O chuście łęczyckiej usłyszałam po raz pierwszy podczas tegorocznych dożynek gminy Grabów w Pieczewie. Na jednym ze stoisk rozsiadło się koło gospodyń z pobliskich Chorek. Jego przewodnicząca – Dorota Subocz – występowała tam w łęczyckim pasiaku i, opowiadając o stroju łęczyckim, wspomniała o jego nieodłącznym elemencie, czyli chuście łęczyckiej, zwanej też kamelową. Nie miała przy sobie chusty, ale wspomniała o mieszkającej nieopodal twórczyni, która takie chusty odtwarza. Bo chusta łęczycka na całe dekady zniknęła z krajobrazu.
Chusta łęczycka jest dziergana, ale w dotyku sprawia wrażenie tkanej
Twórczynią okazała się 75-letnia Urszula Dębowska. Odwiedziliśmy ją niedawno i wypytaliśmy o tajniki produkcji niezwykłego nakrycia głowy.
O chustach kamelowych wiedziałam tyle, że były robione z kameli, czyli wielbłądziej wełny. I że wzdłuż brzegów zdobione były koronkowymi „zębami”. Oglądane na zdjęciach sprawiały wrażenie uszytych z wełnianej tkaniny i zdobionych szydełkiem. Kiedy wzięłam do ręki pierwszą z tych, które Urszula przygotowała, byłam przekonana, że środek chusty jest tkany.
– Ależ skąd! To wszystko robione na szydełku! Tylko tak gęsto, że robi wrażenie tkania. Ten gęsty środek nazywa się „stołem” chusty. A potem robi się dookoła „zęby”. To mozolna robota. Ostatnią chustę robiłam całą zimę, jakieś trzy miesiące, pracując w każde popołudnie po kilka godzin. Czasem dekorowano wzorem w „pawie oczka”, który jest dużo łatwiejszy i mniej czasochłonny. Mam w tej chwili dwie chusty – kremową i popielatą. Czy sprzedam? Nie sprzedaję, na razie daję w prezencie – sprezentowałam już córkom i wnuczkom. Moją zakładam na szczególne okazje. Można ją nosić na ramionach, na przykład na sukience. A zimą na kurtce. Albo na żakiecie. Kiedy mnie ludzie zobaczą w chuście, zatrzymują i pytają: „A co, a jak?” – mówi Urszula i dodaje, że tradycyjne kolory chust to kremowy i czarny.
W Polsce koronką widełkową robi się tylko chusty łęczyckie
Zrobić „stół” to jedno. Potem zaczynają się schody. Bo kwiatowe koronkowe meandry powstają nie tylko z pomocą szydełka. Potrzebne są jeszcze widełki, czylki dwa równoległe pręty połączone ze sobą u góry i u dołu. Technika widełkowa znana była na pewno w XIX wieku, a legenda mówi, że koronkę widełkową wynalazła w XVI wieku królowa Katarzyna Aragońska, pierwsza żona Henryka VIII, króla Anglii. W Polsce tę koronkę kojarzy się wyłącznie z łęczycką chustą kamelową.
Chusty łęczyckie robiły chuściory z ulicy Dominikańskiej
Skąd ona się w ogóle wzięła? Jak czytamy w publikacji wydanej dwadzieścia lat temu w ramach projektu, który miał na celu odtworzenie chusty łęczyckiej, szczyt jej popularności przypadł na koniec wieku XIX i pierwsze dekady wieku XX. To, co udało się ustalić na pewno, to fakt, że przed 1939 rokiem wyrobem chust zajmowały się kobiety mieszkające w Łęczycy przy ulicy Dominikańskiej. Nazywano je „chuściorami” i widywano szydełkujące przed domami w letnie wieczory. Wiadomo, że jeśli pracowało się codziennie wyłącznie nad chustą, można ją było wykonać w osiem tygodni. „Stół” zajmował cały miesiąc.
– Kiedy rekrutowano do projektu, sądziłam, że środek chusty robi się z tkaniny i tylko ją obszydełkowuje. Kiedy okazało się, że jest dziergany, chciałam się wycofać, ale mi nie pozwolono. Przekupywano mnie nawet grubszą nicią, żeby było łatwiej i szybciej – żartuje Urszula.
Na chustę kamelową potrzeba było pół kilograma przędzy
Na chustę potrzeba było pół kilograma przędzy. Kupowano ją w dwóch z wielu żydowskich sklepów w Łęczycy – u Mariantzowej i Rabinowiczowej. Wełna nie była tania – pół kilograma kosztowało 7 zł. Za tyle można było kupić mniej więcej 20 kg chleba. Gotowa chusta przed wojną kosztowała około 35 zł. Była to równowartość prosiaka, kilkunastu dni pracy przeciętnego robotnika albo miesięcznego wynagrodzenia gospodyni domowej. Chusty zamawiały więc zamożne gospodynie z podłęczyckich wsi. Zakładały je na czepce przewiązane jedwabnicami i spinane broszką pod brodą. Później noszono je, puszczając rogi luźno, a na końcu – na ramionach, dla ozdoby. Nabywało się je na jarmarkach albo na targu, ale częściej robiono je na zamówienie, czyli tzw. stalunek.
Po wojnie chusty noszono coraz rzadziej. W 1978 roku Muzeum w Łęczycy ze Spółdzielnią Rękodzieła Ludowego i Artystycznego „Sztuka Ludowa” w Łodzi zorganizowało konkurs, w którym pierwsze miejsce zajęła Helena Jackiewicz, która zaczynała robić chusty w latach 20. XX wieku pod okiem babci.
Bardzo droga chusta stała sie obiciem taboretu
Tradycja wyrobu chust zaniknęła na początku lat 80. XX wieku. Urszula pamięta swoją mamę i jedną z babć w chuście.
– W latach osiemdziesiątych nikt tu już nie nosił chust. Może nawet młodsze pokolenie miało jakieś w szafach, ale nie miało pojęcia, że są cenne. Kiedyś koleżanka podarowała swojej ciotce chustę. Kiedy dowiedziała się, przy okazji projektu, że to jest tak wartościowa rzecz, chciała odkupić ją od ciotki. Okazało się jednak, że ciocia zrobiła sobie z niej obicie na taboret – wspomina Urszula i dodaje, że Muzeum w Łęczycy po wojnie skupowało chusty.
Urszula w dzieciństwie uwielbiała robótki ręczne
Urszula nie miała rodzeństwa, więc zostało jej przejęcie po rodzicach gospodarstwa w Budkach. Uprawiała w nim wszystkiego po trochu, później głównie cebulę. Urodziła trzy córki. W międzyczasie zajmowała się z doskoku robótkami ręcznymi.
– Zdolności odziedziczyłam chyba po ojcu, który pięknie malował, robił portrety. A on odziedziczył talent po mamie, bo babcia robiła sama płótno, a potem szyła z niego koszule. Interesowały mnie zawsze robótki ręczne. Działałam w Stowarzyszeniu Kobiet Ziemi Łęczyckiej i zgłosiła się do nas w 2005 roku Anna Dłużewska-Sobczak z Muzeum w Łęczycy z propozycją projektu odtworzenia chusty łęczyckiej. Zebrało się nas kilka, przeszłyśmy szkolenie w Łęczycy i w Łodzi i zaczęłyśmy szydełkować – wspomina Urszula.
Na chustę łęczycką mogły sobie pozwolić tylko bardzo bogate kobiety
Urszula robi chusty z wełny, ale woli z kordonka. Bardziej z tego bardziej tępego niż śliskiego. Zrobiła już sześć chust, siódma właśnie się robi i będzie mniej typowa – ciemnobrązowa.
– Komuś sprezentuję, może kolejnej wnuczce, może na prezent ślubny. Robię zwykle od rana i kończę przed zmrokiem, bo oczy już nie te. Głównie jesienią i zimą, bo latem nie bardzo się chce szydełkować – mówi Urszula.
Wybraliśmy się jeszcze do muzeum w Łęczycy, żeby zobaczyć przedwojenną czarną chustę i posłuchać o tym, czym chusty były dla łęczycanek.
– Chusty miały dwa kolory: czarny i biały, który z czasem stawał się ecru. Są tradycyjnym elementem zimowego łęczyckiego stroju ludowego, ale mogły się nimi cieszyć tylko bardzo bogate kobiety, które nazywano „bogolichami”. Bardzo często chusta była prezentem ślubnym, który matka chrzestna kupowała swojej chrześniaczce, kiedy ta wychodziła za mąż. Dlatego chusty kamelowe zwano też chustami weselnymi. W 2006 roku powstał projekt realizowany przez Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi oraz Muzeum w Łęczycy, który miał na celu reaktywować produkcję chust i nauczyć mieszkanki regionu ich wytwarzania, ale chcieliśmy też, by chusta stała się produktem regionalnym. W czasie projektu powstały chusty z różnych gatunków nici i w różnych kolorach – czerwone, fioletowe, a nawet srebrne i złote. Z naszego muzeum uczestniczyło dziewięć pań, z Łodzi – jedenaście. Na wystawach poprojektowych eksponowanych było ponad dwadzieścia chust – wyjaśniała Anna Dłużewska-Sobczak, która jest też wraz z Alicją Woźniak z muzeum w Łodzi autorką publikacji „Łęczyckie chusty kamelowe”, zawierającej kompletne instrukcje, jak wykonać chustę. Program powstał w celu odtworzenia i zachowania umiejętności tworzenia chust, przypomnienia łęczyckich tradycji i odtworzenia miejscowego wzornictwa.
Dziś chusty kamelowe robi kilka kobiet z okolic Łęczycy
Dziś w okolicach Łęczycy chusty są robione na sprzedaż dla koneserów i wszystkich chcących mieć nie tylko wyjątkową, ale też funkcjonalną pamiątkę z regionu.
– Nasza oferta chusty jako produktu regionalnego była skierowana od razu do zamożnego nabywcy. Do klientek, które cenią sobie prace oryginalne, rękodzielnicze, w tym do nabywczyń z zagranicy. Na początku ceny były przerażające, ale teraz są niższe, można je nawet negocjować – podsumowuje Anna Dłużewska-Sobczak.
Karolina Kasperek
