Hodowla świń jest w tym gospodarstwie tradycją. W zasadzie towarzyszy rodzinie Kaczmarków od pokoleń. Dziś, po wielu latach w branży, Dariusz i Renata Kaczmarkowie patrzą na branżę z troską i niepokojem. Rolnik nie ukrywa, że poza biznesem jest to jego pasja, z którą szedł przez życie i którą zarażał też synów: Bartosza i Huberta. Jednak o kontynuację rodzinnej tradycji w świetle kondycji branży i perspektyw ewentualnego rozwoju hodowli może nie być łatwo.
Zboże przepuszcza przez świnie
To typowe rodzinne gospodarstwo – i to w regionie, który kiedyś mocno stał produkcją zwierzęcą.
– Rolnicy masowo rezygnują z produkcji zwierzęcej, ze świń w szczególności. Poza wahaniami rynkowymi i brakiem przewidywalności, wszyscy boją się chorób. Afrykański pomór świń zrobił swoje i mimo że nasze gospodarstwo jest wciąż jeszcze w kurczącej się białej strefie i zaraza nigdy nie dotyczyła nas bezpośrednio, w naszej wsi zostało poza nami tylko dwóch rolników utrzymujących trzodę – mówi Kaczmarek i dodaje, że kiedyś w niemal każdym obejściu były tu zwierzęta. Dziś to już tylko wspomnienie.
Łączenie produkcji roślinnej ze zwierzęcą miało i nadal ma uzasadnienie. Poza tym, że w naturalny sposób zamyka obieg składników pokarmowych, bo zwierzęta dostarczają naturalnych nawozów, które poprawiają żyzność gleby, a rośliny produkują pasze niezbędne do hodowli, zwiększa również stabilność ekonomiczną. Nie od dziś wiadomo, że wspólne prowadzenie upraw i hodowli czyni gospodarstwo bardziej zrównoważonym, wydajnym i odpornym na kryzysy. Boleśnie odczuwają to dziś producenci zbóż w Polsce.
– Ten rok jest szczególnie trudny dla rolników, którzy nie utrzymują zwierząt gospodarskich. My tanie obecnie zboża przepuścimy przez świnie i w konsekwencji coś zostanie. Ci, którzy nie mają takiej możliwości, są dziś zdecydowanie pod kreską – analizuje hodowca i dodaje, że w jego gospodarstwie wystarcza zbóż na pokrycie potrzeb żywieniowych świń. Niewielką ilość, która zostaje, sprzedaje na wolnym rynku.
