Gabrielę trudno złapać. Jest wulkanem energii, a ta przemieszcza ją nieustająco. Kiedy w końcu udaje się zasiąść do rozmowy, właśnie wyszła ze spotkania, a kiedy będziemy kończyć, ona będzie już w biegu na kolejne.
Gabriela tęskniła za miastem i nie wyobrażała sobie życia na wsi
– Nie byłoby Krainy Rumianku, gdyby nie ja i mój nieżyjący już mąż Janusz. Poznaliśmy się na studiach w Lublinie. On z samego Podedwórza, ja z wioski pod Kraśnikiem. Studiował prawo, ja pedagogikę specjalną. Obiecał mi, jeszcze przed ślubem, że będziemy mieszkać w mieście. Nie znosiłam wsi. Urodziłam się w biednej chłopskiej rodzinie. Całe życie siedziałam w burakach, pełłam te buraki, bo u nas głównie gleby „pszenno-buraczane”. Miasto – i koniec kropka. Powiedział, że dobrze, ale po ślubie okazało się, że nie widzi życia poza Podedwórzem. Wrócił, zaczął pracę w Urzędzie Stanu Cywilnego. Wściekałam się, ale wróciłam z nim. Zobaczyłam małą wieś, gminę złożoną z trzynastu sołectw bez ośrodka kultury, za to ze sklepami z alkoholem. A pracownicy gminy mówili, że nie da się wiele zrobić, bo na kulturę nie będzie pieniędzy. To było czterdzieści lat temu – wspomina Gabriela.
Nauczycielka zakłada we wsi stowarzyszenie
Szukała pracy w szkole i kiedy ogłoszono konkurs na dyrektora szkoły, zgłosiła się, a że nie było kontrkandydatów, została dyrektorką.
– To był błogosławiony czas. Ja – szalona, więc udało się wprowadzić powoli trochę zmian, chociaż nie lubiano mnie. Ludzie tam od lat spokojnie żyli, a tu ktoś obcy przyjeżdża i zakłada teatry, stowarzyszenia. Też pewnie bym tak się czuła. Po dwóch latach dyrektorowania założyłam z udziałem nauczycieli i rodziców Stowarzyszenie Aktywizacji Polesia Lubelskiego. Liczyłam na to, że skoro nie ma pieniędzy w gminie, a my chcemy robić kulturę, to będziemy zdobywać granty. Gdzie się tej aktywności nauczyłam? Nie, nie w domu. Dom był raczej cichy, spokojny. Ja się chyba z takim genem urodziłam. Od dziecka musiałam być w ruchu. Już w podstawówce założyliśmy teatr szkolny, w którym grałam Hankę Bielicką z „Podwieczorka przy mikrofonie”. Pisałam dla teatru teksty pod lokalne problemy. Cała wieś ciągnęła na nasze przedstawienia – mówi prezeska.
Kraina Rumianku powstawała dzięki zaangażowaniu mieszkańców wsi
Stowarzyszenie przejęło w 2001 roku od gminy budynek nieczynnej od piętnastu lat szkoły w Hołownie. Gabriela mówi, że to był istny „straszny dwór”.
– Mój mąż zaczął chodzić po domach i namawiać ludzi do udziału w remoncie. Mieszkańcy nie wierzyli, że się uda – bez pieniędzy brać się za remont? Miał tam powstać dom kultury. Byłam wtedy wychowawczynią w pierwszej klasie gimnazjum. Przyjeżdżałam z dzieciakami, sprzątaliśmy teren, a mieszkańcy powoli dołączali. Ktoś przyniósł okno, ktoś inny worek cementu. Stwierdziliśmy, że nie mamy pieniędzy na nowe meble, więc nie bardzo da się zrobić dom kultury, ale mieliśmy sporo sprzętów z odzysku i zaświtał nam w głowach pomysł. Pracując w szkole, wiedziałam, że od 1999 roku w programach szkolnych funkcjonuje edukacja regionalna jako ścieżka międzyprzedmiotowa. I zdecydowaliśmy, że organizujemy ośrodek edukacji regionalnej. Że będą przyjeżdżać dzieci z nauczycielami i dowiadywać się, jak żyli przodkowie – opowiada Gabriela.
Stowarzyszenie uczy pieczenia chleba i lepienia garnków
Umeblowali pracownie etnograficzne sprzętami przekazanymi przez mieszkańców. W prace zaangażowały się starsze mieszkanki wsi. Stowarzyszenie posiało poletko lnu, a potem uczyło dzieci, jak wygląda proces od posiania do utkania płótna.
– Pojechałam do wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli i zareklamowałam ofertę. Wiedziałam, że nauczycielom brakowało narzędzi, żeby w szkołach na godzinach wychowawczych robić edukację regionalną. A u nas dzieciaki mogłyby upiec chleb, ulepić garnek, utkać płótno – wspomina hołowieńska społeczniczka.
Warsztaty ruszyły w maju 2004 roku. Gabriela mówi, że to był strzał w dziesiątkę, bo pieniądze z nich można było przeznaczyć na rozwój centrum. Z każdym rokiem przybywało tematów. Stowarzyszenie zasięgało opinii i porad w Fundacji Wspomagania Wsi.
– Podpowiadali nam wiele. W 2008 roku usłyszałam: „Pani Gabrielo, są wioski tematyczne. U was się uprawia rumianek, zróbcie Dolinę Rumianku”. Ja na to, że jeśli już, to Krainę, a poza tym nie wiem, co można zrobić z rumianku, oprócz herbaty. U nas uprawia się to ziele od dziesięcioleci, to największe zagłębie rumiankowe w Europie – mówi Gabriela.
W Krainie Rumianku można przenocować w stuletnim domu
Fundacja pomogła im napisać wniosek do programu EQUAL dedykowanego obszarom wiejskim. Stowarzyszenie otrzymało wtedy 80 tys. zł dotacji na szkolenia z zakresu tworzenia wiosek tematycznych. Okazało się szybko, że Kraina Rumianku to jeden z najlepiej zrealizowanych małych projektów w Polsce. Dostali nagrodę za kultywowanie lokalnej gwary – języka chachłackiego, którym mówi się na pograniczu polsko-białoruskim i polsko-ukraińskim. Stowarzyszenie stworzyło grę terenową i napisało scenariusze, m.in. do przedstawienia „Szeptucha i Czmut”. Część scenariuszy powstała we współpracy z Muzeum Wsi Lubelskiej. Było haftowanie rumianków i malowanie garnków w rumianki. Do Hołowna zaczęły przyjeżdżać coraz liczniej grupy z całej Polski. Pytano o zielone szkoły i bazę noclegową, więc stowarzyszenie zdecydowało się na jej budowę, zaciągając kredyt na łączną sumę 700 tys. zł.
– Zarząd stowarzyszenia ręczył za to własnym majątkiem, więc Kraina wymagała od nas poświęceń. W 2018 roku szczęśliwie wszystko spłaciliśmy. To było szaleństwo, ale mamy teraz całą infrastrukturę. Jest baza noclegowa z ponad czterdziestoma miejscami, w tym w domu z gliny i stuletnim domu drewnianym. Moja córka na sąsiedniej posesji prowadzi agroturystykę i to nam daje kolejnych dziesięć miejsc – mówi Gabriela.
Warsztaty w Krainie Rumianku prowadzą profesjonaliści
Na początku warsztaty prowadziły lokalne gospodynie. Dziś prowadzą je miejscowe i dojeżdżające z sąsiedniego powiatu osoby z wyższym wykształceniem, które są zatrudnione na umowy o pracę. W sezonie potrzebnych jest około dwudziestu instruktorów – w Krainie pracuje się w grupach dwudziestoosobowych, a naraz potrafi przyjechać około dwustu dzieci.
Sezon trwa od maja do października/listopada, z przerwą na wakacje. Podobno mikołajki w Krainie Rumianku to najlepsza tego typu impreza w Polsce. W domku św. Mikołaja święty wraz z elfami częstują gorącą czekoladą, dzieci mają kulig – bez względu na pogodę – i warsztaty. W ostatniej edycji każde dziecko wyjechało z gwiazdą kolędniczą. Są kiermasz świąteczny, ścianka do zdjęć, lodowy dmuchaniec. Wszystkie te atrakcje za niewiele.
– U nas za tego typu spotkanie trzeba zapłacić około 100 zł. Za to dzieci mają pięć godzin zajęć. Wiem, to niedużo, ale wielu z nas pracuje w stowarzyszeniu społecznie od lat. W 2018 roku okazało się, że mam guza mózgu. Wyszłam z tego szybciej, niż sądziłam, i powiedziałam do koleżanki Grażyny: „Słuchaj, mamy jeszcze coś do zrobienia widocznie. Musimy coś zrobić, tym razem dla dorosłych. Coś ze zdrowym stylem życia”. Za pożyczone pieniądze kupiliśmy posesję z ponadstuletnim domkiem i spichlerzem i za kolejną pożyczkę zaczęliśmy remont. Dostały się nam jeszcze dwa granty z Narodowego Instytutu Wolności. Dziś mamy półhektarowy ogród ziołowy i Manufakturę Zielarską, w której robimy warsztaty zielarskie „Zioła w kuchni, medycynie ludowej i kosmetyce”. Panie robią preparaty dla zdrowia i urody, z chwastów gotujemy pyszności, a dla dzieci mamy warsztaty „Czerwony Kapturek w Krainie Rumianku”. Najmłodsi robią ziołowe preparaty dla chorej babci – zachwala ofertę Gabriela.
Gabriela radzi co robić z przeciwnościami losu
Do Krainy Rumianku można przyjechać na dzień albo dwa. Gabriela mówi, że tajemnicą miejsca jest rodzinna atmosfera, o którą dbają prowadzący i członkowie stowarzyszenia. Rocznie tę atmosferę chłonie około piętnastu tysięcy gości. Wdzięczność i zachwyt zostają we wpisach w kronikach.
– Kultywujemy tradycję, uczymy szacunku do pracy przodków i naszej ziemi. Siejemy len, dzieci patrzą, jak rośnie i kwitnie. Piorą odzież w starodawnym „Vizirze”, czyli w zaparzonym wodą popiele z pieca chlebowego. Wcześniej płukaliśmy w rzece, teraz przy studni z żurawiem – mówi prezeska Krainy Rumianku.
Pytam, co mogłaby doradzić wszystkim, którzy chcą zorganizować we wsi ciekawe miejsce.
– Potrzebny jest lider. Czytałam, że Amerykanie zbadali, że pojawia się raz na 75 tys. ludzi, czyli niewielu tych liderów. Trzeba mieć zapał, ale nie słomiany, jak u wielu. Nie wolno zrażać się trudnościami. Bo lider zawsze będzie krytykowany, będą podejrzenia, że coś się za tym kryje, że coś z tego ma. Znajdą się też tacy, którzy będą przeszkadzali. To są tak zwane pniaki. Pniaków nie wyrywamy, tylko je omijamy, ale z życzliwością, miłością modlimy się za nich. I konsekwencja w działaniu! Nie zatrzymujemy się. Właśnie wymyśliliśmy reaktywację dawnych ławeczek sąsiedzkich. Kiedyś ludzie siadali na nich i rozmawiali. Odtworzyliśmy metodą gospodarczą dwanaście ławeczek i mamy nadzieję, że będzie na nich kwitło życie – także poza rumiankową zagrodą – kończy Gabriela.
Karolina Kasperek
