Rolniku, jeśli myślisz, że mając podpisany kontrakt na odbiór i zadowalającą cenę, zabezpieczasz swoją sytuację – jesteś w błędzie. Czasy są takie, że nawet kontrakt z solidnym odbiorcą niekoniecznie chroni przed stratami. Przekonał się o tym Filip Pawlik z wielkopolskiego Sulęcinka w powiecie średzkim.
Na polu rolnika pozostało 3,5 ha niezebranej marchwi
Prowadzi 60-hektarowe gospodarstwo o profilu warzywnym. Sezon zaczyna od rzodkiewki, potem wchodzi ziemniak wczesny, równolegle ogórek gruntowy, po ogórku kapusta, a dalej marchew, por, ziemniak jadalny do przechowania i ziemniak skrobiowy. To wymagające uprawy, ale potrafią odwdzięczyć się dobrym plonem. W 2025 r. dobrą robotę zrobiła marchew odmiany Warmia. Pawlik obsiał nią 5 ha.
– Piękna wyszła – mówi. – I dała bardzo wysoki plon. Wyszło 90–100 ton z hektara.
Dokładnie powiedzieć nie potrafi, bo marchew zebrał tylko z 1,5 ha. Na reszcie, czyli na 3,5 ha pola, niezebrana dorodna marchew wciąż tkwi w ziemi.
– Miałem, tak jak w poprzednich latach, podpisany kontrakt na marchew – opowiada Pawlik. – To mój stały, solidny odbiorca. Przez lata współpraca przebiegała bez zgrzytów. Latem ustaliliśmy mniej więcej ilość, a cenę – jak zawsze – krótko przed zbiorami. Firma zaoferowała mi 35 groszy za kilogram.
Przemysłowych odmian marchwi nie da się przechowywać
Tyle, że zapisy kontraktu okazały się papierem bez pokrycia, a zakład nie odebrał nawet kilograma. Termin odbioru w kon- trakcie nie był określony. To dlatego Filip Pawlik zwlekał ze zbiorem. Ktoś spyta: na co czekał, powinien zebrać i wrzucić marchew na magazyn. Ale Pawlik tego zrobić nie mógł. W zasadzie nie miał wyjścia – musiał czekać i liczyć na ruch odbiorcy.
Warmia to odmiana marchwi przemysłowej, nie jadalnej. Taka marchew wykorzystywana jest w przetwórstwie do produkcji mrożonek. Marchew przemysłową zbiera się w innej technologii niż marchew jadalną kierowaną na świeży rynek.
Zbiór bez ogławiania oznaczałby dodatkowe koszty
– Ta marchew jest zbierana jednoetapowo, kombajnem przystosowanym do tego typu pracy – opisuje Filip Pawlik. – Maszyna ogławia marchew, ścinając nać, i „otwiera” górną część korzenia. I tu jest kluczowy problem, bo ogłowiona marchew nadaje się do szybkiego przerobu, ale do przechowywania już nie. Po ogłowieniu szybko zaczyna się proces psucia.
Teoretycznie rolnik miał jeszcze jedno wyjście, czyli zebrać bez ogławiania i po selekcji umieścić w magazynie. Gdyby trafił się klient na marchew przemysłową, musiałby ją ręcznie ogławiać. To oznaczałoby ogromne dodatkowe koszty, czyli per saldo dopłacałby do interesu.
W praktyce rolnik został z jedyną rozsądną – choć ryzykowną – strategią: zostawić marchew w ziemi i liczyć, że zakład w końcu ją odbierze. W poprzednich latach bywało, że odbiór następował późno: w listopadzie, grudniu, a nawet w styczniu. Ale nie tym razem.
– Odbiorca poinformował mnie w końcu, że nie odbiorą marchwi, bo nie mają na nią klienta, i tyle – mówi Pawlik.
Mróz bez okrywy śniegowej zniszczył plantację
Marchew została w polu w najgorszym możliwym momencie – kiedy przyszły mrozy bez okrywy śniegowej. Teraz, w lutym, za pomocą młotka i przecinaka odkuwają kilka sztuk, by sprawdzić, czy z marchwią jeszcze da się coś zrobić. Widoków na to nie ma żadnych.
– Po odmarznięciu górą marchew robi się gąbczasta i palec w nią wpada – opisuje Pawlik. – Jest już do niczego. Nawet jeśli dolna część korzenia jeszcze trzyma strukturę, to proces degradacji już ruszył.
Dlaczego w tej sytuacji nie zażąda od kontrahenta zapłacenia kar umownych? Każdy taki kontrakt przecież je zawiera.
– Ewentualny proces sądowy nikomu przecież nie posłuży. To koszty i zamknięte drzwi do przyszłej współpracy – mówi. – Nie chcę prowadzić wojny z zakładem, z którym współpracuję od lat. Znam ich. Gdyby mogli, na pewno odebraliby marchew. Ale sytuacja na rynku jest, jaka jest. To prawdziwa przyczyna tej sytuacji. Trzeba będzie przełknąć straty.
A te nie są małe. Przy plonie rzędu 100 ton z hektara daje to około 350 ton surowca. Przy cenie 35 gr za kilogram wychodzi około 122 500 zł. Są jeszcze utracone zyski alternatywne, bo przecież te 3,5 ha mogło „pracować” na inne warzywo, oraz koszty, które trzeba będzie ponieść przy talerzowaniu, przyoraniu i rozdrobnieniu resztek marchwi. Prawdopodobnie będzie musiał na tym polu posiać kukurydzę.
Prosiliśmy mailowo odbiorcę Filipa Pawlika o wytłumaczenie sytuacji, ale nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Pawlik nie jest jedynym rolnikiem pozostawionym z warzywami na polu. Problem jest poważniejszy – takie sygnały docierają z wielu rejonów kraju. Reaguje już na nie wiceminister rolnictwa Małgorzata Gromadzka, która odpowiada w ministerstwie m.in. za ochronę rynku rolnego. O sprawie rolnika z Sulęcinka dowiedziała się podczas spotkania z rolnikami w Słupcy, gdzie rolnicy poruszali problem ze zbytem zakontraktowanych ziemniaków i warzyw. Wtedy zapowiedziała publicznie pomoc, teraz rolnicy oczekują na rezultaty.
Małgorzata Gromadzka, wiceminister rolnictwa, zapowiada pomoc
– Problem dotyczy zarówno sprzedaży surowca, jak i jego dalszego przetwarzania: rolnicy zostali z warzywami na polach, bo przetwórnie nie chcą skupować towaru – mówi Gromadzka. – Z rozmów z przedstawicielami firm przetwórczych wynika, że ich trudna sytuacja jest związana z utratą rynków eksportowych na Wschodzie po europejskich sankcjach nałożonych na Rosję i Białoruś. Stanął eksport do tych krajów, które były istotnymi odbiorcami przetworzonych produktów.
Nad rolnikami wisi więc widmo powtórki sytuacji z lat 2014–2016, gdy Rosja wprowadziła embargo. Po tamtym kryzysie wielu nie podniosło się do dziś. Co zrobić, by do tej powtórki nie doszło? W czwartek wiceminister Gromadzka spotkała się z przedstawicielami firm skupowych i przetwórczych. Rozmawiano m.in. o uruchomieniu mechanizmów pomocowych, które objęłyby zarówno przetwórców, jak i rolników. Jedną z rekomendacji ma być uruchomienie kredytu skupowego, który pozwoliłby wypłacić należności producentom, którym nie zapłacono za zakontraktowane płody rolne.
Wniosek do Komisji Europejskiej i uruchomienie nadzwyczajnego wsparcia
– Zakładamy przygotowanie wniosku do Komisji Europejskiej o uruchomienie nadzwyczajnego wsparcia dla producentów i przetwórców owoców i warzyw – informuje Gromadzka. – Uzasadnieniem jest utrata rynków wschodnich oraz nadpodaż surowca.
Niezbędne jest też uszczelnienie rynku wewnętrznego, by chronić producentów przed nieuczciwą konkurencją, czyli nielegalnym importem warzyw i owoców z krajów trzecich sprzedawanych potem „pod polską flagą”. Tu pomóc ma rozporządzenie nakładające na sieci handlowe i pośredników obowiązek jednoznacznego wskazywania rzeczywistego producenta oraz kraju pochodzenia towaru.
– Rozporządzenie jest obecnie w konsultacjach społecznych. Chcemy, by w kwietniu weszło w życie – mówi Gromadzka.
Póki co trwa zbieranie danych, które mają zobrazować skalę obecnego kryzysu, m.in. ilości nieodebranego surowca, wartości strat oraz struktury importu i eksportu. Chodzi o to, by rzetelnie oszacować problem i mieć podstawę do ewentualnych działań pomocowych.
Arkadiusz Jakubowski
