Wpływ niekorzystnych warunków pogodowych i rosnących kosztów na plony
– W tym roku, jeżeli chodzi o kukurydzę w moim gospodarstwie, to nie wygląda ona źle. Niestety uprawy ozime zredukowała najpierw długo utrzymująca się susza (w moim powiecie deszczu nie było mniej więcej do połowy maja). Doszły przymrozki w okresie kwitnienia rzepaku, następnie 40-stopniowe upały, które mimo dobrej ochrony zakończyły wegetację połowy kłosa w zbożach. W efekcie spodziewam się znacznej redukcji plonu – przyznaje Wojciech Biniewicz i dodaje, że w jego regionie większość rolników będzie miała podobny problem z wyrównaniem ziarna. – Takie są koszty produkcji pod gołym niebem – zaznacza rolnik, ale dodaje, że to nie ten problem spędza mu głównie sen z powiek, a wysokie koszty produkcji. – Może nie było to tak widoczne w środkach ochrony roślin, ale wzrost kosztów nawożenia był bardzo duży, nawet o kilkadziesiąt procent. Ja w tym roku nie ograniczałem nawożenia ze względu na profil mojej produkcji, ale to nie znaczy, że nie będzie ograniczenia pod kolejne zasiewy, zwłaszcza że analiza gleby wykonana na polach pokazuje, że pewne redukcje będzie można zastosować. Taki jest plan, a jak to wyjdzie w rzeczywistości, zobaczymy – przyznaje Biniewicz.
Szkody wyrządzane przez dzikie ptactwo i wstrzymanie planów inwestycyjnych
Kolejnym problemem, z którym mierzy się co roku wiosną rolnik (i jego sąsiedzi) są żurawie, które potrafią zniweczyć w jeden dzień całe zasiewy. – Ja wiem, że są specjalne zaprawy i tak dalej, to nie zawsze tak działa, jakbyśmy chcieli, a przesiewanie to nie tylko dodatkowe koszty, ale i trudne do nadrobienia terminy, więc w efekcie nie osiągamy oczekiwanych w stosunku do poniesionych nakładów plonów – mówi. Zaznacza też, że MIR od dłuższego czasu stara się ulżyć rolnikom w problemie szkód czynionych przez dzikie ptactwo, ale napotyka na opór resortu środowiska. – Nie ma tam zrozumienia dla pracy rolnika – zauważa gorzko rolnik.
Biniewicz przyznaje, że choć w gospodarstwie przydałby się agregat do uprawy ścierniskowej, to ze względu na niesprzyjającą obecnie koniunkturę powstrzyma się od inwestycji w tym roku. – Może w przyszłym albo za dwa lata, ale będzie to też zależało od możliwości uzyskania dofinansowania zewnętrznego. Zobaczymy też, co otworzy jesienią KPO, bo z tego co wiem, coś jeszcze rzutem na taśmę ma być zaoferowane rolnikom, niewykluczone, że jeszcze w ramach rolnictwa 4.0. Opryskiwacz czy precyzyjny rozsiewacz nawozów to inwestycja, która też by mnie interesowała – dodaje.
Konieczność dodatkowego zarobku i wyzwania związane z konkurencją ze strony agrokoncernów
Choć w rozmowie powiało nutką optymizmu, to sytuację tę uzasadnia tylko fakt, że rolnik jest typowym dwuzawodowcem (Biniewicz pracuje też w branży nawozowej jako doradca). – Rolnictwo coraz bardziej staje się u mnie hobby niż możliwością utrzymania rodziny. Dwuzawodowość ratuje mnie w tym momencie – przyznaje Wojciech Biniewicz i zaznacza, że w jego ocenie, przyszłość gospodarstw rolnych w Polsce stoi generalnie pod dużym znakiem zapytania, zwłaszcza w kontekście akcesji Ukrainy do UE. – Ja byłem kilkukrotnie na Ukrainie. Te gospodarstwa to nie są gospodarstwa rodzinne. To są potężne firmy, kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy ha. Tam koszty są liczone inaczej, a więc polskie rodzinne rolnictwo nie ma szans bezpośrednio zderzyć się z takimi podmiotami. To samo z rolnictwem z obszaru Mercosur… Tak więc małe, polskie gospodarstwa rolne chcąc nie chcąc muszą zacząć myśleć o innej pracy, o dodatkowych źródłach zarobku – mówi rolnik.
Potrzeba wyższych cen interwencyjnych i kryzys pokoleniowy na wsi
Powinny też mieć zapewnioną większą stabilność cenową, uważa Biniewicz. Państwo musi w końcu – w ocenie rolnika – bardziej stanowczo zadziałać, aby podwyższony został poziom cen interwencyjnych. – Te stawki nie zmieniły się od ponad 20 lat, a powinny. Ustanowienie cen interwencyjnych na wyższym poziomie, tj. takim, który zapewnia dochód rolnikowi, „zmusiłoby” podmioty skupujące do stosowania adekwatnych stawek w rozliczeniach z rolnikami – tłumaczy Biniewicz. To też tworzyłoby większą gwarancję dla koniecznych inwestycji w rolnictwie. Bez tego gospodarstwa będą masowo upadać. – Już dziś widać na moim terenie, jak wielu gospodarzy woli wydzierżawić swoją ziemię, niż się nią zajmować. Młodzi nie chcą zostawać na gospodarstwach – przyznaje rolnik i dodaje, że oczywiście do tej sytuacji przyczynia się także rozgoryczenie gospodarzy z powodu źle działającego systemu szacowania suszy rolniczej, ubezpieczeń rolniczych czy choćby brak działań w zakresie retencji wody.
Krytyka unijnej polityki rolnej oraz ostrożna nadzieja na przyszłość
W jego ocenie, w tym kontekście zawodzi też unijna polityka rolna. – Pomoc modernizacyjna w zasadzie skończyła się w latach 2020. Obecna (ale i przyszła) polityka rolna przyczynia się do powstawania skansenu w rolnictwie. Do tego ekologia, ograniczenia, biurokracja. A żywność za chwilę kupimy z zewnątrz – mówi Biniewicz.
Na koniec rozmowy przyznaje, że czuje jak bardzo pogorszyły się nastroje sąsiadów. – Generalnie rolnicy lubią narzekać, ale w tej chwili nawet nie chce im się mówić, jak trudno jest. Widzę tę rezygnację i poczucie braku szansy na poprawę. I to jest najbardziej smutne. Ja mam jednak nadzieję, że te ceny płodów rolnych zaczną w końcu rosnąć. Już trochę odbicia cenowego w rzepaku widać, ze zbożami będzie za chwilę tak samo. Myślę też, że i kukurydza w tym roku wyjdzie lepiej. Ja wiem, że geopolityka i inne okoliczności na świecie mają ogromny wpływ na polskie podwórko, ale mimo wszystko jestem dobrej myśli, że jest to ostatni tak kiepski rok w rolnictwie – mówi Wojciech Biniewicz.
Agnieszka Kozłowska
