Jak wyjaśniają Stanisław Baliński oraz Wojciech Malec, reprezentanci Zachodniopomorskiej Izby Rolniczej na terenie powiatu drawskiego, zasady rozdysponowania gruntów zostały wcześniej wypracowane wspólnie przez rolników, izbę rolniczą oraz KOWR podczas licznych spotkań konsultacyjnych. Dyrektor oddziału terenowego KOWR w Koszalinie na wniosek Rady Społecznej, po wcześniejszych konsultacjach z rolnikami zainteresowanymi restrukturyzacją gruntów podjął decyzję, że 70% gruntów jest rozdysponowywana w postaci przetargów ofertowych a 30% przetargów licytacyjnych. Jest to zasada, która dotyczy dużych restrukturyzacji obejmujących ponad 300 hektarów.
– KOWR stara się dzielić grunty na działki o powierzchni około 20 hektarów, choć nie zawsze jest to możliwe ze względu na ukształtowanie terenu i lokalne warunki. Podczas konsultacji społecznych rolnicy generalnie akceptowali taki model podziału i nie zgłaszano oficjalnych wniosków o zmianę proporcji między przetargami ofertowymi a licytacyjnym – mówi Stanisław Baliński.
Migracja przetargowa
Damian Pacek, rolnik z gminy Drawsko Pomorskie, uczestniczy zarówno w przetargach ofertowych, jak i licytacyjnych.
– Mimo braku zmian w systemie punktacji, poziom punktów wymaganych do wygrania przetargu ofertowego wzrósł. W poprzednim roku wystarczały 72 punkty, natomiast obecnie konieczne są co najmniej 73 punkty. W mojej ocenie oznacza to pojawienie się nowych uczestników przetargów, którzy wcześniej nie brali udziału i obecnie uzyskują bardzo wysokie wyniki punktowe – zaznacza Pacek.
Damian Pacek zwraca uwagę na zjawisko, które określa mianem „migracji przetargowej”. Opisuje sytuacje, w których rolnicy z miejscowości oddalonych nawet o około 200 kilometrów, meldowali się na terenie powiatu drawskiego na około miesiąc przed przetargami, aby uzyskać dodatkowe punkty związane z miejscem zamieszkania i spełnić kryteria formalne.
– Przepisy, szczególnie w przypadku młodych rolników poniżej 41. roku życia, nie określają bowiem obecnie minimalnego okresu zameldowania wymaganego przed udziałem w przetargu – tłumaczy nasz rozmówca.
O problemie z uzyskaniem wymaganej liczby punktów do wygrania przetargu ofertowego mówi także Sławomir Tyrański, rolnik z powiatu drawskiego.
– Mimo tego, że prowadzę gospodarstwo i mam 60 sztuk mamek, nie udało mi się wygrać żadnego przetargu. Liczba punktów uzyskanych dzięki produkcji zwierzęcej była niewystarczająca. Problemem okazały się między innymi kryteria odległości gospodarstwa od działek – zaznacza Tyrański.
Obaj nasi rozmówcy zmuszeni są więc do startowania w przetargach licytacyjnych, ale i w tym przypadku istnieje możliwość korzystania z podstawionych osób lub znajomych.
Licytacja to konieczność
Ze względu na problem z uzyskaniem odpowiedniej liczby punktów do uczestnictwa w przetargach licytacyjnych zmuszony jest też Jacek Kołata, który gospodarzy także na terenie powiatu drawskiego.
– Staram się stale rozwijać swoje gospodarstwo, jednak w mojej gminie nie prowadzono restrukturyzacji gruntów, przez co jestem zmuszony startować w przetargach organizowanych w sąsiednich gminach. Z tego powodu jednak tracę punkty za odległość gospodarstwa od oferowanych działek, co pozbawia mnie szansy na wygrywanie przetargów ofertowych. W moim przypadku przetargi licytacyjne są więc jedyną realną możliwością powiększenia areału – komentuje Kołata.
Zdaniem Kołaty zasady punktacji związanej z produkcją zwierzęcą w przetargach ofertowych, niesprawiedliwie premiują rolników prowadzących tzw. tucz kontraktowy, głównie w produkcji trzody chlewnej. Osoby prowadzące taki model działalności uzyskują wysoką punktację i często wygrywają przetargi, a hodowcy prowadzący hodowlę w cyklu zamkniętym albo w oparciu o prosięta z zakupu, przegrywają.
Nie mamy z nimi szans
Paweł Żygota z powiatu łobeskiego uczestniczy zarówno w przetargach ofertowych, jak i licytacyjnych, a jego gospodarstwo znajduje się blisko granicy dwóch powiatów, przez co startuje również w powiecie drawskim. Wspólnie ze Sławomirem Tyrańskim oraz Emilią Bogdanowicz (rolniczką z powiatu drawskiego) krytykują podbijanie czynszów na licytacjach, które eliminuje z wygranej słabszych rolników prowadzących gospodarstwa w pobliżu wystawianej do przetargu działki.
– Dla gospodarstw zajmujących się hodowlą bydła ziemia jest niezbędna do produkcji paszy i utrzymania stad, dlatego szczególnie bolesne jest, gdy działki znajdujące się blisko gospodarstw są przejmowane przez osoby podbijające stawki. Wiele osób rezygnuje z udziału, ponieważ stawki osiągają poziom ekonomicznie nieuzasadniony, zdarza się, że czynsze osiągają poziom dwóch i pół lub trzech tysięcy złotych – zaznacza Tyrański.
Tyrański obawia się, że przy przedłużaniu umów dzierżawnych KOWR zacznie stosować średnie stawki wyliczane na podstawie obecnych rekordowych licytacji. To mogłoby doprowadzić do gwałtownego wzrostu kosztów dzierżawy dla wszystkich gospodarstw, także tych, które dotąd funkcjonowały przy znacznie niższych czynszach.
Emilia Bogdanowicz sugeruje, że według części rolników problemem nie są same przetargi licytacyjne, lecz konkretne osoby, które – ich zdaniem – przychodzą na licytacje niekoniecznie po to, aby zdobyć ziemię, ale by podbijać czynsze innym uczestnikom.
Dzielą gospodarstwa i startują do przetargów
– Problem pojawia się zwłaszcza przy niewielkich działkach położonych bezpośrednio przy gospodarstwach lokalnych rolników. Jeśli rolnik ma działkę „pod domem” i nie ma wielu konkurentów, mógłby dzierżawić ją za umiarkowaną stawkę. Tymczasem przyjeżdża ktoś z sąsiedniej gminy lub dalszego terenu i podnosi czynsz, mimo że nie ma logicznego uzasadnienia, aby interesować się niewielką działką położoną daleko od własnego gospodarstwa – tłumaczy Paweł Żygota.
Rolnik wskazuje na sytuacje, w których do licytacji niewielkich działek – na przykład 12- lub 15-hektarowych – przystępują rolnicy dysponujący ogromnymi areałami, sięgającymi nawet kilkuset czy ponad tysiąca hektarów. Co prawda KOWR nie dopuszcza do przetargów osób posiadających ponad 300 hektarów, ale w praktyce areały są rozdzielane formalnie pomiędzy członków rodziny – córki, synów czy innych krewnych – tak aby każda osoba formalnie mieściła się poniżej ustawowego limitu 300 hektarów.
– Mały rolnik gospodarujący na 10 czy 50 hektarach nie ma realnych szans konkurować finansowo z tak dużym podmiotem – komentuje Żygota.
– Właśnie o ten problem głównie chodzi w sporze dotyczącym licytacji – podkreśla Emilia Bogdanowicz.
W jej ocenie warto by było, aby KOWR rozważył wprowadzenie maksymalnej dopuszczalnej stawki czynszu. Jej zdaniem taki „sufit” pozwoliłby zachować szanse mniejszych gospodarstw i ograniczyć sytuacje, w których wygrywają wyłącznie osoby gotowe zaoferować bardzo wysokie stawki.
Wygrywa ten, kto da więcej
Berenika Leszczuk, rolniczka z gminy, uczestniczy głównie w przetargach licytacyjnych, ponieważ obecne kryteria przetargów ofertowych praktycznie uniemożliwiały jej zdobycie ziemi.
– Specyfika przetargów licytacyjnych polega właśnie na konieczności zaoferowania najwyższej stawki czynszu. Średnie stawka czynszu w przetargu licytacyjnym to około 16 dt pszenicy wobec około 4 dt w ofertowych. Skoro przetarg ma charakter licytacyjny, uczestnicy naturalnie będą proponowali możliwie najwyższe stawki, aby wygrać – komentuje Leszczuk.
Rolniczka opowiada się za dalszym organizowaniem obu typów przetargów, ale jednocześnie uważa, że system ofertowy wymaga poważnego uszczelnienia i zmiany kryteriów. Odwołuje się do prac prowadzonych na poziomie parlamentarnym, wspominając posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Ochrony Produkcji i Rozwoju Produkcji Rolnej w Polsce, gdzie omawiano propozycje reform.
Ten system trzeba uszczelnić
Leszczuk krytykuje nie tylko możliwość meldowania się przez osoby spoza regionu krótko przed przetargiem oraz korzystanie z preferencji przewidzianych dla młodych rolników, ale także sposób punktowania produkcji zwierzęcej.
– Obecnie można uzyskać wysoką liczbę punktów dzięki symbolicznej produkcji, na przykład posiadając jedną krowę i jeden hektar ziemi. Taki układ pozwala osiągnąć korzystny wskaźnik DJP do hektarów, mimo że faktyczna skala produkcji jest minimalna. Uczestnicy, którzy uzyskują ziemię dzięki punktom za produkcję zwierzęcą, powinni być zobowiązani do proporcjonalnego zwiększania produkcji po otrzymaniu nowych gruntów. Niedopuszczalna jest sytuacja, w której ktoś zdobywa dodatkowe 30 hektarów, nadal posiadając tylko jedną krowę, mimo że właśnie dzięki tej produkcji uzyskał wysoką punktację – podkreśla rolniczka.
Twardych dowodów na to, że takie sytuacje miały miejsce jednak nie ma.
Nasza rozmówczyni opisuje też przypadki osób zameldowanych w blokach mieszkalnych w mieście, które mimo to otrzymywały punkty za bliskość do działki rolnej. Według niej punktacja powinna uwzględniać wyłącznie rzeczywistą siedzibę gospodarstwa rolnego – miejsce, gdzie znajdują się maszyny, budynki gospodarcze czy produkcja zwierzęca – a nie sam formalny adres zameldowania.
Rolniczka krytykuje także sposób liczenia odległości od najmniejszych działek należących do gospodarstwa. Podaje przykład sytuacji, w której rolnik posiadający niewielką kilkuarową działkę położoną bliżej przetargowej nieruchomości otrzymuje więcej punktów niż rolnik mający znacznie większe gospodarstwo położone nieco dalej.
Sławomir Tyrański zwraca jednak uwagę, że zbyt rygorystyczna weryfikacja mogłaby wykluczyć bardzo wielu młodych lub początkujących rolników.
– Wielu rolników zaczynało praktycznie „od ogródka” i dzięki stopniowemu rozwojowi doszło do obecnej skali działalności. Nie można więc automatycznie zakładać, że małe gospodarstwo oznacza brak realnych planów rozwoju – twierdzi Tyrański.
Berenika Leszczuk podnosi, że województwo zachodniopomorskie jest bardzo zróżnicowane pod względem dostępności gruntów z zasobu KOWR.
– Są gminy, takie jak Kalisz Pomorski, gdzie gruntów państwowych jest dużo, ale istnieją też rejony, gdzie praktycznie nie ma już działek do rozdysponowania. W takich miejscach rolnicy są zmuszeni szukać ziemi w sąsiednich gminach i pokonywać nawet kilkanaście kilometrów, aby rozwijać gospodarstwo. Moim zdaniem, zbyt daleko idące ograniczenia lokalizacyjne wyeliminowałyby część rolników z możliwości rozwoju – komentuje rozmówczyni.
Jacek Kołata zgadza się z tym. Wyjaśnia, że wszystkie jego dzierżawy z KOWR znajdują się w sąsiednich gminach,
– W moje rodzinnej gminie dawne grunty po PGR-ach zostały wykupione przez duże podmioty i praktycznie nie ma już państwowej ziemi do rozdysponowania – mówi rolnik.
Berenika Leszczuk sprzeciwia się sytuacji, w której duże, efektywnie działające gospodarstwo zostałoby całkowicie zablokowane w rozwoju tylko dlatego, że pojawiają się nowe, bardzo małe gospodarstwa rozpoczynające działalność od jednego hektara.
Zaostrzyć kontrole po przetargach
Rolnicy uważają, że należałoby sprawdzać, czy osoba, która wylicytowała działkę, rzeczywiście ją uprawia. Zdarzają się sytuacje, w których ziemię formalnie bierze jedna osoba, ale faktycznie użytkuje ją ktoś inny.
– KOWR powinien co kilka lat wymagać od dzierżawców przedstawienia dowodów rzeczywistej produkcji rolnej, np. dokumentów potwierdzających sprzedaż zbóż lub innych płodów rolnych z danego areału. Obecnie część osób jedynie symbolicznie obsiewa pola, wykonuje minimalne zabiegi uprawowe i pobiera dopłaty, nie prowadząc realnej produkcji. Jest to tzw. „uprawa pod talerzówkę” – komentuje Paweł Żygota.
Sławomir Tyrański potwierdza ten problem, podając przykład gospodarstw prowadzących hodowlę bydła, które mają trudności z pozyskaniem odpowiedniej ilości paszy, podczas gdy część gruntów jest jedynie formalnie utrzymywana bez rzeczywistego wykorzystania produkcyjnego.
– Zdarzają się przypadki, gdy osoba dzierżawiąca ziemię nie posiada nawet własnego sprzętu, a ziemię uprawia ktoś zupełnie inny, co jej zdaniem jest niesprawiedliwe wobec aktywnych rolników – wskazuje Emilia Bogdanowicz.
W ocenie Bereniki Leszczuk, kontrole KOWR dotyczące prowadzenia działalności rolniczej przez dzierżawców, którzy wygrywają przetargi, są w dużej mierze iluzoryczne i skupiają się na sprawach mało istotnych z punktu widzenia rzeczywistego gospodarowania ziemią.
– KOWR sprawdza opłacenie podatku rolnego, które nie ma większego znaczenia dla oceny, czy ktoś realnie prowadzi działalność rolniczą. Kontrole powinny koncentrować się przede wszystkim na tych aspektach, które rzeczywiście budzą największe wątpliwości, zwłaszcza na faktycznej produkcji rolnej i użytkowaniu ziemi – komentuje rolniczka.
Dialog i zmiany sa konieczne
Nasi rozmówcy jednogłośnie twierdzą, że zarówno przetargi ofertowe, jak i licytacyjne wymagają większych obostrzeń oraz bardziej sprawiedliwych zasad. Część problemów wynika też z braku dialogu i wzajemnych ustaleń między uczestnikami przetargów, którzy często wchodzą sobie w drogę zamiast próbować współpracować.
Zdaniem cytowanych wyżej przedstawicieli ZIR, współpraca pomiędzy samorządem rolniczym a KOWR-em układa się dobrze, a dyrekcja oddziału terenowego w Koszalinie bierze pod uwagę uwagi zgłaszane przez środowisko rolnicze. Przy tak dużej liczbie przetargów ujawniły się jednak niedoskonałości systemu kwalifikacji uczestników, co trzeba pilnie doprecyzować.
Magdalena Szymańska
