Pocisk spadł 4 km od domu rolników
Monika i Marek Frankowscy prowadzą gospodarstwo rolne w miejscowości Tarnawa Mała (gm. Turobin). Rolnicy specjalizują się w produkcji mleka i utrzymują 40 szt. krów mlecznych. Jak relacjonuje rolniczka, pocisk spadł na działkę 30 lipca br. ok. godz. 3.45. Już świtało, kiedy cała wioska została postawiona na równe nogi, choć do Tarnawy-Kolonii są 4 km.
– Mamy maleńkie dziecko, więc nigdzie z mężem nie pojechaliśmy, ale brat pojechał mniej więcej w to miejsce. Na początku ciężko było cokolwiek znaleźć. Cała wieś została postawiona na równe nogi. Chwilę później okazało się, że pocisk spadł na nasze pole – mówi Frankowska.
Rolniczka nie zgadza się również z informacjami podawanymi przez ogólnopolskie media. Jak mówi, najbliższe zabudowania mieszkalne nie znajdują się w odległości ok. 2 km od upadku pocisku, a zaledwie 500-600 m w linii prostej.
Rolniczka: „Dziura po pocisku ma raczej ok. 20 m”
Jak wynika z dotychczasowych ustaleń prokuratora, na które powołuje się portal wp.pl, krater powstały po upadku pocisku ma 10 m szerokości i 5 m głębokości. Zniszczenia powstały w uprawie rzepaku na polu liczącym 3,2 ha. Zdaniem rolniczki to niemożliwe, że dół ma jedynie 10 m szerokości.
– Możemy ocenić wielkość dziury po odległości między ścieżkami technologicznymi. Opryskiwacz ma 21 metrów, a dziura jest od ścieżki do ścieżki, więc ma raczej ok. 20 metrów, a mówią, że to 10 metrowy lej. Nie możemy uwierzyć, że ten pocisk w ogóle wleciał do Polski – relacjonuje.
Strata z uprawy rzepaku to nawet 40 tys. zł
Po tym, jak o upadku pocisku dowiedziały się służby, na miejsce przyjechało wojsko i żandarmeria wojskowa. Frankowska przyznaje, że poza tym, że na polu widniała potężna dziura, to jeszcze ponad 100 osób pracujących na miejscu zdarzenia zdeptało resztki rzepaku, które rolnicy mieli nadzieję zebrać.
– Rzepak, który miał trafić na sprzedaż, jest cały schodzony, to się wszystko osypało. Służby zjeździły uprawę ciężkim sprzętem. Koparkami wykopywali szczątki pocisku, a potem zasypali doły. Dzisiaj rano dopiero mogliśmy wejść i zobaczyć jako właściciele, co tam się stało – przyznaje.
Jak podkreśla rolniczka, nie ma szans na to, by ubezpieczalnia pokryła stratę, którą ponieśli, ponieważ ubezpieczeń od upadku pocisków wojskowych przecież nie ma. Nikt nie rozmawia z rolnikami również na temat tego, czy będą mogli liczyć na rekompensaty ze strony rządu. Jak szacują Frankowscy, cała sytuacja spowodowała stratę rzędu 30-40 tys. zł.
– Ubezpieczenie tego nie obejmuje. Nic nie wiemy na temat jakichś rekompensat, czy w ogóle będą i jak to ma wszystko teraz wyglądać. Straty to ok. 30-40 tys. zł za całość. To był jeden z najładniejszych rzepaków, które mieliśmy. Czekaliśmy aż dojrzeje i kosiliśmy gorsze działki – relacjonuje Frankowska.
Jak dodaje, rzepak, jak w większości kraju, również na Lubelszczyźnie, nie miał łatwo. Przymrozki i niedobór wody dały o sobie znać, dlatego rozstrzał w plonie między poszczególnymi działkami jest spory.
– W tym roku zasialiśmy 30 ha rzepaku. Rozstrzał w plonie jest w tym roku ogromny. Zebraliśmy ok. 2 t/ha z pola, na którym mieliśmy rzepak likwidować, a na działce położonej w pobliżu pola, na które spadł pocisk, zebraliśmy 4,5 t/ha. Spodziewaliśmy się, że z tego pola plon będzie podobny – dodaje.
Aktualnie rolnicy spodziewają się, że z pola, na które spadł pocisk, mogą nic nie zebrać.
– Nie mam pojęcia czy coś zbierzemy z tego pola. Czekamy na przyjazd wiceminister Gromadzkiej. Mają być ustalenia z wojewodą i burmistrzem. My musimy działać. Jest pogoda, więc ją wykorzystujemy. Straty są 100% – przyznaje.
Rolniczka: „Chcielibyśmy, żeby wszystko się już wyjaśniło”
Rolnicy nie ukrywają, że powoli zaczynają mieć dosyć całej sytuacji związanej z upadkiem pocisku na ich pole. Jak relacjonuje Frankowska, na polu była żandarmeria, było też wojsko, a cały czas są znajdowane odłamki.
– My chcielibyśmy, żeby to wszystko już się po prostu wyjaśniło i żebyśmy mogli wejść na to pole i zebrać to, co zostało. Teraz nie jestem w stanie nawet przejechać. Stoją samochody telewizji, radia, drogi są całkowicie zablokowane. Nagrali już to, co było trzeba, więc po co tam jeszcze stoją – mówi zrezygnowana.
Z wizytą na pole przyjechali również premier Donald Tusk oraz wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz.
– Organizacja tego wszystkiego była naprawdę słaba. Przyjechało 17 limuzyn, wysiadł premier z ministrem obrony narodowej, postali, popatrzyli, porozmawiali i pojechali. Tyle to można było zrobić z Warszawy – przyznaje rolniczka.
Jak dodaje, przepływ informacji między poszczególnymi służbami również nie był według niej właściwy.
– Jest duża rozbieżność informacji. Z jednej strony dostaliśmy komunikat, że możemy wjeżdżać na pole, a z drugiej powiedziano nam, że jeszcze nie, bo jeszcze minister ma przyjechać i jeszcze ktoś, więc oni tak będą sobie przyjeżdżać, a nam się będzie obsypywać, obsypywać i obsypywać – tłumaczy.
Rolniczka nie ukrywa, że sytuacja jest dodatkowo uciążliwa z uwagi na wzmożony okres prac w gospodarstwie.
– Podczas żniw, rolnicy, którzy mają hodowlę, mają dwa razy więcej pracy. My nie możemy pracować na polu cały dzień, bo musimy wrócić do tych zwierząt i je nakarmić, potem wydoić, a w prognozie pogody zapowiadają burze – dodaje zmartwiona.
Rolnicy wciąż nie wiedzą, co będzie dalej
W ocenie rolniczki to wszystko nie powinno tak wyglądać. Choć od wydarzenia minęło już kilkanaście godzin, wciąż nikt nie powiedział im, co będzie dalej.
– Nikt nie wie, jaka będzie procedura. To się wydarzyło, ale nie wiadomo, co będzie i jak będzie. Przyjechali, porobili wywiady, w telewizji pokazali i tyle. A my kosimy, a na to pole nie wiemy, kiedy będziemy mogli wjechać. Nikt nam tego nie powiedział – mówi.
Rolnicy obawiają się również, że na jednym incydencie może się nie skończyć.
– Skoro raz znaleźliśmy się w zasięgu pocisku, to kto nam zagwarantuje, że nie stanie się to drugi raz jutro, pojutrze czy za dwa tygodnie? – pyta i kończąc, dodaje, że dopiero dzień po zdarzeniu otrzymała alert z wiadomością, by pobrać poradnik bezpieczeństwa, wcześniej nie było żadnego ostrzeżenia.
Co na to resort rolnictwa?
Do sprawy pocisku na polu rolników odniósł się również minister rolnictwa i rozwoju wsi Stefan Krajewski. Podczas konferencji prasowej 31 lipca br. przyznał, że szkody spowodowane przez upadek rakiety są zdarzeniem o charakterze siły wyższej i dotychczas nikt nie ubezpieczał pól od takich przypadków. Zapowiedział jednocześnie, że rozmiar strat zostanie sprawdzony. Jak podkreślił, jeśli okażą się one duże, „rolnik nie powinien zostać sam”, nie przedstawił jednak konkretnych deklaracji dotyczących wysokości ani terminu ewentualnej pomocy finansowej dla poszkodowanego gospodarstwa.
Redakcja „Tygodnika Poradnika Rolniczego” skierowała pytania w powyższej sprawie do Urzędu Gminy Turobin oraz Ministerstwa Obrony Narodowej. Zapytaliśmy m.in. o możliwość uruchomienia pomocy finansowej i psychologicznej dla poszkodowanych rolników, zasady ewentualnych rekompensat oraz dalsze procedury. Po otrzymaniu odpowiedzi opublikujemy stanowiska obu instytucji.
Justyna Czupryniak-Paluszkiewicz
