Aktualna sytuacja na rynku trzody chlewnej w Polsce charakteryzuje się wyraźnym rozdźwiękiem pomiędzy poziomem cen a realną kondycją ekonomiczną gospodarstw. Z jednej strony producenci obserwują ceny skupu, które w wielu przypadkach przewyższają poziomy notowane w Niemczech, z drugiej jednak narastająca presja kosztowa, rosnący import oraz zmiany strukturalne w Unii Europejskiej powodują, że opłacalność produkcji pozostaje niska, a w wielu przypadkach wręcz ujemna. Rynek znajduje się w fazie pozornej stabilizacji, która w rzeczywistości maskuje głębsze problemy systemowe.
Kluczowym problemem pozostaje struktura kosztów produkcji, która w ostatnich miesiącach uległa istotnemu pogorszeniu. Szczególnie dotkliwe są wysokie ceny komponentów białkowych, zwłaszcza śruty sojowej, a także energii i paliw. Choć ceny zbóż paszowych wykazują względną stabilizację, nie jest to czynnik wystarczający do poprawy rentowności. Szacunkowy koszt produkcji tucznika w cyklu zamkniętym wynosi obecnie około 5,15 zł/kg żywej wagi, co daje teoretyczną niewielką nadwyżkę. W praktyce jednak środki te pochłaniane są przez amortyzację, obsługę zadłużenia oraz kompensowanie strat z wcześniejszych okresów.
Chwilowa poprawa cen świń stłumiona przez import
Maciej Łagoda, producent tuczników z Wielkopolski, który ma w gospodarstwie 1200 stanowisk do tuczu, uważa, że brakuje świń i cena powinna rosnąć. Tylko że tak się nie dzieje. Dlaczego? Sytuacja jest uzależniona od czynników zewnętrznych, przede wszystkim od rynku niemieckiego. Zdaniem naszego rozmówcy można ściągnąć o wiele tańszą wieprzowinę, co pogarsza pozycję krajowych producentów i wywiera presję na krajowe ceny.
– Bardzo dużo świń jedzie z Niemiec. Zakłady mają podpisane kontrakty, a do tego dochodzi ogromny import gotowych elementów, bloków mrożonych, szczególnie z Belgii, które trafiają do przetwórstwa i obniżają koszty zakładów. Obecna stagnacja w Niemczech oznacza ograniczone możliwości wzrostu cen w Polsce – wskazuje Łagoda.
Od kilku tygodni cena niemiecka stoi w miejscu na poziomie 1,70 euro. Po przeliczeniu daje to mniej więcej 7,20 zł za kilogram w klasie E. Ceny tuczników w Polsce utrzymywały się ostatnio powyżej niemieckich stawek (choć w ostatnim tygodniu zanotowaliśmy zanczącą obniżkę i stawki wahają się między 7 a 7,20 zł za kg w klasie E). Polska w sytuacji niedoboru krajowego surowca nie jest w stanie wykorzystać przewagi, a import skutecznie równoważy rynek, ograniczając wzrost cen.
– Prognozuje się, że giełda niemiecka może podskoczyć nawet o 5–10%. I to jest realne, bo Polska w tej chwili w pewnym sensie „czyści” tamtejszy rynek, ściągając świnie. Jeżeli Niemcy podniosą cenę, to nasze zakłady też będą musiały. Tylko to znowu pokazuje, że niemieckie notowania stanowią punkt odniesienia dla cen w Polsce i nie jesteśmy samodzielni – opisuje mechanizm kształtowania cen Łagoda.
Zysk w tuczu tylko na papierze
Zdaniem Bartosza Czarniaka, rzecznika Polskiego Związku Hodowców i Producentów Trzody Chlewnej „Polsus”, okresowe wzrosty cen nie rozwiązują fundamentalnych problemów branży. Ekspert zwraca uwagę na ogromne różnice w opłacalności pomiędzy różnymi modelami produkcji. Kluczowym elementem analizy rynku jest podział na cykle otwarty i zamknięty. W ocenie Czarniaka to właśnie tutaj ujawniają się największe dysproporcje ekonomiczne.
– Wynika to z tego, że cykl otwarty zależy bardzo mocno od momentu zakupu warchlaka. W praktyce oznacza to, że rentowność produkcji w cyklu otwartym jest uzależniona od wcześniejszych decyzji zakupowych, często sprzed kilku miesięcy – tłumaczy Czarniak.
Szczegółowo wylicza to Maciej Łagoda.
– Jeżeli ktoś kupił warchlaka trzy miesiące temu za około 220 zł, do tego dołożył paszę – powiedzmy 250–275 zł przy FCR na poziomie 2,5 – i koszty dodatkowe rzędu 70 zł do sztuki, to wychodzi koszt produkcji około 4,5 zł za kilogram. Przy dzisiejszej cenie sprzedaży daje to około 1,30–1,40 zł zysku na kilogramie, czyli mniej więcej 170 zł na tuczniku. Na papierze to wygląda bardzo dobrze – wylicza rolnik.
Jednak, jak podkreśla, taka kalkulacja nie oddaje realnej sytuacji finansowej gospodarstw. Rolnik sprzedaje tucznika, zarabia 170 zł, ale musi kupić nowego warchlaka, a ten kosztuje już 400 zł.
– I co się dzieje? Nie zostaje mu nic. Nie ma pieniędzy na inwestycje, na spłatę zobowiązań, często nawet na bieżące potrzeby. Jeżeli dziś kupujemy warchlaka za 400 zł, to razem z paszą i kosztami produkcji wychodzi koszt produkcji kilograma żywca około 5,90 zł. Czyli przy dzisiejszej cenie skupu tucznika wychodzimy na zero. A jeżeli cena żywca za trzy miesiące nie wzrośnie, to dokładamy do interesu. I to jest pułapka, w którą wpada wielu rolników – tłumaczy producent świń z Wielkopolski.
Z analiz Wielkopolskiej Izby Rolniczej wynika, że w kwietniu produkcja w cyklu otwartym generowała straty nawet 235–305 zł na sztuce – pomimo wzrostu cen tuczników.
Pułapka drogich warchlaków
Zdaniem producentów największym problemem nie jest nawet poziom cen, lecz ich zmienność i brak przewidywalności, co sprawia, że rolnicy nie są w stanie planować. To powoduje ogromne zniechęcenie, bo nie ma żadnej stabilizacji. Andrzej Przepióra z Wielkopolskiej Izby Rolniczej uważa, że najlepszym modelem ekonomicznym jest cykl zamknięty albo kooperacja rolników – ktoś produkuje prosięta, ktoś je tuczy. Do tego dochodzą systemy rozliczeń, które stabilizują ceny i ograniczają ryzyko. Przepióra podkreśla, że brak współpracy osłabia pozycję rolników.
– Jesteśmy bardzo słabi we współpracy, co powoduje kłopoty rynkowe – mówi Przepióra.
Maciej Łagoda wskazuje wprost: współpraca i algorytm wyliczania cen dają stabilizację, a rolnik ma pewność, że nie dołoży do produkcji. Model, o którym mówi Łagoda, opiera się na kilku filarach. Producent prosiąt i producent tuczników nie działają jako niezależni uczestnicy rynku, lecz jako partnerzy. Warchlaki trafiają do konkretnych gospodarstw w sposób zaplanowany i powtarzalny. Cena warchlaka i rozliczenie tuczu nie są oparte na bieżącej, zmiennej cenie rynkowej, lecz na ustalonym mechanizmie (algorytmie), który uwzględnia koszty produkcji i dzieli marżę między strony. Najważniejszą funkcją systemu jest ograniczenie ryzyka cenowego, które w modelu otwartym spoczywa niemal wyłącznie na producencie tuczników. Rolnik nie musi jednorazowo angażować dużego kapitału w zakup drogiego warchlaka przy wysokich cenach rynkowych. Dlaczego współpraca jest tak ważna? W ocenie Łagody to klucz do odbudowy krajowej produkcji i ograniczenia uzależnienia od importu.
Potrzeba więcej macior i współpracy rolników
Zdaniem rozmówców kluczowe dla przyszłości sektora jest odbudowanie krajowego pogłowia loch i rozwój produkcji prosiąt. Bez własnych warchlaków nie będziemy mieli stabilności.
– Ponieważ jesteśmy uzależnieni od Duńczyków i innych dostawców, to oni de facto kształtują rynek warchlaka, a my się do tego dostosowujemy. To nie jest zdrowa sytuacja, ponieważ tracimy kontrolę nad własną produkcją. Musimy budować fermy loch i produkować materiał w kraju. Produkcja oparta na własnych prosiętach jest stabilniejsza i mniej narażona na wahania rynku – podkreśla Bartosz Czarniak.
Intensyfikacja handlu wewnątrzunijnego jest istotnym elementem wpływającym na rynek, a Polska staje się jednym z głównych odbiorców nie tylko warchlaków, ale i wieprzowiny z Danii. W 2025 roku Duńczycy wyeksportowali do Polski więcej wieprzowiny niż do Chin. Dostawy mięsa przekroczyły 207 tys. ton, czyli 23% więcej niż w roku poprzednim. Do Chin trafiło 200 tys. ton (+3%), a do Niemiec również około 200 tys. ton i spadły one na trzecie miejsce, utrzymując się na poziomie z poprzedniego roku. Ogółem ponad połowa duńskiego eksportu trafiła na rynek UE.
Kryzys w trzodzie ma wymiar europejski
Problemy polskich hodowców wpisują się w szerszy kontekst europejski. Czarniak zwraca uwagę, że trudna sytuacja dotyka również najbardziej rozwinięte rynki.
– Już dzisiaj dostajemy informację o tym, że ze względu na wysokie koszty produkcji i stosunkowo niską cenę kilka gospodarstw w Niemczech ogłosiło niewypłacalność. To pokazuje, że kryzys branży nie dotyczy tylko Polski, ale całej Europy. To istotna obserwacja, która wskazuje, że źródła problemów wynikają z rosnących kosztów produkcji i presji regulacyjnej, które wpływają negatywnie na skłonność do inwestowania – podkreśla Czarniak.
W jego opinii rosnące wymagania dotyczące dobrostanu zwierząt stanowią wyzwanie. Choć poprawiają warunki utrzymania, nie przekładają się na dochody producentów. Rolnik musi ponieść koszty, a zwiększenie powierzchni bytowej dla zwierząt może oznaczać spadek produkcji. To odstrasza od inwestycji.
– Jeżeli rolnik musi zainwestować, by spełnić dodatkowe wymagania, które wcześniej nie obowiązywały, a nie ma możliwości odzyskania tych pieniędzy z produkcji, to takie inwestycje powinny być refundowane – podkreśla ekspert.
Jednak największą przeszkodą w rozwoju produkcji pozostają dziś bariery administracyjne i środowiskowe.
– Jeżeli ktoś chce budować, rozwijać się, to napotyka mur. Starania o decyzje środowiskowe trwają po pięć, sześć lat. Do tego dochodzi ryzyko związane z ASF i brak systemowych rekompensat. Rolnik inwestuje, a potem trafia do czerwonej strefy i może stracić wszystko. Planowanie przestrzenne dodatkowo ogranicza możliwości rozwoju. W wielu gminach plany są uchwalane bez udziału rolników i eliminują produkcję zwierzęcą. Rolnictwo jest postrzegane jako uciążliwe i wypychane poza wieś – zaznacza Andrzej Przepióra.
Zdaniem Bartosza Czarniaka decyzje administracyjne i lokalne są często podejmowane pod presją opinii publicznej, która nie zawsze uwzględnia realia produkcji.
– Ludzie przyzwyczaili się do sielskiego obrazu wsi i często nie akceptują zapachów ani hałasu. To utrudnia rozwój produkcji, mimo że jest ona kluczowa dla bezpieczeństwa żywnościowego – dodaje Czarniak.
Nastroje producentów świń
Na poziomie gospodarstw obserwuje się wyraźne pogorszenie nastrojów. Pomimo świadomości znaczenia produkcji dla bezpieczeństwa żywnościowego kraju coraz większa liczba rolników rozważa rezygnację z działalności. Rosnąca presja społeczna i brak zrozumienia dla specyfiki produkcji zwierzęcej pogłębiają problem. Badania branżowe pokazują, że ponad 86% producentów świń czuje brak uznania społecznego, niemal wszyscy wskazują na brak wsparcia ze strony polityków, a ponad 80% uważa, że społeczeństwo nie rozumie ich pracy. Jednocześnie 76% widzi swoją rolę jako kluczową dla bezpieczeństwa żywnościowego, ale rośnie grupa producentów tracących satysfakcję z pracy. To wyraźny sygnał narastającego zmęczenia sektora.
Wielu producentów pozostaje w produkcji mimo strat. Powód jest prosty: wyjście z rynku często oznacza jeszcze większe koszty niż jego kontynuacja. To klasyczna pułapka: wysokie koszty stałe, zobowiązania finansowe i brak alternatywy. Efekt? Produkcja trwa, ale bez realnej rentowności.
Liczby kontra rzeczywistość gospodarstw
Krótkoterminowa stabilizacja cen nie powinna przesłaniać narastających problemów, które w perspektywie najbliższych lat mogą doprowadzić do dalszego spadku pogłowia i wzrostu zależności od importu. Bez rozwiązań – przede wszystkim odbudowy pogłowia loch, ograniczenia zależności od importu oraz uproszczenia procedur inwestycyjnych – sektor będzie nadal funkcjonował w warunkach dużej zmienności i ograniczonej konkurencyjności. Konieczne jest wzmocnienie krajowej produkcji prosiąt poprzez wsparcie inwestycji w stada podstawowe i stworzenie stabilnego otoczenia regulacyjnego, które zachęci rolników do podejmowania długoterminowych decyzji inwestycyjnych. Jak trafnie podsumowuje jeden z rozmówców, możemy mieć chwilowo dobrą cenę, ale bez stabilizacji i własnej produkcji warchlaków to nic nie zmienia. Cały czas będziemy tylko reagować na rynek, a nie budować własną produkcję.
Dominika Stancelewska
