Iława. Puste stanowiska i udojnia, która nagle stanęła
Jeszcze tydzień temu wszystko szło normalnym trybem – pełna obora, paszowóz w ruchu i poranny udój 110 krów. W niedzielę wieczorem nie było już do kogo wchodzić. Wystarczyły trzy dni, by niewiadoma toksyna zmiotła niemal całą obsadę. Ocalało jedynie siedem najmłodszych sztuk. Jedno już wykazuje stany osłabienia, więc nie wiadomo czy w najbliższej przyszłoci i ono nie padnie z nieznanych przyczyn.
- Nie wiemy co się stało. W piątek rano już sześć sztuk było padniętych. Po południu już połowa stada nie żyła, a w trzy dni padły niemal wszystkie sztuki - mówi poszkodowany rolnik. - Natychmiast powiadomiliśmy weterynarza, który opiekuje się naszym stadem. On też jeszcze nie wie, co było przyczyną - tłumaczy załamany.
Marta z Bartkiem budowali tę hodowlę latami, odchuchując kolejne pokolenia pod laktację. Nie da się tego odbudować z dnia na dzień własnymi siłami, zwłaszcza że mleczarnia nie przeleje już za miesiąc ani złotówki za surowiec, a rachunki za prąd, paszę i sprzęt same się nie zapłacą.
Gospodarz wspólnie z weterynarzami chcą poznać przyczynę. - Wykluczono już chorobę zakaźną - mówi pan Bartłomiej. - Czekamy na wyniki badań laboratoryjnych, ale to może potrwać nawet kilka tygodni, bo nie wiadomo, czego mamy szukać - dodaje.
O dramacie rolników wie już lokalna policja w Iławie, choć – jak słyszymy z ust rzecznik prasowej iławskiej policji – formalne zawiadomienie w tej sprawie od poszkodowanych gospodarzy dotąd do komendy nie wpłynęło. Na razie priorytetem w gospodarstwie było uprzątnięcie budynków i ratowanie tego, co w ogóle zostało.
Pół miliona na sztuki pod laktację
Żeby w ogóle myśleć o wejściu do udojni i rozruchu instalacji, trzeba wstawić do obory nowe krowy. Rachunek jest bezwzględny – zakup pełnowartościowego stada mlecznego, które od razu zacznie dawać surowiec, to spory wydatek, a i tak nie pokryje całości zapotrzebowania gospodarstwa, które utrzymuje się z hodowli.
Gospodarze nie ukrywają, że bez wsparcia z zewnątrz po prostu pójdą z torbami. Nie mają szans wyłożyć takiej gotówki z własnej kieszeni po tym, jak z dnia na dzień stracili cały bieżący dochód.
- Szacunkowe straty to około 800 tys. zł. Ze zbiórki chcemy zakupić krowy, które pozwolą nam stanąć na nogi, wznowić produkcję - dodaje rolnik.
W sytuacji, gdy gospodarstwo straciło środki do utrzymania, sporym obciążeniem pozostaje również sprzęt rolniczy wzięty w kredyt. Mowa tu o ładowarce JCB 53170 z 2019 roku. - W tej sytuacji ten sprzęt stanowi dla nas spore obciążenie i zależy nam na jego sprzedaży - mówi rolnik. Cena za ładowarkę wraz z całym osprzętem to 240 tys. zł. Wszelkie informacje w tj sprawie można uzyskać pod numerem telefonu: 500 102 031.
Zbiórka na powrót do doju
W sieci ruszyła internetowa zrzutka na zakup pogłowia, a do nagłośnienia sprawy włączyło się m.in. Stowarzyszenie Polskie Mleko, apelując do środowiska o solidarność z poszkodowaną rodziną. Chodzi o zebranie kwoty, która pozwoli kupić pierwsze dorosłe krowy i na nowo odpalić produkcję.
Liczy się każda wpłacona dycha czy dwie, bo przy tych stratach gospodarze sami nie uciągną odbudowy. Rolnicy proszą też o samo podawanie zbiórki dalej w grupach hodowców – im szerzej rozejdzie się informacja o tragedii, tym szybciej w tej oborze znowu ruszy praca.
oprac. M. Czubak
fot. Canva
