Rolnictwo jako pasja po godzinach
– Razem z synem produkujemy rzepak i zboża ze 100 ha i po woli jest to bardziej nasze hobby niż podstawowe źródło utrzymania. Obaj dodatkowo pracujemy zawodowo poza rolnictwem. Z samego gospodarstwa trudno byłoby wyżyć. Ale poczyniliśmy inwestycje, mamy dość nowy, duży i wydajny sprzęt, lubimy tę pracę, znamy się na niej i trudno jest zrezygnować tak z dnia na dzień – podkreślił Janusz Sokołowski.
600 hektarów – granica opłacalności
Znaczną część gruntów rolnik dzierżawi, a regulowanie czynszu dzierżawczego wygląda różnie, nieraz jest to pomoc sąsiedzka, a nieraz zapłata materialna.
– Maszyny są coraz większe, bardziej precyzyjne i coraz bardziej skomplikowane. To nowe rolnictwo wyprzedza moje pokolenie, dlatego jest to już bardziej działka dla mojego syna, ale ja też pomagam jak tylko mogę. W gospodarstwie pracujemy obaj po godzinach, po pracy etatowej. Ostatnio z synem wyliczyliśmy ile hektarów musielibyśmy uprawiać, aby żyć z samego gospodarstwa na dobrym poziomie, bez dodatkowej pracy poza gospodarstwem i wychodzi, że musiałoby to być aż 600 ha. Jest to nierealne, tzn. zgromadzenie takiego areału do uprawy w naszej okolicy – stwierdził Janusz Sokołowski.
Strategia na trudne gleby i kapryśną pogodę
Ziemie, na jakich przyszło gospodarować ojcu i synowi to typowa mozaika, charakterystyczna dla polskich warunków, od III do IV klasy bonitacyjnej, z przewagą IV.
– Coraz częściej rezygnujemy z uprawy działek najsłabszych bonitacyjnie, czyli VI klasy. Bo trzeba ponieść tam wysokie koszty, głównie ze względu na nawożenie, a plony i tak są niskie. Poprzedni rok w naszym gospodarstwie był bardzo słaby jeśli chodzi o plonowanie rzepaku, natomiast plony zbóż były bardzo dobre, wręcz rekordowe – przyznał Janusz Sokołowski.
W tym roku w porównaniu z rokiem poprzednim zarówno uprawy rzepaku, jak i zbóż bardzo dobrze przezimowały i obecnie są w dobrej kondycji. Rolnik obawia się jednak suszy, póki co nie jest jeszcze źle pod tym względem, ale też nie ma zbyt dużego zapasu wilgoci, zważywszy na to, że okrywa śnieżna w okolicach Ostrowi Mazowieckiej była dość pokaźna.
– Stan upraw przed rokiem o tej samej porze był znacznie gorszy, tak że zapowiada się dość dobrze, ale jak będzie, to wszystko zależy od częstotliwości opadów atmosferycznych. Gleba ma już niewielki zapas wilgoci po zimie i dużo się mówi, że ma być mało deszczy i w drugiej części wiosny zacznie dokuczać susza. Natomiast w poprzednim roku na wielu polach wiosną było zbyt mokro i nie było możliwości wjazdu maszynami i wykonania niezbędnych zabiegów agrotechnicznych, w tym roku tego problemu nie ma – zaznaczył rolnik.
Słaby głos samorządu rolniczego
Janusz Sokołowski już drugą kadencję działa w Mazowieckiej Izbie Rolniczej i ubolewa, że izby rolnicze w Polsce mogą tylko opiniować poszczególne projekty ustaw dotyczące rolnictwa. Jest to sytuacja marginalizująca rolę izb rolniczych. Inaczej byłoby, gdyby izby rolnicze miały prawo wypracowywać własne projekty ustaw, tak jak chociażby jest we Francji.
– Wielu rolników nie wie, jakie kompetencje posiadają w Polsce izby rolnicze i często mówią zróbcie tak, albo dlaczego pozwoliliście na taką czy inną ustawę. My jako izby zawsze opiniujemy ustawy dotyczące rolników z punktu widzenia rolnika, ale nie mamy żadnego wpływu na to, czy te opinie będą uwzględnione przez władzę – powiedział Janusz Sokołowski.
Andrzej Rutkowski
