W ciepłe lipcowe popołudnie zajeżdżam do Gorzyczek. Stoi tam pałac – należał kiedyś do rodu Chłapowskich, którego gniazdo mieści się w pobliskiej Turwi.
Niedaleko domu gospodyni mieszkał Dezydery Chłapowski, który upowszechniał płodozmian
Rezydował w niej dwieście lat temu Dezydery Chłapowski, który zasłużył się upowszechnianiem w Polsce płodozmianu, wprowadził do uprawy żelazny pług szkocki i siał koniczynę dla wzbogacenia gleby. Czy można sobie wyobrazić lepsze sąsiedztwo dla eksperymentów z uprawą ziół i ziołowymi specyfikami? Pamięć o dawnych gospodarzach tych ziem towarzyszy Eli codziennie, choć inaczej wyobrażała sobie lata temu swój los.
Ela Pawlisiak woli jeść czereśnie prosto z drzewa
Idziemy porozmawiać w sadzie, który położony jest jakieś 500 m od zagrody Pawlisiaków. Drzewa aż uginają się od niemal czarnych czereśni. W sadzie czeka na nas przykryty kwietnym obrusem stolik zastawiony czereśniami i próbkami ziołowych produktów autorstwa Eli.
– Myśleliśmy, że po wiosennych przymrozkach nie będzie ich aż tyle. Na pewno nie damy rady zebrać wszystkiego i te mniejsze raczej już zostaną na drzewach – mówi Ela.
Dziś mieszka w gospodarstwie, które należało do dziadków, a potem rodziców jej męża Leszka.
– Na początku to było gospodarstwo mieszane – teściowie hodowali byki, trzodę chlewną, uprawiali pszenicę, kukurydzę, buraki cukrowe. Wszystko na czternastu hektarach. Gospodarstwo było jednak mało zmechanizowane i w szczycie pracy sezonowej trudno było połączyć pracę przy zwierzętach, przy których pomagał mężowi teść, z uprawami polowymi. Rodzice męża byli coraz starsi, a posiadany areał nie pozwalał na zwiększenie pogłowia zwierząt, aby praca przy nich była bardziej opłacalna, więc zdecydowaliśmy się na rezygnację z hodowli i przejście na uprawę roślinną – opowiada Ela i zachęca do częstowania się czereśniami.
– Najbardziej smakują mi czereśnie prosto z drzewa, jak szpakom. Gdy idę na wieczorny obchód po sadzie, to nie przejdę obok nich obojętnie, ale jak przyniosę je do domu, mogą stać w misce kilka dni – dodaje ze śmiechem.
Pawlisiakowie nie robią oprysku chemicznego i nie mają siatki na drzewach
W sadzie rośnie około czterystu drzew posadzonych w starym rozstawie, czyli w odstępie 3–4 m. Sad rodzi około 6 ton czereśni w sezonie.
– Dziś, na nowych podkładkach, sadzi się drzewa co dwa i pół metra, ale wtedy trzeba już mieć nawadnianie, co w naszym przypadku jest niemożliwe. Zrezygnowaliśmy natomiast z oprysku środkami chemicznymi chwastów i trawy pod drzewkami w sadzie. Nie mamy siatki osłaniającej przed szpakami, jak kilka innych sadów wokół nas, ale szczęśliwie szpaki nas omijają. Siatka osłaniająca będzie jednak raczej wymaganą w najbliższym czasie inwestycją, ponieważ dużo pomagają nam w pilnowaniu sadu rodzice – mówi Leszek.
Ela nigdy nie sądziła, że zamieszka na wsi
Ela wychowała się w Czempiniu. Z mężem poznała się przez znajomych, wyszła za mąż w 2009 roku. Skończyła studia magisterskie na kierunku marketing usług finansowych w Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu. Marzyła się jej praca w reklamie lub public relations.
– Nigdy nie wyobrażałam sobie życia na wsi. Widziałam siebie raczej za biurkiem, w szpilkach i garsonce. Wieś kojarzyłam z dorywczych prac, które podejmowałam, będąc nastolatką. Miałam też na wsi ukochaną babcię, do której często jeździłyśmy z siostrą rowerami przez las. U babci chodziło się na wykopki i po mleko w kance. Wieś nie była mi obca, ale nie wiązałam z nią przyszłości – mówi Ela.
Zaczynała od pracy w sklepie i organizowania ślubów
W Poznaniu pracowała jako kierownik sklepu, ale to nie była jej bajka. Potem była konsultantem handlowym w centrum dekoracji ślubnych, gdzie jej głównym zadaniem był kontakt z klientem.
– To była szkoła życia. W kontaktach z klienatmi musiałam wykorzystywać różne umiejętności, a często je dopiero w sobie odkrywałam. W tej pracy nauczyłam się z jednej strony stanowczości i asertywności, a z drugiej zauważyłam, że jestem kimś, kto potrafi rozmawiać z bardzo różnymi ludźmi i komu klienci ufają. Nie tylko dobierałam dekoracje, ale również, jeśli klient sobie tego życzył, wyszukiwałam sale na przyjęcia, kosmetyczki lub fryzjerów. Zdarzyło się nawet, że prowadziłam ceremonię „zaślubin” dla pary z Anglii, która pobrała się na wyspie, ale w Polsce chciała powtórzyć ceremonię dla rodziny. Mimo że była to praca bardzo wymagająca i stresująca, to wspominam ją z uśmiechem i satysfakcją – opowiada Gorzyczanka.
– Na rozmowie kwalifikacyjnej właścicielka centrum dekoracji ślubnych porwała mnie swoją pasją i tym, z jakim zaangażowaniem opowiadała o swojej działalności. Dziś wiem, ile radości i energii do działania może dawać praca, która jest twoją pasją lub gdy pasja staje się twoją pracą – dodaje z uśmiechem Ela.
Gospodarze z Gorzyczek sprzedają plony prosto z pola
Przez pierwsze lata małżeństwa Ela pracowała na etacie, a w sezonie pomagała mężowi przy czereśniach, ogórkach lub żniwach. Jednak gdy pojawiły się dzieci, postanowiła skupić się na gospodarstwie.
– Mąż początkowo sprzedawał czereśnie na giełdzie, a ogórki woził do przetwórni, ale za moją namową otworzyliśmy się bardziej na klienta indywidualnego. Dzięki temu zrezygnowaliśmy już z odstawiania ogórków na przetwórstwo, a całość naszej produkcji trafia z pola do klienta. Dodatkowo za namową kupujących rozszerzyliśmy naszą ofertę o takie warzywa, jak np. fasolkę szparagową, buraczki czerwone, warzywa korzeniowe, pomidory. Klienci bardzo chwalą sobie jakość i smak naszych produktów, a informacje o nas same się rozchodzą, co nas bardzo cieszy. Doszło do tego, że w zeszłym roku za namową mojej koleżanki ze studiów podyplomowych wysłałam jej nasze czereśnie kurierem, a dziś mamy już kilku stałych klientów rozsianych po całej Polsce, do których trafiają nasze płody rolne, i stale przybywają nowi – mówi z dumą Ela. – Mamy fantastycznych klientów, którzy opowiadają o naszych produktach swoim znajomym i często organizują w swoich zakładach pracy czy w najbliższym sąsiedztwie zbiorowe zamówienia, co nam bardzo ułatwia organizację pracy. Ich energia daje nam niesamowitą motywację do dalszego działania i rozwoju – dodaje.
Gospodyni skończyła studium podyplomowe i zaczęła przetwarzać zioła
Czereśnie żywią, ale mają też wiele właściwości zdrowotnych. Są między innymi bogatym źródłem potasu, jodu, antyoksydantów i witaminy C. Elę niedawno zaciekawiła informacja na temat leczniczego działania pączków czereśni i innych krzewów i drzew, od kilku lat bowiem interesują ją lecznicze właściwości roślin.
– Jest coś takiego, jak gemmoterapia, czyli dział ziołolecznictwa, który zajmuje się leczniczymi właściwościami pączków i młodych tkanek drzew. Dopiero to poznaję. Zrobiłam w pandemii roczne studium podyplomowe „Zioła w profilaktyce i terapii” na poznańskim uniwersytecie medycznym. Nie było łatwo, ponieważ biologię i chemię miałam ostatni raz w podstawówce. Co mnie skłoniło? Dzieci zaczęły częściej chorować. Syn poszedł do przedszkola i zaczął przynosić infekcje. Zaczęła więc chorować młodsza córka. W pierwszych sześciu miesiącach życia zdążyła być dwa razy w szpitalu. Wiedziałam, że nie damy rady z taką liczbą infekcji i muszę jakoś zadbać o odporność dzieci – mówi Ela.
Ela wytwarza syropy z mniszka, pędów sosny, kwiatów czarnego bzu i fiołka wonnego
Zaczęła robić proste syropy. Najpierw z mniszka lekarskiego, który w domu rodzinnym jej mamy robiła babcia. Podyplomówka usystematyzowała wcześniejszą wiedzę i pozwoliła jej podejść do zielarstwa bardziej profesjonalnie.
– Bez syropu się nie obędzie. Zaczęłam od mniszka, który jest tradycyjnym domowym lekiem i wszyscy go znają. Robię też syrop z młodych pędów sosny, działający wykrztuśnie, oraz syropy z kwiatów czarnego bzu i jego owoców. Zwłaszcza ten drugi jest wyjątkowym specyfikiem na odporność, ale moim odkryciem jest syrop z fiołka wonnego. Z tych małych fioletowych kwiatków, które można znaleźć w lesie, w parkach. Fiołek wonny między innymi świetnie łagodzi uporczywy, trudny do odkrztuszenia kaszel, pomaga w upłynnieniu gęstej wydzieliny zalegającej w gardle i oskrzelach, pomaga zregenerować błony śluzowe dróg oddechowych. Mamy łąkę i wiele kwiatów i ziół zbieram właśnie z niej – mówi Ela.
Pasjonatka ziół poleca mazidełko z nagietkiem na trądzik
Twierdzi, że zioła i preparaty z nich przygotowywane to nasze tradycyjne narodowe dobro i warto byłoby je doceniać i poznawać. W sytuacjach kryzysowych, na przykład gdy nagle zaczyna brakować jakiegoś leku, bo zerwały się łańcuchy dostaw, mając wiedzę, można próbować ratować się działaniem roślin.
– Teściowej na reumatoidalne zapalenie stawów robiłam maść przeciwbólową i przeciwzapalną na bazie żywokostu, arniki i kasztanowca. W sezonie wszyscy w rodzinie stosujemy tę maść na zakwasy, ból po wysiłku. Maceruję rośliny w oleju rafinowanym, potem wyciąg dodaję do wosku pszczelego albo masła shea. Czasem dodaję olejek eteryczny, jak np. w mazidle sosnowym. Podczas przeziębienia swoim dzieciom smaruję nim stopy, plecy, klatkę piersiową. Widzę, jak dużo lepiej im się śpi, kiedy mają katar lub kaszel. A młodzież z rodziny chwali sobie mazidełko łagodzące z nagietkiem, fiołkiem i mniszkiem – fajnie zasusza trądzik – mówi pasjonatka ziół.
Ela produkuje naturalne dezodoranty i pomadki do ust
Ela robi także ekologiczne kosmetyki.
– Kiedy zaczęłam interesować się ziołowo-naturalnymi produktami, wyrzuciłam któregoś dnia z łazienki wszystkie kosmetyki i środki czystości – wspomina ze śmiechem. – Moja mama, patrząca wtedy na to sceptycznie, dziś pomaga mi zbierać zioła. Zaczęłam korzystać z ziołowych toników, kremów, a na bardziej naturalne, mineralne zamieniłam swoje kosmetyki kolorowe. Nie korzystam też już z kupnych antyperspirantów, tylko robię własne na bazie sody oczyszczonej i maceratów olejowych z nagietka, mniszka lub lawendy. Muszę tylko dopracować konsystencję – mówi Ela i pokazuje dezodorant w sztyfcie swojej produkcji.
Ma w kolekcji także pomadki ochronne do ust na bazie wosku pszczelego, maceratów i masła kakaowego. Dla rodziny i znajomych robi też świece sojowe z naturalnymi olejkami oraz mydełka – na razie glicerynowe. Do robienia tych sodowych i potasowych cały czas dojrzewa. Niedawno zrobiła kurs z fitoterapii dermatologicznej i kosmetycznej u dr. Henryka Różańskiego – jednego z autorytetów polskiej fitoterapii, biologa, wykładowcy akademickiego. Chciałaby otworzyć rolniczy handel detaliczny, pod który przygotowuje właśnie miejsce na mały sklepik i kuchnię roboczą w swoim gospodarstwie. Planuje sprzedawać domowe przetwory z produktów z własnego pola i sadu.
Karolina Kasperek
