– Była to hala udojowa typu rybia ość 2 x 6 stanowisk, z czasem zbyt mała na nasze potrzeby, zatem dój trwał zbyt długo, co było dość uciążliwe. Początkowo rozważaliśmy wymianę hali udojowej na większą, ale to wiązało się z budową nowego obiektu, ponieważ większa hala nie zmieściłaby się, a dwa roboty udojowe z całym zapleczem idealnie wpasowały się w miejsce hali. To był czynnik przeważający na rzecz robotów, bo nowa duża hala udojowa wraz z budową większego budynku pochłonęłaby podobne koszty co dwa roboty, a automatyzacji doju i uniezależnienia się od pracowników najemnych nadal by nie było – stwierdził Sławomir Woźniak.
Zatem jak z perspektywy 5 lat hodowcy oceniają dój na robotach?
– Automatyzacja doju to był dobrze obrany kierunek rozwoju, przyczyniła się ona do zwiększenia wydajności naszych krów oraz zwiększenia częstotliwości ich doju do 2,7 doju przypadającego średnio na krowę na dobę. Mniej czasu poświęcamy na obsługę stada, a kontrola nad stadem i poszczególnymi krowami wzrosła. Dostajemy dużo ważnych informacji dotyczących zarówno występowania rui, jak i spraw zdrowotnych, dzięki czemu łatwiej jest teraz zarządzać stadem w sposób efektywny – podkreślił Przemysław Woźniak.
Tradycyjnie na ściółce
Patrząc z zewnątrz można mieć wrażenie, że obie obory powstały w tym samym czasie, gdyż są do siebie podobne, natomiast różnice można dostrzec po wejściu do środka. Starsza z obór o wymiarach 27 x 33 m powstała w roku 2005, a nowsza, posiadająca wymiary 24 x 45 m jest z roku 2014.
– W jednej i w drugiej oborze utrzymujemy krowy dojne od strony robotów, co wynika z konieczności nieustannego dostępu krów do doju przez całą dobę. Natomiast po przeciwnych stronach stołu paszowego utrzymywane są jałówki i krowy zasuszone. Boksy legowiskowe ścielimy słomą, a obornik wypychamy 2 razy dziennie za pomocą ciągnika – powiedział Sławomir Woźniak.
Hodowcy doposażyli obory nie tylko w roboty udojowe, lecz także w robot do podgarniania paszy, również firmy GEA, oraz wymienili stare czochradła na nowe. Zamontowali również poziome mieszacze powietrza, które latem są niezastąpione w niwelowaniu skutków stresu cieplnego u krów.
Dwie grupy wśród dojnych
Kompleks dwóch obór ułatwia podział krów dojnych na dwie grupy żywieniowe i taki też podział hodowcy zastosowali.
– Wydajniejsza grupa krów otrzymuje dawkę TMR wyliczoną na dzienną produkcję 34–35 l, a w grupie mniej wydajnej obniżyliśmy wartość dawki TMR do produkcji 28 l mleka na dzień. Poza tym funkcjonuje dokarmianie paszą treściwą na robocie – zaznaczył Przemysław Woźniak.
W skład dawki TMR dla krów wchodzą takie pasze jak: kiszonka z kukurydzy, kiszonka z lucerny, sianokiszonka, poekstrakcyjne śruty rzepakowa i sojowa, śruta zbożowa, CCM, dodatek mineralno-witaminowy oraz marchew w celu uzupełnienia w dawce poziomu beta-karotenu.
Rocznie hodowcy zużywają 3000 balotów słomy, głównie w postaci ściółki. Część tej słomy muszą zakupić.
– Jesteśmy w trakcie żniw i jęczmień ozimy plonuje na poziomie 60% plonu zeszłorocznego, w naszym przypadku oznacza to spadek plonu z 10 do 6 ton z ha. Słomy też będzie mniej. Na pewno przyczyniło się do tego opóźnienie startu wegetacji na wiosnę, kiedy były bardzo niskie temperatury, a potem długo nie było opadów atmosferycznych – powiedział Sławomir Woźniak.
Inseminują sami
W odchowie cieląt hodowcy wykorzystują budki typu igloo zarówno te indywidualne na pierwszy etap odchowu, jak i grupowe dedykowane dla cieląt starszych. Dodatkowo z myślą o cielętach postawili też halę łukową. Pójło dla cieląt przygotowują w mlecznej taksówce firmy Urban, która nie tylko usprawnia proces przygotowania, ale też pasteryzuje pójło, utrzymuje jego stałą temperaturę i znacznie ułatwia jego zadawanie.
Hodowcy utrzymują bydło rasy hf, a zabiegi inseminacji wykonują we własnym zakresie. Wcześniej robił to pan Sławomir, a teraz zastąpił go syn Przemysław. Często stosowane nasienie seksowane pozwala zwiększyć częstotliwość urodzeń cieliczek.
– Potrzebujemy jałówek na remont stada, stąd nasienie seksowane, ale ostatnio również opasamy część naszych buhajków, bo ceny żywca wołowego są dość korzystne i będzie to dodatkowy zastrzyk gotówki dla gospodarstwa, w oczekiwaniu na poprawę koniunktury na rynku mleka – wyjaśnił Sławomir Woźniak.
Dlaczego samojezdny?
Gospodarstwo, które produkuje znacznie powyżej 1 mln litrów mleka rocznie wymaga nieustannych inwestycji. Po budowie obór i automatyzacji doju przyszedł czas na wymianę wysłużonego wozu paszowego. Hodowcy zdecydowali się na maszynę samojezdną, która pracuje tu od początku bieżącego roku.
– Wyeksploatowany paszowóz ciągany o pojemności 20 m3 zastąpiliśmy nowym samojezdnym paszowozem Storti o pojemności 24 m3. Główny powód, jakim się kierowaliśmy wybierając maszynę samojezdną jest taki, że teraz wystarcza jedna osoba, albo ja, albo syn, aby nakarmić całe stado. Wcześniej potrzeba było dwóch operatorów, jednego do ciągnika z paszowozem, a drugiego do ładowarki. Teraz kiszonki pobierane są za pomocą frezu, w jaki wyposażony jest paszowóz i żaden z ciągników nie jest blokowany przez wóz paszowy. Oczywiście przy ciąganym paszowozie też można było wykonać tę pracę w pojedynkę, ale wiązało się to z przechodzeniem z ciągnika do ładowarki, co powodowało stratę czasu i paliwa – wyjaśnił Sławomir Woźniak, jednocześnie dodając, że najbliższy czas to wyhamowanie inwestycji w ich rodzinnym gospodarstwie, ponieważ obecny rok jest wyjątkowo niekorzystny pod względem ekonomicznym, na co złożyły się spadki cen mleka oraz wzrost kosztów środków do produkcji.
Andrzej Rutkowski
