siatkarki Janków PrzygodzkiKarolina Kasperek
StoryEditorWieś i rodzina

Siatkarki z GLKS „Barycz” Janków Przygodzki mają na koncie aż 8 medali mistrzostw Polski

18.11.2023., 12:00h
W Jankowie Przygodzkim, w gminie Przygodzice pod Ostrowem Wielkopolskim, działa Gminny Ludowy Klub Sportowy. Pewnie spodziewacie się teraz, że będzie za chwilę o chłopakach kopiących piłkę. Będzie trochę inaczej – nie chłopaki, a dziewczyny, i nie kopią, a odbijają nad siatką. I to podobno absolutnie wyjątkowy klub na mapie Polski.

Gminny Ludowy Klub Sportowy "Barycz" Janków Przygodzki

Późny wieczór, ale hala sportowa szkoły podstawowej im. Orła Białego w Przygodzicach tonie w świetle. W hali huk, słychać tylko dźwięk odbijanej od parkietu z impetem piłki. Dziewczyny serwują z werwą, przykucają, przyklękają, czasem dają nura na parkiet. Sporo tutaj można się nauczyć o kobiecej sile, gniewie i determinacji. Gminny Ludowy Klub Sportowy „Barycz” Janków Przygodzki trenuje siatkarki. Jest wyjątkowy, bo grają w nim nie tylko dziewczyny z Przygodzic, Ostrowa Wielkopolskiego i okolicznych wsi, ale też z Sycowa, Kotlina, czy nawet Kostrzyna pod Poznaniem. Siatkarki największe sukcesy osiągają w siatkówce plażowej. Dziś mają na koncie 8 medali mistrzostw Polski, około 60 medali mistrzostw Wielkopolski. W latach 2020 i 2021 byli klubem najlepiej w Polsce szkolącym młodzież w siatkówkę plażową kobiet. To laur przyznawany przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. Kiedy tylko słońce wyżej nad horyzontem, trenują na swojej plaży w Jankowie Przygodzkim.

Tajemnica sukcesu GLKS-u "Barycz" Janków Przygodzki

Z treningu porywamy na rozmowę najpierw kilka młodszych zawodniczek. Siadamy na wąskich ławeczkach w pokoju trenera, którego w biegu pytamy o to, co jest tajemnicą sukcesu.

– Sukces to między innymi dbanie o to, żeby dziewczyn nie „zajeżdżać”. Cały cykl polega na tym, żeby tak samo dbać o trening, jak i kulturę wypoczynku. Często jest tak, że kluby idą na wynik, poświęcając te najlepsze zawodniczki. One za dużo minut spędzają na boisku. To jest bardzo widoczne w klubach, które bazują na młodzieży. Czyli w tych, które grają o medale – w kadetce, czyli juniorce młodszej, juniorce i drugiej lidze. Kiedy dziewczyny są obciążone, skutkuje to przewlekłymi drobnymi urazami, które powodują później poważniejsze kontuzje – mówi Michał Wachowski, trener siatkarek z GLKS „Barycz” Janków Przygodzki.

Mówi, co nie dziwi, że bardzo ważny jest sen. Przed meczem, po intensywnych treningach, potrzebne jest dziewczynom 8, a nawet 10 godzin snu.

– Wiem, że trudno ten czas znaleźć. I wątpię, żeby się tego reżimu zawsze trzymały, bo to są niezwykle ambitne dziewczyny. I oprócz tego, że świetnie grają, to kiedy sprawdzamy – bo sprawdzamy oceny w szkole – to okazuje się, że mają świetne wyniki. My tak robimy. Dla mnie to bardzo ważne, żeby oprócz rozwoju fizycznego, następował też ten mentalny, intelektualny. Tu mamy zawodniczkę, która poszła do liceum, a w ósmej klasie miała średnią 6.0. Reszta ma średnią w granicach 5,3 – 5,4 – mówi Michał i dodaje, że jego życiowym mottem jest „kto chce, szuka sposobu, kto nie chce, szuka powodu”.

Co takiego ma w sobie siatkówka?

Sam stosuje tę zasadę. Mówi, że kończył dwa kierunki na uczelniach i nie opuścił ani jednego treningu i ani jednego meczu. Jest rehabilitantem i specjalistą od obrotu nieruchomościami.

– Żeby zostać trenerem, trzeba mieć przede wszystkim pasję. Ona potem udziela się dziewczynom. Ale rzeczywiście trenowanie drużyny kobiecej jest zupełnie inne niż prowadzenie męskiej. Tu często bardziej niż trenerami jesteśmy psychologami. W żeńskiej grupie wystarczy, że jedna nie tak spojrzy na drugą – mówi trener.

Gosia, Blanka i Laura mają 14 lat, Marta ma 15 lat. Gosia i Blanka są w pierwszej klasie liceum na profilu biologiczno-chemicznym, Marta jest na matematyczno-fizycznym, a Laura – na sportowym. Marta gra od dwóch lat, pozostałe – od czterech. Na wsi – w pobliskiej Topoli – mieszka Laura, reszta rozmówczyń w Ostrowie. Na treningach spotykają się trzy razy w tygodniu, czasami na kilka dobrych godzin. Pytam, co im się najbardziej w tej siatkówce podoba.

– To, że jest tyle różnych zagrań i kombinacji. To inteligentna gra. Dużo bardziej niż piłka nożna – mówi Gosia.

Można na przykład zrobić „skrót”, czyli zmylić przeciwnika. Udać, że planuje się mocne uderzenie, tymczasem w ostatniej chwili zawodniczka zwalnia i piłka powoli szybuje, wyprowadzając w pole obronę rywalek. Można też „obić blok na zewnątrz”, czyli tak odbić piłkę, że obrona drugiej strony dotknie jej, ale piłka wyjdzie na out. I wtedy jest punkt.

Czy zawodniczki GLKS-u "Barycz" Janków Przygodzki są na diecie?

Mówią, że nie muszą mieć specjalnej diety, ale starają się zdrowo odżywiać. Gosia próbuje unikać słodyczy.

– Czasem, wiadomo, zje się coś mniej zdrowego, ale nie codziennie – mówi Gosia, a Blanka przyznaje, że nie lubi fast foodów.

Czy da się godzić naukę z piłką?

Mówią, że tak. Gosi lepiej idą ścisłe przedmioty, do humanistycznych trzeba się przyłożyć. Blanka lubi naukę o roślinach i zwierzętach. Marta lubi matematykę, z fizyką jest trochę gorzej. Laura lubi geografię, ale nie wie jeszcze, kim zostanie. Czy chcą związać karierę z siatką? Jeszcze nie wiedzą.

– Wiadomo, że jeśli chce się grać zawodowo, to trzeba być naprawdę wybitnym. I mieć warunki, czyli wzrost, mięśnie – mówią.

Dziewczyny wracają na trening, a ja porywam z parkietu dwie kolejne zawodniczki – Kasię i Dominikę. Kasia ma 27 lat i jest kapitanem drużyny. Mieszka w Sulisławiu – małej wsi oddalonej o 25 kilometrów od Przygodzic, w gospodarstwie. Trenuje od 14 lat, od 8 sama jest trenerką. Dominika jest od niedawna pełnoletnia i mieszka w Topoli.

Siatkówka a życie na wsi

Kasia dojeżdżała do Ostrowa do liceum i trenowała w Przygodzicach popołudniami. A potem wracała do gospodarstwa, za którym dziś tęskni, więc rozmowa o siatkówce plażowej splata się ze wspomnieniami jak z obrazka.

– Tęsknię za takim życiem. Mieliśmy świnie, krowy, gęsi, kaczki, króliki. Te ostatnie są do teraz. Na podwórku stała stara zielona „trzydziestka”. Pamiętam, jak z dziadkiem i babcią zbieraliśmy ziemniaki na kołówkę. Jak było świniobicie, to świnia mogła zostać na dworze, taki był mróz. Nie trzeba było wkładać do zamrażarki. Pamiętam, jak się wiadrami paszę nosiło. Człowiek był jakoś związany z tą tradycją, z tą rutyną. Zbierało się liście, jak jesień przychodziła. Ziemniakom robiło się kopiec. W czasie żniw jeździłam ciągnikiem. Pomagałam też tacie przy samochodach. Żyło się tym rytmem, w tym wszystkim kościół. Kiedy chodziło się do niego, życie było jakoś uporządkowane. Człowiek czasem zapominał, ale tam przypomniano mu, że teraz takie święto, a za chwilę jakieś inne. Kiedy poszłam do liceum i zaczęłam grać, gospodarstwo zaczęło podupadać, coś sprzedaliśmy, coś wydzierżawiliśmy – opowiada.

Kasia miała jakiś czas żal do rodziców, że nie zapisali jej dużo wcześniej na zajęcia sportowe. Dziś wie, że odległość od dużego miasta wszystko czyni trudniejszym. Wie też, że sport uczy wielu cennych umiejętności i wyrabia charakter.

– Otwarcia, ekspresji, może jakiejś charyzmy, dyscypliny i przede wszystkim niesamowitego dystansu do siebie. Nie wstydzimy się swojego ciała. Kiedy żyłam tylko w gospodarstwie, nie byłam taka otwarta. Treningi otworzyły mnie na ludzi – mówi kapitanka.

Dominika mieszka w Topoli w domu z ogródkiem, ale świetnie czuje się w gospodarstwie brata dziadka.

– Rok temu jeździłam na żniwa, pomagałam, jeździłam ciągnikiem. Przez trzy ostatnie lata mieszkałam w mieście – najpierw w Szamotułach, potem w Poznaniu. Jazda na tę wieś to była taka odskocznia! Tu tramwaje, autobusy, korki. A tam – nawet w ferworze pracy jakiś spokój – mówi Dominika.

Wieś uczy życia 

Kasia tak związała się ze sportem, że skończyła AWF, ale jest też absolwentką oligofrenopedagogiki. Pracuje w szkole z dziećmi z najróżniejszymi deficytami, ale też trenuje najmłodszych. Dominika jest na profilu biologiczno-geograficznym i myśli, żeby też wybrać studia związane ze sportem.

Bez siatki żadna nie potrafi żyć. A granie w drużynie sprawia, że tworzą się nierozerwalne przyjaźnie. Mówią, że poszłyby za sobą w ogień.

– Zaczęłam pracę z dziećmi i kiedy pomyślę sobie o jakimś życiu prywatnym – którego nie mam – to nie wyobrażam sobie zostawiać dla niego tych maluchów – mówi Kasia i dodaje, że dziś dzieciaki są chyba bardziej wrażliwe i bezradne, ale też mniej kreatywne.

Życie na wsi uczyło kreatywności, a praca ze zwierzętami siły i odporności. Pamiętam, jak dziadek zabijał kurę. Nie mogłam na to patrzeć, bo byłam wrażliwa. Ale widziałam, jak robi to z szacunkiem, jak mu się łza kręci w oku. Albo jak doglądał królików, witał się z nimi, głaskał. Nie ma gospodarstwa, ale dziś sport jest lekarstwem na kiepski nastrój – mówi kapitanka.

Dominika podpisuje się pod tym obiema rękami.

image
Miastowi szykanują rolników

Zapach obornika jako kulturowe dziedzictwo wsi?! Tak, to możliwe

Karolina Kasperek

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
02. marzec 2024 06:53