Komisja Europejska przeznaczy 200 mln euro na pomoc związaną ze wzrostem cen nawozów
Bruksela przeznaczy 200 mln euro na pomoc dla rolników związaną ze wzrostem cen nawozów. Cały rynek nawozów Unii Europejskiej wart jest 55 miliardów euro, a więc ponad 250 razy więcej. Będzie to więc kropla w morzu potrzeb. Oprócz tego UE proponuje działania długofalowe. Mniejsza o to, że już z samej nazwy są długofalowe, więc ich efekty odczujemy najprędzej za kilka lat. Gorsze jest to, że brzmią jak pobożne życzenia i tak naprawdę to obietnice bez pokrycia.
Mamią nas opowieściami o rozwoju nawozów organicznych i biopochodnych, odzysku azotu i fosforu z odpadów i osadów ściekowych oraz nawozach w obiegu zamkniętym. Czekam, kiedy wpadną na to, że krowy produkują metan, który trzeba jakoś połapać i palić nim w kotłach albo wpuszczać do sieci gazowej.
Kilkakrotnie przytaczałem w tej rubryce przykład biopaliw trzeciej generacji, czyli produkowanych z odpadów, śmieci i surowców niespożywczych (np. alg morskich). Idea, żeby bioetanol i biodiesel zastąpić takimi paliwami, pojawiła się ponad 15 lat temu, a my i tak lejemy do baków paliwa zmieszane ze spirytusem i estrami oleju rzepakowego.
Wobec kryzysu energetycznego wywołanego przez Rosję w latach 2021–2022 Frans Timmermans, ówczesny wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, ogłosił strategię REPowerEU. Zakładała ona m.in. zastąpienie rosyjskiego gazu biometanem. Jeśli się nie mylę, to dziś w Polsce mamy jedną biometanownię. Ile takich instalacji powinniśmy budować rocznie, żeby np. w 2030 r. zastąpić choć połowę importowanego gazu ziemnego tym wyprodukowanym z naszych odpadów? UE trzeźwo zauważyła, że połowa importowanego gazu zużywana jest na ogrzewanie budynków. Uznała więc pompy ciepła za kluczową technologię dla czystego centralnego ogrzewania. Pamiętamy, jak to się skończyło w polskich warunkach, gdy mieliśmy parę tygodni mrozów.
Unia powinna przestać prześladować produkcję zwierzęcą
Sprawa jest bardzo prosta: świnie, krowy i drób produkują dużą ilość nawozów organicznych, można je stosować bezpośrednio lub po przepuszczeniu przez biogazownię. I nie trzeba uruchamiać jakichś szczególnych programów wsparcia. Wystarczy przestać prześladować produkcję zwierzęcą przepisami i narzucanymi odgórnie ograniczeniami. Wystarczy skończyć z poprawianiem dobrostanu, którego jedynym mierzalnym efektem jest spadek wydajności i wzrost kosztów. Europa potrzebuje „zielonego światła dla rolnictwa”. Zielonego nie znaczy ekologicznego. Tak, to hasło z czasów PRL, kiedy władza ludowa, nieradząca sobie z kryzysem gospodarczym i brakiem żywności, postanowiła przynajmniej hasłowo ulżyć rolnikom.
Ostatni kryzys nawozowy ma jednak dobre strony. Do tej pory bowiem unijni urzędnicy, mówiąc o rolnictwie, koncentrowali się głównie na narzędziach wprowadzających Zielony Ład i strategię „Od wideł do widelca”. A zatem było o ograniczaniu nawożenia, zmniejszaniu zużycia środków ochrony roślin, renaturyzacji bagien i mokradeł i doniosłej roli rolników w walce ze zmianą klimatu.
Unia zaczyna dostrzegać, że bezpieczeństwo żywnościowe jest ważne
Teraz Christophe Hansen, komisarz ds. rolnictwa, mówi o tym, że stawką jest „nasze bezpieczeństwo żywnościowe i ceny żywności”. I dodaje, że „Jesteśmy na rozdrożu. Możemy kontynuować dotychczasową drogę: akceptować wyższe ceny żywności, wypychać europejskich rolników z produkcji, zwiększać zależność od importu i stopniowo zamykać europejskie fabryki nawozów. Albo możemy działać już teraz…”. Wcześniej o tym, że „produkcja żywności jest ostatnią dziedziną, w której my w Europie mamy jeszcze suwerenność”, mówił unijny komisarz ds. zdrowia.
To oczywiście tylko słowa, ale one coś znaczą. Wobec toczonych na świecie wojen handlowych do urzędników z Brukseli zaczyna powoli docierać, że dobrze mieć rozwiązany choć jeden problem. Europa, a mimo woli także Polska, toczy wojnę handlową jednocześnie z Ameryką i Chinami. To ogromne wyzwanie. Wiadomo, czym mogą skończyć się wojny na dwa fronty. W takiej sytuacji pełne brzuchy Europejczyków i niska inflacja, którą zapewnia tania żywność, to już coś.
Na dodatek, blokada cieśniny Ormuz i kryzys w Zatoce Perskiej pokazały, jak istotne jest kontrolowanie dróg transportu żywności. Mieszkańcy krajów nad Zatoką płacą dziś więcej za mleko, mięso i chleb, bo to, co płynęło do nich bez problemu, dziś dociera droższymi, alternatywnymi drogami. A my wszystko produkujemy u siebie. Nie musimy niczego importować, ani z krajów Mercosur, ani ze Stanów Zjednoczonych, ani z Australii czy Nowej Zelandii.
Czy pamiętacie skąd wzięła się w Europie produkcja cukru z buraków? To bezpośredni skutek blokady morskiej wprowadzonej przez Brytyjczyków w okresie wojen napoleońskich.
Paweł Kuroczycki
redaktor naczelny Tygodnika Poradnika Rolniczego
fot. AHM
