Dziesięć państw Unii Europejskiej zaapelowało o złagodzenie systemu handlu emisjami (ETS)
Czy w Europie zaczyna zwyciężać zdrowy rozsądek? Oto dowiadujemy się, że sojusz 10 państw, w tym Polska, domaga się złagodzenia systemu ETS, czyli handlu emisjami związanymi z wytwarzaniem energii. Rządy tych państw uważają, że Europejczycy zasługują na „pragmatyczną i sprawiedliwą reformę ETS, której celem będzie odbudowa Europy jako potęgi przemysłowej”. Wzywają także do odłożenia wprowadzenia systemu ETS2, czyli opłat pobieranych bezpośrednio od paliw wlewanych między innymi do zbiorników maszyn rolniczych.
Niemal równocześnie pojawia się nowa strategia Unii Europejskiej, zgodnie z którą „hodowla zwierząt gospodarskich jest strategicznym elementem europejskiego systemu żywnościowego, gospodarki i społeczności wiejskich”.
Zacznijmy od ETS. To system, w którym elektrownie emitujące dwutlenek węgla, muszą kupować pozwolenia na jego emisję. Jako że większość prądu w Polsce wytwarzamy z węgla, więc za prawa do emisji płacimy bardzo dużo. Jak oceniają eksperci, to od 30 do 50% ceny energii elektrycznej. Więcej od Polaków za prąd płacą w UE tylko Włosi.
Czy uda nam się ETS zablokować lub choćby złagodzić? Przede wszystkim zobaczmy, jakie państwa sprzeciwiają się temu systemowi: Polska, Włochy, Grecja, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Cypr i Estonia. Nie ma tu ani Francji, ani Niemiec.
Czy zatem z tym ETS nie będzie tak jak z mniejszością blokującą układ o wolnym handlu z krajami Mercosur? Pogadali, pokrzyczeli a i tak silniejsi mają rację i układ podpisali. A my pozostaniemy w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o ceny energii elektrycznej.
UE przygotowała strategię hodowli zwierząt gospodarskich
Spójrzmy teraz na unijną strategię hodowli zwierząt gospodarskich. Czyżby dla brukselskich biurokratów krowa nie była już gorsza od węgla? Czy produkcja świń, brojlerów i jajek przestała być znęcaniem się nad zwierzętami? Zgodnie z zaprezentowaną strategią, te sektory mają być „odporniejsze na zakłócenia, także rynkowe, bardziej konkurencyjne i zrównoważone”. Ze szczególną uwagą UE przyjrzała się sektorowi bydła. I doszła do wniosku, że najlepszym sposobem produkcji wołowiny i mleka jest wypas na użytkach zielonych, bo zdaniem autorów analizy, taki ekstensywny model w najmniejszym stopniu ingeruje w środowisko. Co więcej, „znaczna część chronionych siedlisk rolniczych w Europie istnieje właśnie dzięki wypasowi, a systemy te dostarczają dobra publiczne nieproporcjonalne do ich skromnego udziału w produkcji”. A przecież jeszcze niedawno przekonywano nas, że trzeba zwiększać produkcję od krowy, bo jak wejdzie w życie tzw. AgroETS, czyli podatek od gazów cieplarnianych emitowanych przez zwierzęta gospodarskie, to dzięki większej produkcji będziemy płacić niższy podatek od jednej sztuki.
Dotychczasowa polityka dotycząca rolnictwa sprawia, że Europa traci rynki zbytu
A do czego prowadzi takie podejście? Europa ciągle pozostaje największym eksporterem mleka na świecie, ale… od 2017 roku udział Unii w światowym handlu spadł z 30% do 27%. Powody to m.in. zaostrzanie ograniczeń środowiskowych i presja na zrównoważony rozwój. Cóż z tego, że mamy więcej mleka, skoro jest ono droższe. To wnioski z raportu holenderskiego Rabobanku. Miejsce Europy na światowych rynkach zajmują Stany Zjednoczone, a także Argentyna i Urugwaj, czyli dwa kraje Mercosur.
Nie przeceniajmy więc znaczenia tego ataku zdrowego rozsądku w Europie.
Unia przygotowała także plan działania na rzecz białka. Chodzi w nim o to, że powinniśmy ograniczyć import roślin białkowych z innych kontynentów. Obecnie tylko 33% pasz białkowych pochodzi z UE, reszta musi do nas przypłynąć (z obu Ameryk). Zdaniem Komisji Europejskiej skorzystanie z sąsiedztwa Ukrainy pozwoli nam się uniezależnić od zamorskiej soi. I to spośród tych wszystkich pomysłów jest chyba jedyne posunięcie, które dobrze rokuje na przyszłość, choćby dlatego, że będzie mniej kukurydzy, która może zasypać nasz rynek. Na Ukrainie od 2015 r. plony soi wzrosły o 27%, a powierzchnia plantacji przekracza 1,8 mln ha i zwiększa się. Jeśli soja będzie się opłacała, to tamtejsze agroholdingi będą ją produkowały. Na razie zbierają tam z hektara 2,6 t/ha soi, a w Brazylii dobrze ponad 4 t/ha. Za oceanem nie ma też zimy i produkcja trwa przez okrągły rok.
Czy zatem soja z Ukrainy będzie w stanie skutecznie konkurować z brazylijską? To się okaże, bo dziś nie można prognozować jedynie na podstawie wydajności i ceny. Równie ważne są koszty transportu. Awantura, która zaczęła się 28 lutego w Zatoce Perskiej zdaje się nie mieć końca. Na stacjach paliw płacimy za każdą rakietę wystrzeloną w tę czy w drugą stronę.
Na dodatek, Cieśninę Ormuz, przez którą przepływa 20% światowej ropy chcą dziś kontrolować zarówno Stany Zjednoczone, jak i Iran, a tego nie da się pogodzić.
Paweł Kuroczycki
redaktor naczelny Tygodnika Poradnika Rolniczego
fot. AHM
