200 ha, bydło i kilka kierunków produkcji
Pan Roman prowadzi gospodarstwo w woj. pomorskim. Uprawia około 200 hektarów ziemi i hoduje ok. 200 sztuk bydła mięsnego.
W gospodarstwie dominuje klasyczna produkcja mieszana. Są zboża, rzepak, kukurydza na kiszonkę, a także trawy nasienne. Do tego dochodzi hodowla bydła, która w ostatnich latach dawała rolnikowi większą stabilność niż produkcja roślinna.
Rolnik przyznaje, że zboża praktycznie już nie ma. – Zostało mi trochę jęczmienia, ale to już końcówka – mówi. Jak dodaje, przed żniwami jest w zasadzie „wyzerowany”. Nawozy ma już jednak kupione, więc na ten sezon jest zabezpieczony.
Dzieci pomagają i widzą, z czym to się wiąże
Jeszcze niedawno pracował głównie sam, dziś coraz częściej pomagają mu dzieci.
– Młodzi pomagają, jeżdżą maszynami, ale jeszcze uczą się gospodarowania – mówi. Jak dodaje, chcą zostać na gospodarstwie, choć widzą, z czym to się dziś wiąże.
„Papierów tyle, że rolnika nie widać”
Największym problemem, jak podkreśla pan Roman, nie jest dziś produkcja, tylko biurokracja.
– Czasem mija cały dzień i człowiek zamiast pracować w polu, zajmuje się papierami i kontrolami – opowiada.
W jego gospodarstwie regularnie pojawiają się różne instytucje: weterynaria, PIORiN, ARiMR czy inspekcje ochrony środowiska. Część z nich to standardowe kontrole, ale zdarzają się też sytuacje, które rolnik określa jako „niespodzianki”.
– Bywało, że przyjeżdżali w asyście policji, sprawdzać, czy przypadkiem nie ma jakiś przestępstw gospodarczych. Człowiek się zastanawia, o co chodzi – relacjonuje.
Dublujące się kontrole u rolników i brak komunikacji
Irytujące dla rolnika są sytuacje, gdy różne instytucje sprawdzają dokładnie to samo.
– Miałem kontrolę dobrostanu zwierząt z weterynarii, a tydzień później z ARiMR. Te same dokumenty, te same pytania. Nikt ze sobą tego nie uzgadnia – mówi.
Jak dodaje, to nie tylko strata czasu, ale też duży problem organizacyjny w gospodarstwie.
Zobacz także: Brakuje deszczu, a pszenica czeka na azot. Co robić z drugą i trzecią dawką?
Przepisy oderwane od rzeczywistości
Rolnik zwraca uwagę, że wiele przepisów zupełnie nie pasuje do praktyki. I podaje przykład ze swojego gospodarstwa.
– Zdarzało się, że krowy cieliły się szybciej, niż przewidują „widełki” w systemie. Dzwonili więc z ARiMR i upominali. No na litość, co mam zrobić? Byka na hamulcu trzymać? – tłumaczy.
Podobnie wygląda sprawa norm nawozowych i wyliczeń.
– Wyliczają mi ilość obornika według tabel, a w rzeczywistości wychodzi zupełnie inaczej. I potem trzeba się do tego dostosować, choć to nie ma sensu – dodaje.
Jego zdaniem wiele takich wymogów powstaje bez znajomości realiów pracy w gospodarstwie.
Ceny skupu stoją, koszty rosną
Pan Roman nie ukrywa też rozczarowania sytuacją rynkową.
– Dziś ceny pszenicy są na poziomie sprzed kilkudziesięciu lat, a koszty produkcji mocno poszły w górę – podkreśla.
W jego gospodarstwie lepiej wygląda produkcja bydła, choć i tutaj wiele zależy od przypadku.
– Trafił się rok z dobrymi cenami, ale akurat nie miałem tyle opasów, ile by się przydało – mówi.
„Rolnictwo się kocha, ale łatwo nie jest”
Mimo wszystkich problemów pan Roman nie wyobraża sobie życia poza rolnictwem.
– Jak patrzę na pole, na rośliny, to ja tym żyję. To się po prostu kocha – mówi.
Dodaje jednak, że przy obecnych warunkach prowadzenie gospodarstwa bywa bardzo trudne.
– Czasami to naprawdę wygląda jak walka z systemem, a nie normalna praca – podsumowuje.
Kilka słów o życiu prywatnym rolnika
W rozmowie pojawił się też bardziej osobisty wątek. Pan Roman od trzech lat jest w nowym związku. Z uśmiechem opowiada historię swojej żony, która – jak mówi – modliła się o dobrego, pracowitego mężczyznę.
– No i trafiła aż za dobrze. Teraz żartuje, że chyba musi złożyć reklamację, żeby był trochę mniej pracowity – śmieje się rolnik i dodaje, że rolnictwo trzeba robić z sercem. - Bez tego człowiek by tego wszystkiego nie wytrzymał - mówi.
Kamila Szałaj
