty produkcji były już razy trzy – mówi Damian.
Samo przycinanie drzew kosztuje rodzinę ponad 12 tys. zł. Do tego dochodzą środki ochrony roślin, paliwo, zbiór, opakowania i transport.
Rodzina sama zbiera jabłka
Przy zbiorach pracuje cała rodzina.
– Każdy ma swoje lata, każdego coś boli – mówi Damian.
Zatrudnianie pracowników oznaczałoby jednak dodatkowy koszt, którego przy obecnych cenach jabłek trudno byłoby pokryć.
– Gdybym miał kogoś zatrudnić do zbierania jabłek, to uzbierałby paletę jabłek i to, co bym za dniówkę zapłacił, to bym nawet nie sprzedał tych jabłek za tyle – tłumaczy sadownik.
Sortownia potrzebna, ale za droga
Większe możliwości dawałaby sprzedaż jabłek deserowych. Problemem są jednak inwestycje.
– Trzeba mieć sortownię, trzeba zatrudnić pracowników, żeby te jabłka przebierać rozmiarami, pakować w skrzynki, mieć swój samochód, transport i rozwozić – wyjaśnia Damian.
Rodzina nie ma pieniędzy na taką inwestycję. Budowa sortowni oznaczałaby konieczność zaciągnięcia kredytu.
Jabłka sprzedają prosto z gospodarstwa
Dlatego w tym roku rodzina mocniej postawiła na sprzedaż bezpośrednią. Przy gospodarstwie działa samoobsługowe stoisko. Jabłka są pakowane w worki po około 10–11 kg i kosztują 30 zł. Mniejsze lub gorsze jakościowo owoce można kupić taniej – około 20 zł za 10 kg, m.in. na sok.
Klient może zapłatę zostawić w przygotowanym pojemniku albo przesłać BLIK-iem. Rodzina kilka razy dziennie sprawdza stoisko i dokłada świeże owoce.
– Codziennie, na bieżąco zrywamy i dokładamy świeże jabłka – mówi Damian.
Te jabłka zrywane są prosto z drzew, to nie owoce z poprzedniego sezonu przechowywane w chłodni.
Na skrzynki i palety rodziny niestety również nie stać.
– Nie mamy nawet w co zbierać, bo palety przegniły, rozleciały się i nie ma za co desek kupić – mówi.
Rodzina promuje sprzedaż także w mediach społecznościowych. Prowadzi profil Sad Skrzeszewo na Facebooku, gdzie informuje o dostępnych odmianach i sprzedaży jabłek.
Giełda w Koszalinie się nie opłacała
Kilka sezonów wstecz jabłka z sadu trafiały także na giełdę w Koszalinie, oddaloną o około 17 km od gospodarstwa.
– Wcześniej jeździliśmy na giełdę, do Koszalina, na rynek, no ale zostawało nam między 80 a 200 zł po odliczeniu kosztów – wspomina Damian.
Wyjazd oznaczał nie tylko transport i opłatę za miejsce na giełdzie, ale przede wszystkim czas. Damian zwraca też uwagę, że na giełdzie często trudno było spotkać samych sadowników. Jego zdaniem część osób kupowała owoce od producentów i później odsprzedawała je klientom.
Rodzina próbowała również przekazywać jabłka bezpłatnie. Damian dał sześć skrzynek owoców do szkoły dla dzieci.
Nie robią własnych przetworów
Rodzina nie produkuje własnych przetworów. Jak wyjaśnia Damian, wymagałoby to odpowiedniego pomieszczenia, wyposażenia oraz spełnienia wymagań sanitarnych i formalnych. Kolejna inwestycja nie jest dziś dla gospodarstwa realna.
Żeby gospodarstwo mogło się rozwijać, trzeba inwestować. A żeby inwestować, najpierw musi zostać dochód.
W sadownictwie rachunek jest jednak bezlitosny: przy obecnej cenie za jabłka przemysłowe, nawet sprzedaż kilku ton nie daje pieniędzy, które można przeznaczyć na rozwój gospodarstwa. Tymczasem koszty wciąż rosną, więc przy takiej relacji ceny do kosztów trudno odłożyć na nową sortownię, maszyny czy inne niezbędne inwestycje.
Bez dochodu nie ma inwestycji, a bez inwestycji coraz trudniej obniżać koszty i konkurować na rynku.
Rok temu stracili 80 proc. plonu
Poprzedni sezon był znacznie trudniejszy. Według Damiana przymrozki zniszczyły około 80 proc. plonu. Rodzina złożyła dokumenty dotyczące pomocy. Straty w sadzie oszacowano na niecałe 3 tys. zł. Tegoroczny plon jest znacznie lepszy.
– W tym roku lepiej obrodziło, tylko żeby to się po prostu sprzedawało – mówi Damian.
Część sadu już wycięli
Cały sad nie został jeszcze przeznaczony do likwidacji, ale część drzew już usunięto, m.in. z powodu chorób.
– Kilkadziesiąt rzędów jest wyciętych, bo chorowały drzewa. Także już jest w małej części zlikwidowany, bo tam jest zaorane i zasiane – mówi Damian.
Jeżeli pozostała część również zostanie wycięta, ziemia może zostać przeznaczona pod trawę. Ale, samo usunięcie sadu również wymaga pracy i pieniędzy.
– Trzeba powycinać, korzenie powyrywać. To są miesiące pracy – mówi.
Ligol, Topaz, Renety i Lisa
W sadzie rosną m.in. Ligol, Topaz, Renety, Bohemia i Lisa. Bohemia jest odmianą wcześniejszą, dlatego nie nadaje się do bardzo długiego przechowywania. Rodzina zbiera ją i sprzedaje na bieżąco. Damian szczególnie chwali Ligola.
– Ligol, jak się gryzie, to aż widać, jak sok leci – mówi.
Topaz jest bardziej kwaśny i dobrze nadaje się do przetworów. Lisa wyróżnia się ciemną skórką i jasnym, chrupiącym miąższem.
25 lat pracy może się skończyć
Decyzja o likwidacji całego sadu nie została jeszcze ostatecznie podjęta. Rodzina chce najpierw zobaczyć, jak zakończy się tegoroczna sprzedaż. Damian wyraźnie podkreśla jednak, że chciałby kontynuować produkcję.
– Chciałbym prowadzić sad, ale żeby to po prostu mi się opłacało – mówi.
Na razie rodzina będzie sprzedawać jabłka tak długo, jak pozwolą na to warunki.
– Do wyczerpania. Będziemy wykładać jabłka, dopóki nie będzie ujemnych temperatur – mówi Damian.
Są drzewa, jest rodzina i jest praca. Pytanie brzmi jednak, czy przy cenie około 40 groszy za kilogram jabłek produkcja nadal może się opłacać? Jeśli nie, 25-letni rodzinny sad może zostać zlikwidowany.
Agnieszka Sawicka
