Wojtek już na początku zaznacza, że choć gospodarstwo przejął od swoich rodziców, to gospodarzy na nim razem z żoną Heleną, która wniosła do małżeństwa kawałek swojego gospodarstwa i bez niej nie byłoby marki „Banert”.
– To nie jest tylko moja inicjatywa, moja „impreza”. Całą rodziną pracujemy, jak to w rolnictwie – kiedy jest potrzeba, wszystkie ręce na pokład. Pomagają nam i prawie dorosłe już dzieci, i rodzice, kiedy jest kumulacja prac – mówi Wojtek.
Gospodarstwem zajął się w wieku 20 lat, kiedy zakładał rodzinę. Nie był do tego przygotowany edukacyjnie, ponieważ skończył liceum ekonomiczne.
– Liceum przygotowało mnie może do handlu, ale nie do zajmowania się gospodarstwem. Zrobiłem kilka kursów w ODR, ale większość wiedzy zdobywałem w praktyce, metodą prób i błędów. Dziś lubię śledzić influencerów rolniczych – opowiada.
Dziadkowie rolnika z Tychów utrzymywali się z hodowli bydła
Banertowie gospodarują na dwunastu hektarach, dzierżawią też osiemnaście hektarów łąk. Wygorzele jeszcze kiedy ojciec Wojtka był mały, były wsią. W latach 70. ubiegłego wieku włączono je w obręb miasta. Dziś jednak w okolicy wciąż działa około dwudziestu gospodarstw.
– Nie dokładamy, inwestujemy i jeszcze coś zostaje, ale to wymaga pracy nawet po siedemnaście godzin. Dziadek żył wyłącznie z gospodarstwa, tata przejął i też zajmował się tylko gospodarstwem – hodował bydło mleczne. W 2000 roku okazało się, że nie da się wyżywić z tego rodziny z czworgiem dzieci, więc ojciec dołożył do tego etat. Sam jeszcze pamiętam krowy, to była ekstensywna hodowla. Pasły się od maja do listopada. Sam doiłem i mleko było pyszne, ale wydajność była mała i w końcu zamknęliśmy tę hodowlę – wspomina Wojtek.
