Podwyżki w skupach mleka i susza na zachodzie Europy
Uff, w mleczarstwie trochę powiało optymizmem. We wrześniu najwięksi gracze na polskim rynku podnieśli ceny skupu o 10–15 groszy. To pierwsza taka duża i powszechna podwyżka od roku, wcześniej niektóre spółdzielnie wypłacały ekstra premie. I tutaj trzeba zadać pytanie: czy to już koniec kryzysu i teraz będzie już tylko lepiej?
Na tak postawione pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Nasz rynek podąża za Europą Zachodnią, dokąd najwięcej eksportujemy. A tam mleko drożeje głównie z powodu suszy. W południowych Niemczech zebrano o połowę mniej paszy niż zazwyczaj. Na pograniczu francusko-szwajcarskim toczy się wojna o siano. Szwajcarzy podkupują tę paszę Francuzom, którzy postawili na nogi służby celne, aby zapobiegać przemytowi siana do Szwajcarii.
Trochę to śmieszne i trochę straszne. Z tego choćby powodu produkcja mleka w Europie rosnąć nie powinna. Jednak rynek światowy uzależniony jest także od produkcji w Nowej Zelandii i Stanach Zjednoczonych, które również dużo eksportują. Nowej Zelandii, przynajmniej na razie, żadne rynkowe i pogodowe perturbacje nie zagrażają. W USA natomiast coś zaczyna się dziać. Tam farmerzy zarabiają sprzedając mleko, ale przede wszystkim produkując cielęta (krzyżówki z rasami mięsnymi). Od ceny tych cieląt zależą ich zyski. A te cielęta zaczęły tanieć, jednocześnie rosną ceny pasz i coś w tym superbiznesie przestaje się spinać.
Na dodatek, Donald Trump chcąc nieco uspokoić opinię publiczną przed wyborami w listopadzie zgodził się na bezcłowy import 300 tys. ton wołowiny. To wszystko nie przyczyni się do napędzania dalszego wzrostu produkcji mleka w Stanach Zjednoczonych i dla nas jest dobrą wiadomością, bo europejskim produktom bardzo trudno konkurować poza UE z tanim amerykańskim serem czy masłem.
Duński odwrót od hodowli – zagrożenie dla importu warchlaków
Dania to kolejne państwo po Holandii w Europie, które przystępuje do konsekwentnej i planowej likwidacji swojego rolnictwa. Niedawno zmieniono tam nazwę ministerstwa rolnictwa na Ministerstwo Przyrody i Ochrony Zwierząt. Tamtejszy rząd chce zalesić 10% użytków rolnych i zakazać stosowania jakichkolwiek pestycydów na kilkuset tysiącach hektarów ziemi rolnej.
Kolejny pomysł, to drastyczne zaostrzenie przepisów dotyczących dobrostanu zwierząt i znaczące ograniczenie eksportu prosiąt. Kontrolą dobrostanu zwierząt zajmie się Ministerstwo Sprawiedliwości. Czyżby to prokuratorzy a nie lekarze weterynarii mieli ganiać po chlewniach i sprawdzać, czy warchlaki mają ogony? To na prawdę głupi pomysł. Mogą w ten sposób co najwyżej jakiś ASF do chlewni zawlec.
Tak się składa, że wwozimy z Danii ponad 7 mln prosiąt rocznie i trudno sobie wyobrazić bez nich produkcję trzody w Polsce. Oczywiście Duńczycy nie przestaną produkować i eksportować prosiąt z dnia na dzień. To będzie proces, który musi potrwać co najmniej kilka lat i te kilka lat musimy wykorzystać na odbudowę produkcji prosiąt w Polsce. Ale co do jednego możemy być pewni – duńskich prosiąt może być mniej i będą z nimi problemy.
Odbudowa krajowego stada świń: czy Polska wykorzysta swoją szansę?
Wobec takiej perspektywy 2000 złotych dopłaty do zakupionej loszki to dobry początek. Jednak to za mało, zwłaszcza przy obecnych cenach skupu tuczników. Jeśli nie wykorzystamy okazji, jaka się nadarza, to duńskie prosięta odrodzą się jak Feniks z popiołów choćby na Ukrainie.
Wojna, która tam się toczy, powoli zmierza ku końcowi, a jak nad czarnoziemami przestaną latać rakiety, to na Ukrainę polecą inwestorzy. Nie trzeba mieć nie wiadomo jakiej wyobraźni, żeby przewidzieć, że Polska może stać się zapleczem produkcji prosiąt dla Ukrainy. Jesteśmy siedem razy więksi od Danii i produkcja prosiąt na potrzeby własne i dla sąsiadów na pewno nie obciąży środowiska tak jak w tym niewielkim kraju, gdzie gleby zatrute zostały cynkiem z gnojowicy.
Paraliż szlaków na Morzu Czarnym a eksport ziarna
A jeśli już wspomniałem o wojnie, to warto przyjrzeć się temu, co dzieje się na Morzu Czarnym, a raczej temu co się tam nie dzieje. Jak dotąd ziarno nie płynie ani z Rosji, ani z Ukrainy. Ukraińcy lądem mogą wywieźć co najwyżej połowę tego, co zbiorą i zapłacą znacznie więcej za transport.
To całkiem nieźle, bo eksperci szacują, że Rosjanie, którzy zapowiedzieli, że uruchomią transport przez Morze Bałtyckie, wywiozą w ten sposób około 10% zbiorów, bo zboże jest na południu, a Bałtyk na północy. Na dodatek, rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych odrzuciło propozycję zawieszenia ataków na porty i statki, bo „opóźniłoby to zakończenie wojny”. W czasach słusznie minionego ustroju funkcjonowało hasło, iż „rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu”.
Paweł Kuroczycki
