Polska produkcja wieprzowiny w znacznym stopniu opiera się na warchlakach sprowadzanych z zagranicy. Każdego roku do kraju trafia około 7,5–8 mln prosiąt, z czego zdecydowana większość pochodzi z Danii. Przez lata taki model był dla wielu gospodarstw uzasadniony ekonomicznie, gdyż tucz zakupionych warchlaków wymaga mniejszego zaangażowania i ogranicza liczbę problemów związanych z porodami i odchowem prosiąt. Konsekwencją tego procesu był jednak systematyczny spadek liczby loch w Polsce. Zgodnie z uzasadnieniem projektu rozporządzenia w latach 2014–2025 średnioroczne tempo spadku pogłowia świń wynosiło 1,8%, natomiast w przypadku stada loch – 3,9%. W ciągu tego okresu całkowita liczba świń zmniejszyła się o 18,1%, a pogłowie loch aż o 35,4%.
Dwa mechanizmy wsparcia stad loch
Planowane dopłaty są odpowiedzią na trudną sytuację ekonomiczną producentów. Po okresie wysokich cen świń w latach 2021–2023 od 2023 roku obserwowany jest trend spadkowy. Z danych przywołanych w uzasadnieniu projektu wynika, że średnia cena skupu świń jest obecnie niższa rok do roku o około 29%, a w porównaniu z ceną sprzed trzech lat – niższa o blisko 49%. W warunkach niskiej opłacalności rolnicy ograniczają inwestycje albo likwidują stada podstawowe. Problem dotyczy nie tylko najmniejszych gospodarstw – z produkcji mogą wycofywać się również gospodarstwa, które mają potencjał rozwojowy, ale nie widzą możliwości bezpiecznego planowania na kilka lub kilkanaście lat.
Projekt rozporządzenia przewiduje dwie formy pomocy. Pierwsza ma być skierowana do producentów, którzy kupili kwalifikowane loszki hodowlane. Zwierzęta muszą spełniać określone wymagania, między innymi mieć świadectwo zootechniczne i pochodzić ze stad objętych oceną wartości użytkowej świń. Pomoc ma wynieść 2000 zł do każdej loszki, a środki mają być wypłacane w dwóch ratach po 1000 zł. Pierwsza ma przysługiwać po zakupie zwierzęcia i przedstawieniu dokumentów potwierdzających transakcję. Druga ma trafić do rolnika po upływie ośmiu miesięcy, a warunkiem jej otrzymania będzie utrzymywanie w gospodarstwie loszek lub loch w liczbie niemniejszej niż ta w dniu złożenia wniosku.
Loszki muszą zostać oznakowane indywidualnym numerem identyfikacyjnym i zgłoszone do systemu identyfikacji i rejestracji zwierząt. W latach 2026 i 2027 pomocą mają być objęte wyłącznie loszki zakupione w roku składania wniosku. Jest to istotne, ponieważ ogólna zasada przewidziana w projektowanym rozwiązaniu zakłada możliwość uwzględnienia zakupu dokonanego w roku złożenia wniosku lub w roku poprzedzającym.
Druga forma wsparcia ma przysługiwać producentom utrzymującym lochy, które zostaną zgłoszone do systemu ARiMR i oznakowane kolczykiem zawierającym indywidualny numer identyfikacyjny. Projektowana stawka wynosi 1000 zł do każdej lochy. Ten mechanizm ma jednak limit budżetowy wynoszący 300 mln zł.
Jeżeli suma wnioskowanej pomocy przekroczy tę kwotę, stawka zostanie proporcjonalnie pomniejszona przy zastosowaniu współczynnika korygującego. W praktyce oznacza to, że tysiąc złotych nie musi być ostateczną wypłatą, jeśli zainteresowanie programem okaże się większe niż założony budżet.
Dopłaty zatrzymają likwidację stad, ale nie rozbudują chlewni
Bartosz Czarniak, rzecznik Polskiego Związku Hodowców i Producentów Trzody Chlewnej POLSUS, a jednocześnie producent loszek, uważa, że dopłaty mogą przede wszystkim powstrzymać część rolników przed likwidacją stad. Nie spodziewa się natomiast, aby sama pomoc skłoniła wielu producentów do budowy nowych chlewni i zwiększania skali produkcji.
– Moim zdaniem to bardziej zachęci do utrzymania liczby loch w gospodarstwach. Żeby zachęciło do rozbudowy, trzeba patrzeć w przyszłość, a nie tylko na jeden program. Rolnik musi wiedzieć, czy będzie mógł wybudować lub zmodernizować chlewnię, uzyskać pozwolenia, sprzedać prosięta i prowadzić produkcję w warunkach przewidywalnych cen oraz ograniczonego ryzyka chorób – ocenia Czarniak.
Jego zdaniem dopłata do lochy może sprawić, że gospodarstwo jeszcze raz przeanalizuje decyzję o likwidacji stada. Nie jest to jednak kwota, która zrekompensuje koszty budowy obiektu, zakupu wyposażenia, utrzymania zwierząt i zabezpieczenia gospodarstwa przed ASF.
– Jeżeli chodzi o wybudowanie chlewni, taka dopłata niewiele zmieni. To musi być element strategii, a nie główny czynnik, który ma namawiać do produkcji trzody chlewnej. Głównym powodem inwestowania musi być przekonanie, że istnieje możliwość rozwoju – podkreśla rzecznik POLSUS.
Jedną z najważniejszych barier wskazywanych przez Czarniaka są kwestie administracyjne i planistyczne. Rolnicy nie mają pewności, gdzie i na jakich zasadach będą mogli budować lub rozbudowywać obiekty inwentarskie. Wątpliwości dotyczą również planów ogólnych, które mogą ograniczyć możliwości lokalizowania nowych inwestycji na obszarach wiejskich. W takiej sytuacji nawet zakup loszek z dopłatą nie musi przełożyć się na wzrost pogłowia.
Dlatego branża oczekuje szybkiej ścieżki administracyjnej dla inwestycji związanych z produkcją prosiąt. Potrzebne są jasne zasady dotyczące rozbudowy i budowy nowych obiektów. Bez tego program dopłat będzie wspierał przede wszystkim istniejące stada, a nie tworzył nowego potencjału produkcyjnego.
Drugim poważnym ryzykiem jest afrykański pomór świń. Rolnik, który kupi loszki i zacznie odbudowywać stado, nie ma gwarancji, że za kilka miesięcy nie znajdzie się w strefie ograniczeń. W przypadku potwierdzenia choroby może dojść do likwidacji całego stada, niezależnie od tego, jak wiele środków zainwestowano w zakup zwierząt lub budynki.
– Program powinien uwzględniać ryzyko ASF. Jeżeli rolnik kupi loszki, poniesie koszty ich utrzymania, a następnie z powodu ogniska będzie musiał zlikwidować stado, nie powinien automatycznie tracić całego wsparcia. Nie można wymagać utrzymania zwierząt przez określony czas, jeżeli decyzja służb weterynaryjnych nakazuje ich wybicie – zwraca uwagę Czarniak.
W jego ocenie dopłaty powinny być powiązane z systemem rekompensat dla gospodarstw, które nie z własnej winy zostały dotknięte afrykańskim pomorem świń.
Potrzebne są kompleksowe rozwiązania dla sektora trzody
Aleksander Dargiewicz, prezes Krajowego Związku Pracodawców-Producentów Trzody Chlewnej POLPIG, również uważa, że dopłaty mogą ograniczyć tempo likwidacji stad, ale same nie rozwiążą problemów sektora.
– Planowane dopłaty do loch i loszek mogą zachęcić część producentów do utrzymania lub odbudowy produkcji prosiąt, jednak same w sobie nie rozwiążą problemów branży. Produkcja prosiąt wymaga dużych nakładów inwestycyjnych, dużych kompetencji zarządczych oraz ponoszenia istotnego ryzyka biologicznego i rynkowego. Jednorazowe wsparcie poprawi sytuację finansową gospodarstw w krótkim okresie, ale nie zagwarantuje trwałej poprawy rentowności – ocenia Dargiewicz.
Jego zdaniem o opłacalności produkcji decydują wyniki rozrodu, koszty pasz, zdrowotność stad, poziom bioasekuracji, a przede wszystkim stabilność rynku zbytu. Jeżeli te elementy się nie poprawią, dopłaty będą jedynie przejściowym impulsem, a nie trwałym mechanizmem odbudowy. Dargiewicz uważa, że projekt wpisuje się w kierunek opracowanej strategii odbudowy pogłowia trzody chlewnej, której celem jest zwiększenie krajowej produkcji prosiąt i ograniczenie zależności od importu warchlaków. Wsparcie finansowe może stanowić jeden z elementów zachęcających producentów do utrzymywania lub zwiększania liczby loch, jednak powinno być częścią szerszego programu rozwojowego.
– Aby przełożyć dopłaty na realny wzrost produkcji prosiąt w kraju, warto premiować gospodarstwa zwiększające stan stada podstawowego, inwestujące w poprawę dobrostanu oraz podnoszące efektywność produkcyjną. Tylko wtedy wsparcie będzie prowadziło do zwiększenia podaży krajowych prosiąt, a nie wyłącznie do czasowej poprawy sytuacji finansowej producentów – podkreśla prezes Dargiewicz.
Ograniczymy import prosiąt?
Aby znacząco ograniczyć import warchlaków, Polska powinna zwiększyć pogłowie loch i jednocześnie poprawić wyniki produkcyjne stad. Przedstawiona w czerwcu strategia odbudowy pogłowia trzody chlewnej przewiduje zwiększenie liczby loch w Polsce z około 600 tys. do 800 tys. w 2035 roku. Dokument nie zakłada całkowitego odejścia od importu prosiąt ani narzucenia jednego modelu produkcji. Chodzi raczej o stworzenie warunków, w których gospodarstwa będą mogły produkować prosięta samodzielnie albo współpracować z innymi producentami i zakładami mięsnymi. Ważnym celem jest również poprawa produktywności. Zakłada się wzrost liczby prosiąt odsadzanych od lochy z około 23 do 30 w 2035 roku, a w nowych gospodarstwach działających w cyklu otwartym nawet do 34. Oznacza to, że odbudowa pogłowia ma polegać nie tylko na zwiększeniu liczby loch, lecz także na lepszym wykorzystaniu potencjału każdej samicy.
Dopłata nie zastąpi rynku zbytu
Odbudowa produkcji prosiąt będzie miała sens tylko wtedy, gdy rolnicy będą mieli pewność, że zwierzęta znajdą odbiorców. Zarówno Czarniak, jak i Dargiewicz wskazują na potrzebę długoterminowych umów między producentami prosiąt, gospodarstwami prowadzącymi tucz i zakładami mięsnymi.
– Odbudowa pogłowia loch bez stabilnego rynku zbytu niesie duże ryzyko. Producent inwestuje kapitał i ponosi koszty przez wiele lat, dlatego potrzebuje przewidywalnych warunków sprzedaży. Długoterminowe umowy mogłyby ograniczyć wahania cen i zachęcić rolników do inwestycji – mówi Dargiewicz.
Czarniak podkreśla, że nie każdy producent musi prowadzić cykl zamknięty. Jedne gospodarstwa mogą specjalizować się w produkcji prosiąt, inne w tuczu. Taki podział może być korzystny, ale wymaga sprawnie działającego rynku i powiązań między gospodarstwami.
– Produkcja trzody musi być lepiej skoordynowana. Jeżeli gospodarstwa będą działały wyłącznie jako niezależni uczestnicy rynku, pozostaną bardziej narażone na wahania cen. Integracja może zwiększyć przewidywalność, ale musi opierać się na jasnych zasadach i bezpieczeństwie ekonomicznym obu stron – podkreśla Czarniak.
Co z własnymi loszkami?
Jedną z kwestii wymagających doprecyzowania jest sytuacja gospodarstw, które same produkują loszki remontowe. Projekt przewiduje pomoc do zakupionych, kwalifikowanych loszek hodowlanych. Nie jest natomiast jasne, czy wsparcie obejmie zwierzęta wyhodowane w gospodarstwie na potrzeby własnego stada. Dargiewicz uważa, że takie gospodarstwa również powinny zostać uwzględnione.
– Celem programu powinno być zwiększenie liczby loch w stadach podstawowych, a nie promowanie wyłącznie zakupu zwierząt z zewnątrz. Gospodarstwa prowadzące własną hodowlę remontową ponoszą koszty selekcji, utrzymania i przygotowania loszek do rozrodu. Wykluczenie ich mogłoby być nierównym traktowaniem producentów i zwiększać ryzyko wprowadzania zwierząt z zewnątrz – argumentuje prezes POLPIG.
To ważne także z punktu widzenia zdrowotności. Własna produkcja loszek do remontu stada może ograniczać liczbę dostaw zwierząt i zmniejszać ryzyko zawleczenia patogenów. Warunkiem są jednak prawidłowe selekcja, dokumentacja i kontrola wartości hodowlanej.
Wypłata pomocy do loszek w dwóch ratach ma ograniczać ryzyko, że wsparcie trafi do zwierząt zakupionych wyłącznie formalnie i szybko usuniętych ze stada. Warunek utrzymania loszek przez osiem miesięcy ma skłonić producentów do rzeczywistego włączenia ich do produkcji. Jednocześnie taki mechanizm rodzi pytania. Co w sytuacji, gdy nie każda loszka zostanie skutecznie pokryta i doczeka pierwszego porodu. Zwierzę może mieć problemy zdrowotne, nie wejść w ruję, zostać wybrakowane albo paść. Jeżeli procedury okażą się zbyt skomplikowane, a ryzyko utraty drugiej raty zbyt duże, zainteresowanie programem może być mniejsze, niż zakłada resort.
Dlatego zdaniem ekspertów program dotyczący dopłat i odbudowy stad podstawowych powinien być konsultowany z organizacjami reprezentującymi producentów trzody chlewnej, ponieważ to one najlepiej znają problemy gospodarstw. Udział organizacji branżowych pozwala uniknąć rozwiązań, które dobrze wyglądają na poziomie administracyjnym, ale nie sprawdzają się w praktyce.
De minimis ograniczy dostęp do dotacji
Oba mechanizmy dopłat mają być realizowane jako pomoc de minimis. Zaletą tego rozwiązania jest możliwość szybszego uruchomienia programu, bez długiego oczekiwania na zgodę Komisji Europejskiej. Wadą pozostaje ograniczony limit pomocy przypadający na gospodarstwo. Rolnicy, którzy w ostatnich latach korzystali z innych form pomocy de minimis, mogą mieć niewykorzystaną tylko część limitu. Dargiewicz wskazuje, że może to wykluczyć gospodarstwa aktywne inwestycyjnie, które wcześniej korzystały z pomocy związanej z ASF lub innymi kryzysami. Jego zdaniem warto rozważyć odrębny mechanizm finansowania, jeśli celem ma być rzeczywista odbudowa potencjału krajowej hodowli.
Zdaniem prezesa POLPIG projektowane wsparcie w praktyce będzie dostępne głównie dla gospodarstw utrzymujących maksymalnie około 200 macior, przy założeniu braku korzystania z pomocy de minimis w ostatnich trzech latach.
– Dodatkowo program uzależniony jest od posiadania i zgłoszenia indywidualnych numerów identyfikacyjnych macior. W praktyce komercyjne fermy towarowe nie prowadzą takiej identyfikacji, ponieważ obecnie przepisy nie nakładają powszechnego obowiązku indywidualnego znakowania wszystkich loch. Powoduje to wykluczenie znacznej części profesjonalnych producentów utrzymujących największe stada podstawowe – konkluduje Dargiewicz.
Dominika Stancelewska
