Analizę wsparł danymi WODR Poznań dla rzepaku, kukurydzy i pszenicy ozimej, z których wynika, że 38% kosztów produkcji stanowią nawozy. Przy średnim koszcie produkcji 4,5–5 tys. zł/ha (zależnie od gatunku uprawianej rośliny) oznacza, że 1600–2000 zł/ha wydajemy wyłącznie na nawozy mineralne.
Odmiana to pierwszy zabieg ochrony
Środki ochrony roślin to kolejne 15% kosztów, co przekłada się – w zależności od gatunku – od ok. 500–600 zł/ha w zbożach i kukurydzy do ok. 1100 zł/ha w rzepaku. Właśnie na tych dwóch pozycjach Paweł Talbierz budował swoją tezę: oszczędności są możliwe, ale muszą być mądre – inaczej szybko zamieniają się w ukryte koszty. Punktem wyjścia do tańszej ochrony są cechy odmian roślin uprawnych.
– Ochrona zaczyna się od odmiany – zaznaczył Paweł Talbierz, pokazując zdjęcia trzech znanych odmian pszenicy z doświadczeń COBORU pod Poznaniem. Wszystkie prowadzone były w tej samej technologii. Ta sama ochrona, to samo nawożenie, te same wszystkie inne zabiegi, a jednak różnice w zdrowotności były wyraźne.
Na jednej z odmian praktycznie nie pojawiła się rdza brunatna, inna wyraźnie gorzej zniosła triazole w zabiegu T2. Mimo że minęło 3–4 tygodnie od tego zabiegu, to na niej one się bardziej uwydatniły. Na trzeciej odmianie tych uszkodzeń nie było.
Wniosek? Sam wysoki potencjał plonowania odmian nie jest najważniejszy. Warto wybory skorelować z cechami, które nam powiedzą, czy my musimy tę odmianę chronić lepiej, mocniej, czy też przy umiarkowanej presji przy jej cechach tolerancji z zagrożeniami poradzi sobie sama.
W pszenicy przykładem groźnej choroby jest septorioza paskowana liści. Odmiana podatna wymaga mocnego programu ochrony, np. z zastosowaniem nowoczesnych substancji, podczas gdy odmiana tolerancyjna pozwala zoptymalizować koszty tej ochrony bez ryzyka dużej straty plonu.
Na przykładzie chwościka buraka
Silny przykład różnic odmianowych Paweł Talbierz pokazał na buraku cukrowym. Na odmianie wrażliwej na chwościka porównał brak zabiegu z kilkoma technologiami fungicydowymi (dwa zabiegi co 21 dni, różne kombinacje m.in. difenokonazolu, fempropidyny, azoksystrobiny, fluopyramu, protiokonazolu i środka Queen).
Dla odmiany wrażliwej na chwościka, bez genu odporności, różnica w plonie między kontrolą a obiektem z Queen była największa i sięgała w plonie +22%, podczas gdy inne programy dawały wyraźnie mniejsze przyrosty.
Gdy jednak zastosowano odmianę tolerancyjną (CR+), różnice plonowania między wariantami ochrony spłaszczyły się do maksymalnie ok. +10%. To pokazuje, że sama z odpornością w bardzo dużym stopniu radzi sobie z presją chwościka. Z drugiej strony, w odmianie bez odporności kluczowy jest przemyślany system ochrony. Najlepszy z Queen dał plon wyższy o 22%, najmniej skuteczny (fluopyram + protiokonazol) tylko o 10%.
Norma wysiewu – element strategii ochrony
Drugim, często bagatelizowanym narzędziem ochrony roślin jest siew – zarówno jego termin, jak i obsada roślin. W zbożach jesienny termin siewu decyduje m.in. o presji mszyc przenoszących choroby wirusowe. Późniejszy pozwala uciec przez kulminacyjnymi nalotami mszyc i ograniczyć szkody.
W rzepaku procent uszkodzeń wyrządzanych przez jesienne szkodniki można ograniczyć też przez opóźniony siew, a jeszcze bardziej przez rozrzedzenie siewu. To testowano w gospodarstwie jednego z wielkopolskich rolników, gdzie porównano różne obsady: 35 szt./m² i 45 szt./m² w strip-tillu oraz 45 szt./m² po orce. Wniosek? Procent uszkodzeń był mniejszy tam, gdzie ta obsada była mniejsza. Zdaniem Pawła Talbierza, to wynika z mocniejszej budowy roślin. Przy niższej obsadzie łodygi są grubsze, twardsze, mniej atrakcyjne i trudniejsze do żerowania szkodników. Przy zbyt gęstej obsadzie łodygi są cieńsze i bardziej wiotkie.
Warto brać to pod uwagę przy powtarzającej się silnej presji szkodników i powodowanych strat.
Termin zbioru: zysk lub strata
Co ciekawe, zamiast dodatkowego oprysku można zyskać na kontrolowanym terminie zbioru, przez wybór odmian. Np. odmiana rzepaku PT303 o szczególnie dobrej zdrowotności (odmiana średnio późna) powinna być tak prowadzona, aby żniwa były po zbiorze pszenicy. Ta odmiana w doświadczeniach łanowych była porównywana z odmianą standardową. Przeprowadzono ich zbiór w dwóch terminach – 22 lipca i 4 sierpnia (różnica dwóch tygodni). Rezultat?
Odmiana PT303 w pierwszym terminie zbioru dała plon 4,3 q/ha, a w opóźnionym – 4,9 q/ha. To aż 600 kg różnicy. Odmiana standardowa natomiast, bardziej wrażliwa na choroby, w pierwszym terminie zbioru dała plon 4,5 q/ha, a w opóźnionym terminie 4,2 q/ha, czyli obniżony, spowodowany różnymi czynnikami, w tym osypywaniem. To ciekawe i ważne doświadczenie pokazujące, że dobre, zdrowe odmiany i z odpornością na pękanie łuszczyn i osypywanie nasion warto zbierać późno, po żniwach pszenicy. Odmiana rzepaku, jej wczesność, profil zdrowotnościowy – to wszystko ma znaczenie dla plonu. I podobnie jest w pszenicy i innych gatunkach.
Czy najtańszy środek jest najtańszy?
W środkach ochrony roślin rolnicy często patrzą tylko na dwa parametry: cenę i stężenie substancji czynnej. Paweł Talbierz proponuje zmianę perspektywy – preparat to coś więcej niż substancja czynna. To zawarte w środku emulgatory, adiuwanty, stabilizatory, antypieniacze. To różne nośniki (woda, olej) i formulacje wpływające na mieszalność, przyczepność, trwałość, skuteczność.
Paweł Talbierz podał przykład badań kilku fungicydów zawierających protiokonazol. Ta sama substancja i stężenie, ale w różnych produktach handlowych. Między najlepszym a najgorszym była różnica 25% w skuteczności działania. Ta rozpiętość była między 68 a 93% skuteczności. Jeśli lepszy środek kosztuje np. 100 zł, to – jak wyliczał Paweł Talbierz – ten gorzej działający musiałby kosztować 75 zł, by jego zakup był ekonomicznie uzasadniony. Ta różnica w cenie nie jest jednak miarą obiektywną, bo nie uwzględnia potencjalnej straty plonu z tytułu słabszej ochrony.
„Gotowiec” kontra „składak” – kiedy oszczędność staje się kosztem
Popularnym sposobem obniżania kosztów jest samodzielne tworzenie mieszanin („składaków”) z pojedynczych produktów, zamiast kupowania droższych „gotowców”. Bo po co kupować gotowca, skoro składak z teoretycznie tym samym składem wyjdzie 20% taniej. Na to zwrócił uwagę Paweł Talbierz i pokazywał, że takie oszczędności często stają się kosztem. Każdy produkt wybierany do składaka ma najczęściej inną formulację. Niektóre środki stosuje się w aptekarskich niewielkich ilościach, co utrudnia odmierzanie. Przy wielu produktach są problemy fizykochemiczne.
A potem, po takim mieszaniu mamy zapchane w opryskiwaczu filtry, problemy z dyszami, ciśnieniem i często konieczność oczyszczenia opryskiwacza. Oczywiście skuteczność zabiegu będzie mierna. Możemy ponieść dodatkowe koszty, bo ciecz robocza może nie nadawać się do niczego. I te oszczędności mogą stać się ukrytym, niezaplanowanym kosztem
Zdrowa gleba i biostymulacja
Po wskazaniu wielu możliwości ochrony roślin, ale niezwiązanych ze środkami w drugiej części wystąpienia Paweł Talbierz przeszedł do biologii gleby i biostymulatorów – tematów, które budzą dużo emocji i pytań, bo są nowe.
Zwrócił uwagę, że wielu rolników szuka dziś nie tylko obietnicy wyższego plonu, ale chce rozumieć ten cały proces oddziaływania stymulacji na glebę i rośliny. Jego zdaniem, na biologię gleby trzeba patrzeć w dwóch horyzontach. Długofalowo z zaplanowaną pracą nad żyznością gleby przez lata stosując odpowiednią uprawę, dobrze dobrane międzyplony, dokarmianie mikroorganizmów glebowych, poprawę trwałej struktury przez grzyby mikoryzowe. Na to trzeba czasu, lat.
W perspektywie krótkofalowej ważne są działania interwencyjne, np. w sytuacji, kiedy gleba nie jest idealna, a efekt jest potrzebny już. I tutaj z pomocą przychodzą preparaty z bakteriami uwalniającymi fosfor z gleby, z grzybami mikoryzującymi wspierającymi pobieranie składników i strukturę gleby oraz bakterie wiążące azot z powietrza.
W przypadku bakterii azotowych kluczowe jest, kiedy i w jakich warunkach są stosowane. Działają najlepiej, kiedy nie stosujemy zbyt dużych dawek nawożenia azotowego. Jeśli tradycyjnych dawek azotu nie ograniczymy, sens stosowania bakterii jest dużo, dużo mniejszy. Jednak są produkty z bakteriami, gdzie przy znacznie ograniczonym nawożeniu mineralnym przez ich stosowanie osiągniemy taki sam plon.
Zamiast azotu mineralnego
Żeby nie pozostać w sferze teorii Paweł Talbierz przywołał doświadczenie z Wielkiej Brytanii, pokazujące łączny efekt nawożenia mineralnego i bakterii Methylobacterium symbioticum wiążących azot (produkt Utrisha N). Były to trzy poziomy azotu mineralnego: 50, 125 i 200 kg N/ha – z bakteriami i bez. Plon rósł wraz z dawką, ale nieproporcjonalnie do ilości azotu. Rola bakterii okazała się największa przy średniej dawce.
Przy 125 kg N bez bakterii plon był wyraźnie niższy, a z bakteriami zbliżył się do poziomu plonu z nawożeniem 200 kg N mineralnego. A zatem, 125 kg N + bakterie = 200 kg N bez bakterii. Ale przy poziomie nawożenia 200 kg N bonusu z azotu wiązanego przez bakterie już nie było. To przykład, jak można zastanowić się nad przesunięciem części pieniędzy z worka z azotem w stronę biologii.
Paweł Talbierz zwrócił uwagę rolników na wiele aspektów uprawy i ochrony roślin pokazując, żeby nie podchodzić do tego schematycznie. Właśnie mniej schematów, a więcej analiz potrzeba. Warto analizować wpływ wszystkich czynników technologii uprawy – od odmiany, terminów siewu i obsady, przez termin zbioru, po realną jakość środków ochrony i mądre wykorzystanie biologii gleby. We wszystkich obszarach dobre rozwiązania i produkty ma właśnie firma Corteva, a ważną w obecnych czasach wiedzę można zdobyć na konferencjach e-pole.
Marek Kalinowski
