Grzegorz Połeć prowadzi gospodarstwo ekologiczne w okolicach Oleśnicy na Dolnym Śląsku. W tym roku zebrał m.in. pszenicę, żyto, owies i groch.Grzegorz Połeć, Canva
StoryEditorGłos rolnika

Ma 100 ton ekologicznego zboża. Wywiezie je do Holandii. „W Polsce nie ma komu sprzedać”

31.08.2026., 11:00h

Polska chce rozwijać rolnictwo ekologiczne, ale rolnicy mają problem ze sprzedażą tego, co wyprodukują. Grzegorz Połeć z Dolnego Śląska dla części swoich zbóż musi szukać odbiorców za granicą. – Polska dopłaca rolnikom do produkcji ekologicznej, a później wysyłamy ją na eksport, bo w kraju nie ma komu jej sprzedać. Jaki to ma sens? – pyta rolnik.

100 ton ekologicznego zboża i problem ze sprzedażą. „Pszenica i owies pojadą do Holandii”

Rolnicy mają produkować więcej żywności ekologicznej, ale co zrobić, kiedy w Polsce brakuje na nią odbiorców? Grzegorz Połeć z Oddolnego Ogólnopolskiego Protestu Rolników ma około 100 ton ekologicznej pszenicy, żyta, owsa i grochu. Towar jest certyfikowany i przygotowany do sprzedaży. Problem w tym, że na krajowym rynku trudno uzyskać za niego cenę, która rekompensowałaby koszty produkcji ekologicznej. Dlatego pszenica i owies z jego gospodarstwa pojadą do Holandii.

– Mam groch i owies ekologiczny, z certyfikatem, po kontrolach. Jest też pszenica i żyto, również ekologiczne. Wszystkiego około 100 ton. Super, tak mogłoby się wydawać. Problem w tym, że w kraju ten towar bardzo trudno sprzedać za rozsądne pieniądze – mówi Grzegorz Połeć, rolnik z okolic Oleśnicy na Dolnym Śląsku, który prowadzi ok. 80-hektarowe gospodarstwo ekologiczne.

image
Rolnictwo ekologiczne
FOTO: Grzegorz Połeć

Ekologiczna pszenica po około 1050 zł/t

Rolnik podkreśla, że problemem nie jest całkowity brak zainteresowania ziarnem. Odbiorcy są, ale proponowane ceny często zbliżają się do stawek za płody rolne wyprodukowane metodami konwencjonalnymi.

Jak mówi Połeć, za ekologiczną pszenicę przeznaczoną na eksport można obecnie uzyskać około 1050 zł netto za tonę. Ekologiczny groch wyceniany jest w granicach 1500 zł/t. Stawki za pozostałe zboża również nie dają już tak dużej premii za ekologiczną produkcję, jakiej rolnik mógłby oczekiwać po poniesieniu dodatkowych kosztów i spełnieniu wymogów certyfikacji.

– Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba ten towar sprzedać. Jeśli rolnik nie może go przechować, pojawiają się propozycje zakupu właściwie w cenie konwencji. Na rynku ekologicznym zaczyna się dziać podobnie jak na zwykłym rynku zbóż – tłumaczy Połeć.

Rolnik zaznacza, że wcześniej miał stałego odbiorcę, z którym współpracował przez kilka lat. W tym roku firma nie będzie jednak odbierać od niego towaru.

– Zachęcano rolników, żeby wchodzili w ekologię. Miały być krótsze łańcuchy dostaw, zdrowsza żywność i wyższa cena za surowiec. Tymczasem skupów ekologicznych praktycznie nie ma, poza odbiorcami nastawionymi na eksport – mówi.

Polskie eko-zboże pojedzie do Holandii

Połeć ostatecznie znalazł kupców i podkreśla, że sam najprawdopodobniej nie poniesie straty. Tyle że jego ekologiczna produkcja w znacznej części opuści Polskę.

– Pszenicę mam już zakontraktowaną. W najbliższym czasie wyjedzie do Holandii. Owies w październiku również pojedzie do Holandii – mówi.

I właśnie tutaj, jego zdaniem, pojawia się największy paradoks obecnego systemu. Polska wspiera finansowo rozwój rolnictwa ekologicznego, rolnik przechodzi certyfikację, ponosi koszty produkcji i otrzymuje płatności ekologiczne. Później okazuje się jednak, że dla wyprodukowanego w ten sposób surowca trudno znaleźć krajowego odbiorcę.

Jaki jest sens ekologii w Polsce, jeżeli wszystko musimy wyeksportować? Ja na tym prawdopodobnie nie stracę. Dostanę płatność ekologiczną. Ale systemowo, jaka jest w tym logika? Dopłacamy do produkcji ekologicznej, którą później wysyłamy na eksport – mówi Połeć.

image
Zanieczyszczenia odseparowane od zboża
FOTO: Grzegorz Połeć

Sytuacja jest tym bardziej paradoksalna, że jednocześnie polscy rolnicy obawiają się konkurencji ze strony importowanej żywności i surowców rolnych – przede wszystkim z Ukrainy, a w przyszłości także z państw Mercosur.

Zdaniem Połecia zamiast budować w Polsce rynek dla rodzimej produkcji ekologicznej, doprowadzono do sytuacji, w której polski certyfikowany surowiec jedzie na Zachód.

– My wyślemy swoją ekologiczną produkcję do Holandii, bo tutaj nie ma na nią odpowiedniego rynku, a jednocześnie będziemy importować żywności z Ukrainy czy z innych kierunków. Systemowo to się po prostu nie spina – ocenia.

Młyn w Polsce dalej niż odbiorca za granicą

Problemem jest również bardzo rozproszony rynek przetwórstwa ekologicznego. Producent ekologiczny może mieć gospodarstwo na Dolnym Śląsku, podczas gdy młyn posiadający odpowiedni certyfikat znajduje się np. na Warmii i Mazurach.

Wtedy o opłacalności transakcji zaczyna decydować transport.

– Jeśli jestem na Dolnym Śląsku i chcę sprzedać towar w Polsce, a odpowiedni młyn mam w warmińsko-mazurskim, to może się okazać, że taniej będzie wysłać zboże do Niemiec albo Holandii niż wozić je przez całą Polskę – tłumaczy rolnik.

Jego zdaniem w ostatnich latach udało się stworzyć lokalne powiązania między producentami ekologicznymi a przetwórcami, ale część tego systemu obecnie się rozpada.

image
Grzegorz Połeć prowadzi gospodarstwo ekologiczne w okolicach Oleśnicy na Dolnym Śląsku. W tym roku zebrał m.in. pszenicę, żyto, owies i groch.
FOTO: Grzegorz Połeć

Rolnictwo ekologiczne rośnie. W 2025 roku już 25,9 tys. producentów

Jednocześnie oficjalne dane pokazują dalszy rozwój produkcji ekologicznej w Polsce. Według Ministerstwa Rolnictwa w 2025 roku w sektorze produkcji ekologicznej działało 25 875 producentów ekologicznych, a powierzchnia użytków rolnych objętych systemem wynosiła już 756,4 tys. ha. Jeszcze w 2024 roku IJHARS podawała 24 793 producentów i 691,5 tys. ha ekologicznych upraw. Oznacza to dalszy wyraźny wzrost sektora.

Państwo zakłada przy tym dalszy rozwój ekologii. Jednym z celów jest zwiększanie nie tylko samej produkcji, lecz również przetwórstwa i krajowego rynku produktów ekologicznych.

Problem polega na tym, że – jak pokazuje przykład Połecia – zwiększenie liczby gospodarstw i hektarów nie musi automatycznie oznaczać zwiększenia popytu na ich produkty.

image
W gospodarstwie Grzegorza Połecia znajduje się około 100 ton certyfikowanych ekologicznych zbóż i grochu. Problemem okazuje się znalezienie odbiorców oferujących odpowiednią cenę.
FOTO: Grzegorz Połeć

„Ekologia” przede wszystkim na słabszych ziemiach

Na jeszcze jedną kwestię zwracał uwagę wiosną dr hab. Marek Zieliński z IERiGŻ. – Wśród beneficjentów rolnictwa ekologicznego w 2025 roku, jeśli chodzi o uprawy charakterystyczne dla obszarów ONW, takie jak pszenżyto ozime czy owies, ponad 80 proc. powierzchni było objęte rolnictwem ekologicznym. Podczas gdy uprawy charakterystyczne dla obszarów o lepszej jakości, tylko 20 proc. przypadków pszenicy ozimej i rzepaku ozimego było oddane pod rolnictwo ekologiczne. Zdecydowana większość była uprawiona w systemie konwencjonalnym – mówił dr hab. Marek Zieliński z IERiGŻ.

Pokazuje to, że ekologiczna produkcja jest szczególnie popularna na terenach o słabszych warunkach gospodarowania.

image
Zanieczyszczenia odseparowane od zboża
FOTO: Grzegorz Połeć

Nie tylko zbyt. Rolnicy ekologiczni mają problem z nawożeniem

Połeć wskazuje też na drugi problem – coraz trudniejsze nawożenie upraw ekologicznych.

– Rolnicy ekologiczni też nawożą, tylko środkami, które są dla nas dozwolone – podkreśla.

Jako przykład podaje stosowany wcześniej ASL, zawierający zawierający azot i siarkę. Jak mówi, możliwość wykorzystywania tego nawozu w ekologii została wstrzymana, a rolnicy nie dostali w zamian porównywalnego rozwiązania.

– Rolnicy nie dostali żadnej alternatywy. Nic w zamian. Słyszymy: stosujcie więcej obornika. Tylko skąd mam wziąć odpowiednią ilość obornika, zwłaszcza że hodowla w Polsce się zwija? – pyta Połeć.

image
Część ekologicznego ziarna z gospodarstwa Grzegorza Połecia trafi na eksport. Pszenica oraz owies mają zostać sprzedane do Holandii.
FOTO: Grzegorz Połeć

Większe dopłaty nie rozwiążą problemu

Co więc należałoby zrobić? Zdaniem Połecia rozwiązaniem nie jest po prostu zwiększenie płatności ekologicznych.

– Większa dotacja to nie jest rozwiązanie. Potrzebujemy rynku – przekonuje.

Jednym z pomysłów mogłoby być stworzenie stałego popytu poprzez zamówienia publiczne. Szkoły, przedszkola, szpitale czy inne instytucje mogłyby mieć określony udział żywności ekologicznej w zakupach.

W ten sposób powstałby odbiorca dla produkcji ekologicznej, a wraz z nim miejsce dla polskich młynów, przetwórni i producentów gotowej żywności.

– To mogłoby napędzić konsumpcję. Wtedy jest w stanie zarobić rolnik i jest w stanie zarobić przetwórca – mówi Połeć.

Bo dzisiaj problem polskiego rolnictwa ekologicznego narasta. Rolnik ma certyfikat, produkuje ekologiczne zboże i otrzymuje wsparcie za prowadzenie takiej produkcji. Ale żeby sprzedać swój towar za odpowiednią cenę, musi szukać klienta w Holandii.

Kamila Szałaj

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
31. sierpień 2026 11:30