Podczas konferencji w Toruniu podkreślano, że skuteczna ochrona stada wymaga nie tylko leczenia, lecz przede wszystkim dobrej diagnostyki i stałego monitoringu wynikówDominika Stancelewska
StoryEditorZwierzęta

Świnie wyglądają na zdrowe, a tucz trwa nawet 15 dni dłużej. Winny może być niewidoczny wróg

25.10.2026., 12:00h

Nowe patogeny, zawlekane wraz z importowanymi zwierzętami, niedoceniane pasożyty, podkliniczne zakażenia pogarszające wykorzystanie paszy to najważniejsze zagadnienia dotyczące trzody chlewnej poruszane podczas I Toruńskiej Międzynarodowej Konferencji Naukowej „Choroby zakaźne i inwazyjne drobiu oraz trzody chlewnej”.

Prelegenci podkreślali, że skuteczna ochrona stada wymaga nie tylko leczenia, lecz przede wszystkim dobrej diagnostyki, stałego monitoringu i współpracy hodowcy z lekarzem weterynarii. Wykłady dotyczyły zarówno konkretnych jednostek chorobowych, jak i sposobu organizacji profilaktyki zdrowotnej w gospodarstwie.

Doktor Tomasz Nalbert z Katedry Diagnostyki i Nauk Klinicznych Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz firmy Dechra zwrócił uwagę na glistę świńską (Ascaris suum), która pozostaje jednym z najczęściej występujących pasożytów trzody chlewnej na świecie i najpowszechniejszym nicieniem świń w Europie. Problem dotyczy zarówno gospodarstw o produkcji intensywnej, jak i ekologicznej oraz ekstensywnej. Pasożyt może więc występować niezależnie od systemu utrzymania i skali produkcji.

Glisty świńskiej nie wolno lekceważyć

Samice glisty bytujące w jelicie cienkim mogą produkować od 200 tys. do nawet 800 tys. jaj dziennie. Jaja są wydalane z kałem i dojrzewają w środowisku zewnętrznym. W sprzyjających warunkach postać inwazyjna rozwija się w ciągu 3–5 tygodni. Jaja mogą zostać pobrane przez świnie wraz z paszą, wodą, zabrudzoną ściółką lub podczas kontaktu z zanieczyszczonym podłożem.

Wyjątkowym problemem jest odporność jaj Ascaris suum. Mogą zachować żywotność w środowisku nawet przez 6–9 lat, a także przetrwać bardzo niskie temperatury. W ziemi, nawet przy –26,8°C, jaja zachowują pełną żywotność. Ich eliminacja z gospodarstwa jest więc trudna, szczególnie w obiektach, w których przez lata utrzymywano zwierzęta na tych samych powierzchniach.

– Całkowite wyeliminowanie glisty ze środowiska jest praktycznie nierealne. Celem powinno być utrzymanie poziomu inwazji na tyle niskiego, aby nie wpływała na zdrowie i wyniki produkcyjne świń – podkreślał dr Nalbert podczas konferencji w Toruniu.

image
– Różne pasożyty stwierdzano w ponad 81% badanych gospodarstw utrzymujących świnie, a Ascaris suum w około 29% – mówił dr Tomasz Nalbert
FOTO: Dominika Stancelewska

Larwy niszczą wątrobę i płuca świń

Cykl rozwojowy glisty obejmuje migrację larw przez organizm świni. Po połknięciu jaja larwa uwalnia się w jelicie, przenika przez jego ścianę i wraz z krwią trafia najpierw do wątroby, a następnie do płuc. Z płuc przemieszcza się do tchawicy, zostaje odkrztuszona i ponownie połknięta. W jelicie cienkim dojrzewa do postaci dorosłej.

– Migracja larw może prowadzić do charakterystycznych zmian w wątrobie, określanych jako plamy mleczne. Pojawiają się one już w krótkim czasie po zakażeniu. W płucach mogą wystąpić obrzęk, wybroczyny, pogrubienie przegród pęcherzykowych, rozedma i eozynofilowe zapalenie oskrzeli – tłumaczył ekspert.

Objawy kliniczne często są niespecyficzne. Zakażone zwierzęta mogą mieć gorszy apetyt, wolniej rosnąć, tracić masę, cierpieć na biegunki lub zaparcia, a także kaszleć. Możliwe są również wymioty, niedokrwistość, osłabienie odporności i większa podatność na infekcje. Przy bardzo dużej liczbie pasożytów może dojść do niedrożności jelit, ale takie przypadki występują rzadziej.

Straty w tuczu choć nie ma objawów

– Zakażenia często przebiegają podklinicznie, dlatego nie widzimy wyraźnych objawów, a mimo to ponosimy straty. Największe znaczenie ekonomiczne mają wolniejsze przyrosty, gorsze wykorzystanie paszy i opóźnienie osiągnięcia masy ubojowej. W przypadku silniejszej inwazji tucz może wydłużyć się o 10–15 dni. Zakażone zwierzęta mogą również słabiej reagować na szczepienia, mieć obniżoną odporność i częściej wymagać leczenia – podkreślał Tomasz Nalbert.

Straty dotyczą także mięsa. Wątroby ze zmianami charakterystycznymi dla migracji larw są wybrakowywane. Koszt obejmuje więc nie tylko słabszy wynik tuczu, lecz również niższą wartość poubojową zwierząt. Według przywołanych przez prelegenta badań Ascaris suum stwierdzano w około 29% badanych gospodarstw w Polsce.

– Według badań opublikowanych w 2017 roku prosięta ssące były w 7,1% badanych gospodarstw, lochy w 14,3%, warchlaki w 2,9%, natomiast tuczniki aż w 15,7% gospodarstw – wyliczał ekspert.

Diagnostyka powinna opierać się przede wszystkim na badaniu kału w kierunku wykrywania jaj. W ostrych przypadkach pomocna jest sekcja zwłok, pozwalająca wykryć larwy w płucach lub dorosłe pasożyty w jelitach. Zwalczanie glisty powinno łączyć diagnostykę, higienę i odpowiednio zaplanowane odrobaczanie. Ważne jest regularne kontrolowanie loch, ponieważ mogą one stanowić źródło jaj dla prosiąt. Znaczenie ma system „całe pomieszczenie pełne – całe pomieszczenie puste”, dokładne usuwanie odchodów i czyszczenie powierzchni.

Nowe patogeny w polskich stadach

W ciągu ostatnich 20 lat import świń do Polski wzrósł z około 160 tys. sztuk rocznie w 2004 roku do prawie 8,5 mln zwierząt w 2024 roku. Tak duża skala obrotu zwierzętami oznacza konieczność wzmocnienia kontroli zdrowotnej, kwarantanny i diagnostyki nowo wprowadzanych świń. Doktor Piotr Cybulski z Goodvalley Polska zwrócił uwagę na konsekwencje globalizacji produkcji trzody chlewnej. Wzrost importu prosiąt i warchlaków zwiększa prawdopodobieństwo zawleczenia do Polski drobnoustrojów, które wcześniej nie były powszechnie opisywane w krajowych stadach. Wśród potencjalnie nowych lub niedocenianych zagrożeń ekspert wymieniał między innymi Brachyspira suanatina i Brachyspira hampsonii, które mogą wywoływać dyzenterię świń.

image
Doktor Piotr Cybulski tłumaczył, że w przypadku gdy obraz kliniczny wskazuje na dyzenterię, a badania w kierunku klasycznych patogenów są ujemne, warto rozszerzyć diagnostykę o inne gatunki Brachyspira
FOTO: Dominika Stancelewska

– Przez wiele lat uważano, że za tę chorobę odpowiada przede wszystkim Brachyspira hyodysenteriae. Obecnie wiadomo, że podobne objawy mogą powodować również inne silnie beta-hemolityczne krętki. Brachyspira suanatina została po raz pierwszy wykryta u kaczek krzyżówek w Szwecji, a później stwierdzono ją u świń w Danii i Szwecji. Brachyspira hampsonii opisano natomiast w Ameryce Północnej, a następnie wykryto również w stadach świń w Belgii i Niemczech. Ich obecność ma znaczenie praktyczne, ponieważ klasyczne badania ukierunkowane wyłącznie na B. hyodysenteriae mogą nie wyjaśnić przyczyny biegunki i zmian w jelicie grubym – tłumaczył Piotr Cybulski.

Pierwszy raz w Polsce zespół naukowców wykrył Brachyspira hampsonii na fermie trzody chlewnej w 2024 roku, a Brachyspira suanatina rok wcześniej.

Diagnostyka chorób świń musi być dokładniejsza

Klebsiella pneumoniae, znana przede wszystkim jako czynnik zakażeń u ludzi, u świń może powodować między innymi posocznicę, zapalenie płuc i inne ciężkie infekcje. Problemem pozostają ograniczona liczba danych dotyczących jej występowania w polskich gospodarstwach oraz profile oporności na antybiotyki. Doktor Piotr Cybulski zwracał również uwagę na rotawirus typu B.

– Przez wiele lat przypisywano mu mniejsze znaczenie niż rotawirusom typu A i C, jednak może on uczestniczyć w rozwoju zapalenia jelit u prosiąt. Wykorzystanie sekwencjonowania nowej generacji pozwala identyfikować patogeny, których nie obejmują standardowe panele PCR – mówił ekspert.

Jednym z przykładów, które dr Cybulski przedstawił podczas wykładu, było stado, w którym wystąpiły biegunki prosiąt. Standardowe badania nie wykazały typowych czynników bakteryjnych ani rotawirusów typu A i C. Dopiero sekwencjonowanie nowej generacji pozwoliło wykryć rotawirusa typu B jako dominujący czynnik zakażenia.

To ważna wskazówka dla hodowców. Jeżeli objawy kliniczne się utrzymują mimo prawidłowej profilaktyki i standardowe testy nie wyjaśniają problemu, warto, zdaniem specjalisty, omówić z lekarzem weterynarii możliwość zastosowania szerszej diagnostyki. Wykrycie konkretnego patogenu może zmienić sposób postępowania, ograniczyć niepotrzebne leczenie i pozwolić lepiej przygotować program profilaktyczny.

Wśród nowych zagrożeń wymienił także Aerococcus viridans. Jest to bakteria Gram-dodatnia, która może przypominać paciorkowce i gronkowce, a z tego powodu bywa błędnie identyfikowana. U świń opisywano jej związek między innymi z zapaleniem opon mózgowych, płuc, układu moczowego, stawów, a także z poronieniami. Doktor Cybulski przedstawił przypadek Aerococcus viridans w stadzie z problemami dotyczącymi zapalenia stawów. Bakteria mogła być wcześniej mylona z innymi drobnoustrojami, ponieważ podobnie wygląda w podstawowych badaniach. Dopiero dokładna identyfikacja i określenie wrażliwości na antybiotyki pozwoliły uniknąć leczenia nieadekwatnego do rzeczywistego czynnika.

image
– Rolnik często postrzega lekarza jako koszt, natomiast lekarz musi przekonać producenta, że prawidłowo zaplanowana opieka weterynaryjna jest inwestycją, która ogranicza straty – podkreślał Tomasz Nemś
FOTO: Dominika Stancelewska

Wspólna strategia lekarza i rolnika

– Lekarz nie powinien być dla hodowcy kosztem, lecz inwestycją. Obie strony powinny działać jak jeden zespół i wspólnie dążyć do poprawy wyniku ekonomicznego gospodarstwa – mówił lek. wet. Tomasz Nemś z firmy Vet-Animal.

Jako przykład podał straty wynikające z tak zwanych niewidzialnych złodziei paszy. Subkliniczne zakażenia jelit, mykoplazmowe zapalenia płuc, kokcydioza i inne przewlekłe problemy mogą pogarszać wykorzystanie paszy bez wyraźnych objawów klinicznych. Jeżeli współczynnik wykorzystania paszy w tuczu pogorszy się choćby o 0,15, a tucznik zje dodatkowo około 15 kg paszy, przy dużym stadzie może to oznaczać dziesiątki tysięcy złotych dodatkowych kosztów. Do tego dochodzą upadki pod koniec tuczu, koszty leczenia, opóźnienie sprzedaży i większe zużycie paszy.

– Poprawa bioasekuracji, szczepień, monitoringu zdrowia i organizacji pracy może w wielu gospodarstwach ograniczyć koszty leczenia nawet o 50–70%. Warunkiem są jednak systematyczne zbieranie danych oraz szybka komunikacja, gdy pojawiają się pierwsze odchylenia od normy – mówił Tomasz Nemś.

Podkreślał, że skuteczna profilaktyka wymaga dobrej komunikacji między lekarzem weterynarii a hodowcą. Lekarz weterynarii powinien znać wyniki produkcyjne, pobranie paszy, upadki, jakość wody. Hodowca musi natomiast otrzymywać informacje w sposób zrozumiały i widzieć ekonomiczny sens proponowanych działań. Ważne, aby decyzji nie podejmować wyłącznie na podstawie pojedynczego objawu albo opinii, że „wcześniej zawsze tak robiono”.

12 lat z ASF

Po 12 latach obecności afrykańskiego pomoru świń w Polsce wiadomo, że nie można ograniczać walki z chorobą wyłącznie do ogrodzeń i odstrzału.

– Momentem krytycznym jest jak najszybsze wykrycie na danym obszarze pierwszego padłego z powodu ASF dzika. Monitoring bierny jest nawet tysiąc razy efektywniejszy w poszukiwaniu zainfekowanych dzików niż monitoring czynny. Tymczasem w 2020 roku na odstrzał 150 tys. dzików przeznaczono 72 mln zł, a na monitoring bierny tylko 1,5 mln zł – wyliczał prof. Grzegorz Woźniakowski z UMK w Toruniu.

Dziki mogą pokonywać rzeki i inne naturalne przeszkody, a ich przemieszczaniu sprzyjają korytarze ekologiczne, lasy, mokradła i duże uprawy kukurydzy. Dlatego ważne jest ograniczanie ich dostępu do upraw kukurydzy poprzez właściwe koszenie pasów przy lesie.

– Bez wdrożenia interwencyjnych zespołów kynologicznych, bez grup sanitarnych, bez zmian w uprawie kukurydzy i bez nowego podejścia administracji do transportu ASF pozostanie niekontrolowany i będzie generować kolejne miliardowe straty –
podkreślał wykładowca z UMK w Toruniu.

image
– Na 400 znalezionych padłych dzików aż 397 znalazły specjalnie wyszkolone psy, a jedynie 3 tusze odnalazły psy myśliwskie – mówił prof. Grzegorz Woźniakowski
FOTO: Dominika Stancelewska

Ważną rolę odgrywają niezutylizowane zwłoki padłych dzików. Stanowią rezerwuar wirusa w środowisku, a materiał zakaźny może być następnie przenoszony na kołach maszyn, obuwiu i sprzęcie rolniczym. Prelegent zwracał także uwagę na społeczne emocje związane z odstrzałem dzików. Jego zdaniem środowiska weterynaryjne, naukowe i rolnicze muszą skuteczniej komunikować społeczeństwu, jakie są konsekwencje niekontrolowanego wzrostu populacji dzików.

– Bez dialogu i konstruktywnej rozmowy z przedstawicielami społeczeństwa nie będzie możliwe właściwe zarządzanie populacją dzików i ochrona stad trzody chlewnej w Polsce – uważa prof. Woźniakowski.

Prelegent podkreślał, że całkowite uwolnienie populacji dzików od ASF w ciągu kilkunastu lat jest mało realne, zwłaszcza przy braku skutecznej i bezpiecznej szczepionki. Bezpieczeństwo produkcji świń musi więc opierać się na dwóch filarach: codziennej bioasekuracji w gospodarstwach oraz aktywnym oczyszczaniu środowiska z padłych dzików. Szczególne znaczenie mają wyszkolone psy tropiące. Jeden pies może przeszukać około 200–220 ha dziennie.

– Na 400 znalezionych padłych dzików aż 397 znalazły specjalnie wyszkolone psy, a jedynie 3 tusze psy myśliwskie – wyliczał profesor.

Nowo pojawiające się patogeny opisane podczas konferencji pokazują, że nie warto czekać na poważne objawy i liczne upadki. Wczesna diagnostyka, prawidłowo zaplanowana profilaktyka, monitoring wyników i szybka reakcja mogą ograniczyć straty znacznie skuteczniej niż późne leczenie całego stada.

Dominika Stancelewska

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
25. październik 2026 12:02